Konserwatywna tęsknota

Donald Trump został 45 prezydentem Stanów Zjednoczonych. Szok Demokratów, euforia Republikanów, cały świat wstrzymuje oddech, a ja stawiam pytanie: Czy powinniśmy faktycznie czuć się zaskoczeni?

Otóż nie. Nie powinniśmy się czuć w najmniejszym stopniu zaskoczeni lub zszokowani takim obrotem sprawy, z bardzo prostej przyczyny: Na świecie wraca trend na konserwatyzm i jest on również odczuwalny mocno w Polsce.

Pierwszym takim sygnałem, były wybory do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku, w którym to ówczesne ugrupowanie Janusza Korwin-Mikkego – Kongres Nowej Prawicy (KNP) uzyskało zaskakujący wynik i wprowadziło do PE 4 posłów. Od tamtej pory w Polsce, szczególnie wśród najmłodszej grupy wyborców, czyli 18-24 popularna stała się moda na konserwatyzm i patriotyzm czyli: propagowanie symboli narodowych, nawiązywanie do religii, mówienie i dyskutowanie o narodzie oraz podkreślanie swojego pochodzenia. Na fali tego trendu wypłynął również Paweł Kukiz i jego ugrupowanie Kukiz’15, chociaż jego ruch obywatelski zrzesza w swoich szeregach ludzi zarówno prawicy jak i lewicy, to sam fakt wyboru Kukiza – jako postaci antysystemowej, która odrzuca działanie establishmentu pokazał nam wprost, że w społeczeństwie polskim zachodzą duże zmiany.

Te zmiany na płaszczyźnie politycznej dotyczyły głównie utraty wiary w ówczesną władzę. Społeczeństwo polskie przestało ufać aferałom z Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego i zwróciło się w stronę Prawa i Sprawiedliwości oraz wyżej wspomnianego Kukiza. Ludzie powiedzieli: Stop! Na miejsce skompromitowanego i rozbiotego PO wyłoniła się .Nowoczesna Ryszarda Petru, jako twór, który w następnych wyborach będzie miał bić się o władzę, o ile jej lider nie skompromituje się doszczętnie. Platforma jest jednak dalej obecna w sondażach dosyć wysoko, jednak na tę chwilę nie ma zagrożenia dla partii Jarosława Kaczyńskiego.

Amerykanie zorientowali się o co chodzi. Hilary Clinton miała zostać pierwszą panią prezydent w Białym Domu, ale jak mawiają: Pycha kroczy przed upadkiem. Kandydatka Demokratów miała wszystko, żeby te wybory wygrać. Nieograniczona ilość pieniędzy, nieosiągalny dla oponenta dostęp do mediów, który kreował wizerunek przyszłej pani prezydent i to co Donald Trump wielokrotnie podkreślał: niemożliwa amoralność otoczenia Hilary Clinton. I mimo tych wszystkich atrybutów, Clinton poniosła klęskę. Amerykanie sprzeciwili się poprawności politycznej i propagandzie medialnej. Trump udowodnił, że słowo jest jest silniejsze od miecza, którym media chciały ściąć jego karierę. To również przypomina wybory prezydenckie w Polsce. Sondaże  telewizji TVN były tak przychylne Bronisławowi Komorowskiemu, że gdyby mogły to w studiu ogłosiłyby jego zaprzysiężenie tuż po wydaniu faktów. Polacy podobnie jednak jak Amerykanie odrzucili medialny bełkot i zagłosowali według własnego uznania, spychając Grzegorza Schetynę, Ewę Kopacz i ich Platformę z piedestału władzy i wystawili niemą naganę mediom, które zamiast opisywać rzeczywistość, zaczęły ją nieobiektywnie tworzyć.

Zastanawiające jest to również jak bardzo zwolennicy demokracji nie mogą pogodzić się z wynikami wyborów. Czy nie o to przecież chodzi? Wygrywa większość wedle ściśle określonych reguł, znanych każdemu przed głosowaniem. Niezrozumiałe są więc pochody KOD-u w Polsce jak i protesty Amerykanów po wyborze Donalda Trumpa. Demokraci powinni raczej bez kręcenia nosem zaakceptować wyniki demokratycznych wyborów, prawda? Skoro nie są w stanie tego uczynić, wniosek jest bardzo prosty: „Demokracja jest wtedy, kiedy my wygrywamy”. A na to ludność czy to Stanów Zjednoczonych, czy Polski się nie zgodzi, czego wyraz wydali podczas wyborów.

Nie tylko Polska i Stany Zjednoczone zwracają się w stronę konserwatyzmu. Przez Europę przechodzi fala eurosceptyków, którzy rok w rok rosną w siłę. Już dzisiaj skrajnie prawicowy Front Narodowy wyrasta na najsilniejsze ugrupowanie we Francji, gdzie ilość zwolenników Unii Europejskiej jest dwukrotnie mniejsza od jej przeciwników. Już w 2014 roku podczas wyżej wymienionych przeze mnie wyborach do Parlamentu Europejskiego eurosceptycy z Danii (Duńska Partia Ludowa) oraz Austrii (Partia Wolności) uzyskali bardzo korzystne wyniki. Jeżeli chodzi o Austrię to za miesiąc urząd prezydenta Austrii może zdobyć skrajnie prawicowy Norbert Hofer, który ma za sobą bardzo mocny elektorat, a wynik jego starcia z lewicowym Alexandrem Van der  Bellenem nie jest jednoznaczny do rozstrzygnięcia. Europa przecież dopiero co wyszła z szoku po Brexicie. Dodajemy do tego Węgry Victora Orbana i coraz głośniej słyszalny sprzeciw Słowacji i Czech w sprawie przyjęcia określonej liczby uchodźców i mamy tutaj naprawdę niezły orzech do zgryzienia. Bo tego typu działania prowadzą do jednego. Zamknięcia granic i niech każdy sobie rzepkę skrobie u siebie.

Trump to duże zmiany w Stanach Zjednoczonych. Jakie? O tym się przekonamy wkrótce. Jego zwycięstwo ma również dużą wartość symboliczną, pokazującą, że nawet mając nieograniczone zasoby gotówki i mediów, w dzisiejszych czasach można się temu przeciwstawić i wygrać. Na to oczywiście składa się wiele czynników włącznie ze szczęściem, ale czy nie jest to historia podobna do klasycznego „American dream”? Oczywiście na dużo wyższej płaszczyźnie niż to ma się w zwyczaju mówić, ale mimo wszystko, nowy prezydent może służyć jako przykład nieugiętości i konsekwencji w dążeniu do celu. Trump to przede wszystkim chęć obniżenia podatków i walka z nielegalnymi imigrantami.Wielu ekspertów twierdzi, że na miejscu byłby reset stosunków z Władimirem Putinem. Wydaje mi się, że byłby chętny na takie spotkanie, które mogłoby być owocne dla każdej ze stron. Gdzie u Trumpa jest Polska? Wspominał, że zniesienie wiz dla Polaków będzie jednym z priorytetów jego obozu rządzącego, wypowiadał się w wielu superlatywach o Polonii mieszkającej w Stanach Zjednoczonych, ale jak będzie naprawdę, przekonamy się już niedługo. Jak widać po Polsce i USA, historia lubi się powtarzać. Kilkanaście lat temu dążyliśmy do wspólnoty, dzisiaj tęskno nam do konserwatywnych wartości i skupiania się na sobie. I tak w kółko.

P.

Reklamy

Diabły Hitlera: Martin Bormann

Martin Bormann urodził się 17 czerwca 1900 roku w Halberstadt, w kraju związkowym Saksonia-Anhalt. W wieku 3 lat został półsierotą, ponieważ jego ojciec zmarł. Wychowywany przez surowego ojczyma, dzięki swojemu uporowi i szalonej ambicji z biegiem lat został symbolem błyskotliwej kariery w szeregach NSDAP, a z czasem stał się alter ego samego Adolfa Hitlera.

Spędzający dzieciństwo w Weimarze, Martin Bormann od najmłodszych lat chciał swoje życie spędzić w armii. W 1914 roku pojawiła się taka możliwość wraz z wybuchem I wojny światowej. Bormann uciekł z domu i liczył na wcielenie do armii. Ta jednak zawiodła go,  odrzucając jego zapał i staranie o angaż, tłumacząc swoją decyzję zbyt młodym wiekiem przyszłego generała III Rzeszy. Martin Bormann pogodził się z tym, że jego czas jeszcze nie nadszedł  – podjął pracę na farmie oraz w przemyśle naftowym i cierpliwie czekał na swoją szansę. Ta nadarzyła się 4 lata później, Bormann osiągając pełnoletność mógł spełnić swoje marzenie i wstąpić do słynnego, ale wciąż nielegalnego Freikorpsu „Rossbach”. To tam poznał między innymi Rudolfa Hoessa.

W 1923 roku, w okupowanym przez Francuzów Zagłębiu Ruhry doszło do strasznego wydarzenia. Francuzi aresztowali Alberta Leo Schlagetera – młodego nacjonalistę, którego oskarżono o sabotaż, wymierzony w siły okupacyjne. Schlagetera osądzono i rozstrzelano. W tamtym czasie była to niezwykle głośna sprawa – dzisiaj zapomniana, która wstrząsnęła ówczesną niemiecką opinią publiczną. Znajomi Schlagetera wskazali Waltera Kadowa – byłego nauczyciela ofiary jako człowieka, który wydał go Francuzom.  W zemście na Kadowie brał udział zarówno Hoess jak i Bormann. Hoess został skazany za morderstwo na 10 lat, a Bormann za współudział na 1 rok więzienia.

Po wyjściu z więzienia Bormann zasilił szeregi NSDAP. Było to dla niego jedyne rozsądne wyjście, ponieważ nie mając zawodu w ręce, nie był w stanie uzyskać regularnych, zadowalających go dochodów. W październiku 1928 roku przejął Ubezpieczalnię SA w monachijskiej centrali partii, która z biegiem czasu rozszerzyła swoją działalność, ale już pod szyldem „Kasy Pomocy NSDAP”. Z pozyskanych pieniędzy „Kasa Pomocy NSDAP” pomagała rodzinom rannych i poległych członków partii, ale także finansowała samą partię, co zyskało szczególną przychylność Adolfa Hitlera. W 1929 roku Bormann zabezpieczył swoją karierę, żeniąc się z Gerdą Buch – córką cesarskiego generała w czasie spoczynku – Waltera Bucha, który wtedy piastował stanowisko najwyższego sędziego partyjnego NSDAP. Świadkami na ceremonii był sam Hitler oraz Rudolf Hess. Wielu zarzucało Bormannowi, że poślubił Gerdę tylko ze względu na chęć zrobienia kariery. Martin Bormann szybko zamknął usta krytykom, przeskakując w hierarchii partyjnej swojego teścia, doprowadzając do sytuacji, gdzie wyroki wydawane przez Waltera Bucha, musiały przejść wcześniej przez ręce jego zięcia.

W 1933 roku Martin Bormann dzięki swojemu uporowi, ambicji i pracowitości został Reichsleiterem (Naczelnikiem Rzeszy), których w tamtym czasie było tylko 18 i wewnątrz partii odpowiadali oni tylko i wyłącznie przed Führerem lub jego zastępcami.  Jego kontakty z Hitlerem z biegiem czasu umacniały się, czego efektem było powierzenie zarządzania prywatnego majątku Führera Bormannowi, który w dużej części pochodził z tantiem za „Mein Kampf”.  W tym czasie Bormann powołał do życia również Fundację Przemysłu Niemieckiego Adolfa Hitlera, która przynosiła partii ogromne sumy pieniędzy, które umożliwiły między innymi rozbudowę rezydencji „Berghof” w Obersalzbergu,  odkrytej przez Hitlera w 1923 roku. Na czele rozbudowy tej niesamowitej, położonej w Alpach Salzburskich rezydencji stanął nie kto inny jak Martin Bormann. To właśnie „Berghof” miał być drugą siedzibą rządu niemieckiego, miejscem kultu narodowego socjalizmu. To tam Führer witał swoich zagranicznych gości, których miał oczarować przepych i bogactwo. Na rozbudowę tej rezydencji Bormann nie żałował ani jednej marki (całkowity koszt zamknął się w okolicy 30 milionów marek)- od tamtej pory w jego rękach spoczywał gospodarczy i finansowy nadzór nad gospodarstwem Führera.

1941 roku stała się rzecz niewiarygodna, która wstrząsnęła elitami III Rzeszy oraz miała ostatecznie uczynić z Bormanna „cień Hitlera”. Rudolf Hess postanowił na własną rękę podjąć negocjacje z Wielką Brytanią w celu zakończenia wojny na froncie zachodnim. 10 maja 1941 roku, o godzinie 17:45 wystartował samotnie z Augsburga do Wielkiej Brytanii. Hess – człowiek, który z Bormannem prowadził swoją małą wojnę o „bycie drugim”, z niewiadomych dla nikogo przyczyn porwał się samotnie na negocjacje z Aliantami! (Warto dodać, że to Hess „wyhodował potwora”. Rudolf Hess umożliwił Bormannowi pracę na wysokich stanowiskach w NSDAP, będąc nawet szefem sztabu zastępcy Führera, czyli właśnie Hessa). Adolf Hitler był zszokowany zachowaniem jednego ze swoich najbliższych ludzi. Wśród członków partii Rudolf Hess został uznany za wariata. Po wyjściu z szoku Hitler, całkowicie nie rozumiejąc zachowania Hessa zdecydował się kompletnie zreorganizować Kancelarię Partii. Martin Bormann tylko zacierał ręce. Wygrał. Führer sam utorował mu drogę wprost do nieograniczonej władzy.

Martin Bormann znany był również ze swojej niechęci do kościoła katolickiego, z którym walczył równie zaciekle co z Rudolfem Hessem. Kampania antykościelna była jego autorskim pomysłem, choć Bormann realizował go rzekomo w imieniu Hitlera, nie było to prawdą. Uważał, że jedyną religią jest narodowy socjalizm, a chrześcijaństwo stanowiło dlań konkurencję. W tajnej instrukcji z 7 czerwca 1941 roku wyjaśniał: „Poglądów narodowosocjalistycznych i chrześcijańskich nie da się ze sobą pogodzić. ‚Kościoły chrześcijańskie budują na niewiedzy ludzi i starają się, by tę niewiedzę możliwie jak najszerszej części społeczeństwa podtrzymywać, ponieważ jedynie w ten sposób chrześcijańskie Kościoły mogą zachować swoją władzę. W przeciwieństwie do tego narodowy socjalizm opiera się na fundamentach naukowych. Nasz narodowy obraz świata stoi jednak na znacznie wyższym poziomie niż światopoglądy chrześcijańskie, których najistotniejsze założenia zostały przejęte z judaizmu. Także z tego powodu nie potrzebujemy chrześcijaństwa”. Doprowadziło to do wydania przez niego ogromnej ilości rozporządzeń, dekretów, które miały na celu osłabić pozycję kościoła chrześcijańskiego. Doszło do tego, że jednym z dekretów próbował zakazać używania sformułowań kościelnych. Walka z kościołem katolickim stała się jego obsesją, której nie podzielał jednak Adolf Hitler.  Uważał on, że podczas wojny nie jest wskazane tworzyć nowe miejsca konfrontacji.

Martin Bormann nienawidził Polaków. Po zajęciu terytorium Polski przez Niemcy miał on wszelkie możliwości i instrumenty by dręczyć podbitą ludność i pozbawiać ją elementarnych praw człowieka. To właśnie Bormann wraz z Himmlerem byli motorem napędowym wyzysku, jakiego dokonywali na podbitych wschodnich terenach. Bez wiedzy Bormanna i jego podpisu na dokumentach nic nie mogło zostać wdrożone w życie, co oznacza, że jego udział w Holokauście był ogromny. Jego antysemicka obsesja była tak wielka, że przepchnął on zakaz o nieużywaniu pisma gotyckiego, które uznał za  pismo żydowskie.

Wraz ze wzrostem jego kompetencji i znaczenia w szeregach partii, proporcjonalnie rosła również nienawiść do postaci Bormanna. Zarówno Goebbelsa, Göringa, ale również Himmlera niepokoiła  nadaktywność Bormanna oraz jego bardzo bliskie stosunki z Adolfem Hitlerem. Fakt, że wyżej wymieniona trójka nie mogła nic zrobić, powiększało tylko ich nienawiść do Bormanna. Jak to się stało, że szerzej nieznany obywatelom niemieckim Martin Bormann posiadał w swoich rękach tak ogromne wpływy? Było to możliwe ponieważ cieszył się on bezgranicznym zaufaniem Hitlera. Kiedy inni występowali przed kamerami, fetując kolejne zwycięstwa III Rzeszy, Bormann, nienawidzący blasku fleszy, siedział przy biurku i poszerzał swoje wpływy, sprawując w pewnym momencie ogromną władzę i szereg kompetencji, o  których Himmlerowi, Goebbelsowi i Göringowi się nie śniło. Dookoła siebie budził odrazę i niechęć. Jedna z sekretarek Hitlera miała o nim powiedzieć, że jest „złym duchem Hitlera z nienasyconym głodem władzy”. Otto Dietrich – Sekretarz Stanu w Ministerstwie Propagandy Goebbelsa wspomniał: „zgrabnie wniknął w życie prywatne Hitlera i z biegiem lat tak się w nim zakotwiczył, że Hitler w coraz większym stopniu uważał go za niezbędnego, a potem temu bezmózgiemu człowiekowi dawał coraz większe wpływy polityczne, ponieważ znalazł w jego osobie absolutnie i ślepo posłuszne narzędzie do przekazywania i wykonywania jego rozkazów aż do owocnego końca”. Także dla zasłużonych dla reżimu nazistowskiego takich jak Hans Frank, Bormann był tylko „łachmaniarską kreaturą”, a dla Alberta Speera – Ministra Uzbrojenia i Amunicji postać Bormanna kojarzyła się z osobą o „niedoborze inteligencji i niedostatecznym kontakcie ze światem zewnętrznym”. Hitler cenił sobie oddanie Bormanna, zdając sobie jednocześnie sprawę, że nigdy nie będzie chciał on zająć jego miejsca. Führer podzielił się kiedyś ze swoim fotografem Heinrichem Hoffmannem taką informacją: „Niech mnie pan dobrze zrozumie, Hoffmann. Potrzebuję Bormanna, by wygrać wojnę. Wszyscy zawiedli w wykonywaniu co do joty moich rozkazów – Bormann nigdy”. Obraz jaki wyłania się z wypowiedzi współpracowników sekretarza Hitlera zdaje się kompletnie nie pasować do osoby, która często pisała listy do swojej żony – Gerdy. Z intymnych listów, przeznaczonych tylko dla tych dwoje, wyłania nam się obraz kochającego męża i wydawać by się mogło wciąż zakochanego mężczyzny. Bormann nie jest jednak jedynym przykładem przedstawiciela narodowego socjalizmu, który posiadał dwie twarze.

Do kompetencji Sekretarza Hitlera – jak zwykło nazywać się stanowisko, które piastował Bormann należało przede wszystkim ograniczenie dostępu do wodza. To właśnie Martin Bormann decydował o tym, kto stanie przed Hitlerem, a kto nie, czyje podanie znajdzie się na biurku Führera, a czyje wyląduje w koszu na śmieci. W 1942 roku uzyskał on władzę kontrolną nad wszystkimi dokumentami i rozkazami, które podejmował Adolf Hitler. Zajmował się on również wcześniej wspomnianymi sprawami gospodarczymi i finansowymi, a także często sam podejmował decyzję o których Führer nie wiedział, tłumacząc potem, że „taka jest wola wodza”.

Nieudana operacja „Barbarossa”, czyli atak Niemiec na ZSRR ostatecznie pogrążyły III Rzeszę. Mimo, że Niemcy przypominali tonący z zatrważającą prędkością statek, Bormann nawet wtedy nie przerwał swoich intryg. Skupiający również wielką władzę na swoich barkach – Hermann Göring wysłał do swojego wodza telegram z pytaniem o tak zwany „dekret następcy”. Chodziło tu o to, czy Göring ma przejąć ogólne kierownictwo w Rzeszy, w przypadku pozostania Hitlera w Berlinie. Göring został posądzony przez Bormanna o zdradę Adolfa Hitlera i narodowego socjalizmu. Hitler, pogrążony w apatii, widząc widmo przegranej, dopiero gdy Bormann wykrzyknął: „Göring zdradza”, Hitler pozbawił swojego marszałka władzy, umożliwiając mu złożenie rezygnacji, bez żadnych konsekwencji. Bormann wygrał kolejną bitwę o władzę, nie robiąc sobie nic z tego, że nie miał jej już gdzie sprawować.

Martin Bormann został wykonawcą testamentu Hitlera, który został spisany zaraz po ceremonii zaślubin z Evą Braun. Czy to wtedy sekretarz Führera jakby obudziwszy się z letargu, zdał sobie sprawę, że sytuacja jest beznadziejna? Prawdopodobnie tak. Rosjanie zamieniali bombami i pociskami Berlin w pustynię z ruinami, podczas gdy Bormann dalej wszędzie widział zdradę. Narzekał między innymi, że dywizje wokół Berlina „drepczą w miejscu, zamiast wyrwać Führera z potrzasku”. Po śmierci Hitlera, Bormann próbował wyrwać się z oblężonego Berlina. Sytuacja ta była owiana wieloma tajemnicami i teoriami spiskowymi. Pojawiały się informacje, że Bormann przeżył i żyje spokojnie w Argentynie lub Brazylii. Nie brakowało głosów, że Bormann jest członkiem tak zwanej „Czerwonej Orkiestry”, organizacji współpracującej z ZSRR.

7 i 8 grudnia 1972 roku, podczas wykopalisk mających na celu przekładanie przewodów wysokiego napięcia, w parku Ulap, robotnicy trafili na dwa szkielety.  Jak wykazało uzębienie przebadane w Policyjnej Klinice Dentystycznej w Berlinie, jedno z ciał należało do Martina Bormanna, drugie zaś do ostatniego osobistego lekarza Hitlera – Ludwiga Sumpfeggera. W uzębieniu obu czaszek znaleziono drobinki szkła, co może sugerować, że zarówno lekarz jak i sekretarz Hitlera rozgryźli ampułki z trucizną i zmarli w przeciągu kilku sekund.  17 listopada 1945 rozpoczął się proces w trybie zaocznym przeciwko Martinowi Bormannowi w Norymberdze. Zostały mu przedstawione zarzuty między innymi zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości. Oskarżyciele nie mogli wiedzieć wtedy, że jeden z najpotężniejszych ludzi III Rzeszy już nie żyje.

Fot.: wikimedia.commons

Diabły Hitlera: Alfred Naujocks

Alfred Helmut Naujocks urodził się 20 września 1911 roku w miejscowości Kiel, stolicy kraju związkowego Szlezwik-Holsztyn (Była to również nazwa pancernika który od 1 września ostrzeliwał Westerplatte) i był z pochodzenia Litwinem pruskim. Ten niepozorny student budowy maszyn, z biegiem czasu miał się stać jednym z wysoko postawionych ludzi III Rzeszy. Z uwagi na fakt, że był dowódcą tak zwanej „prowokacji gliwickiej”, wielu historyków uważa go za człowieka, który rozpoczął II wojnę światową.

W sierpniu 1939 roku, Adolf Hitler wciąż liczył, że uda się zrzucić winę za agresję Niemiec, na Polskę. Führer przeprowadził dwie maskarady, które przypieczętowały los Polski w tej okrutnej wojnie. Pierwszą z nich było udawanie Hitlera, że zgadza się na negocjacje – z Wielką Brytanią, Francją oraz Polską. Odrzuciwszy ofertę mediacyjną Mussoliniego, oraz odmówienie przedstawienia jakichkolwiek warunków do przedyskutowania z polskim rządem i nieprzyjęcie jego emisariuszy mogło oznaczać jedno – wojna pukała już do polskich drzwi. Hitler dał czas Polakom do 30 sierpnia, ale już 28 nakazał przygotowanie armii do ataku 1 września, co oznaczało, że decyzja o całkowitym zniszczeniu Polski zapadła wcześniej.

Sytuację próbował ratować jeszcze brytyjski ambasador Neville Henderson, który spotkał się o północy 30 sierpnia z Joachimem von Ribbentropem w momencie kiedy mijał czas ultimatum dla Polski. Henderson zażądał od Niemca przedstawienia warunków pokojowych. Ribbentrop, zdenerwowany, wybełkotał szybko jak to możliwe warunki pokojowe, a następnie rzucił je Hendersonowi przed twarz mówiąc: „To już i tak nieaktualne”. Hitler wydał wówczas dyrektywę nr 1, która rozpoczynała Fall Weiss – inwazję na Polskę, która nie zdawała sobie sprawy z tajnej dyrektywy zawartej na pakcie Ribbentrop – Mołotow, która miała doprowadzić kraj do unicestwienia.

31 sierpnia o godzinie 16 ze swojego biura w Berlinie, Reinhard Heydrich prosi o telefon. Z hotelu Haus Oberschlesien oddzwania do niego Alfred Naujocks. „Grossmutter gestorben” – mówi Heydrich i rozłącza się z rozmówcą. Dla Naujocksa był to sygnał, że akcja prowokacyjna przeciwko Polakom właśnie się rozpoczęła, a on stoi na straży jej powodzenia. Warto dodać, że akcja dywersyjna nie miała miejsca tylko w gliwickiej radiostacji. Prowokacje miały miejsce również między innymi w Byczynie oraz Stodołach.

Do gmachu gliwickiej radiostacji znajdującej się około 10km od granicy z Polską wpuszczeni zostali napastnicy udający powstańców śląskich. Na osobisty rozkaz Himmlera, z radiostacji usunięto ochronę i zastąpiono ją dwoma policjantami. Napastnicy weszli tylnymi drzwiami i zastali pracowników radiostacji z pilnującym ich policjantem, słuchających reemisji wiadomości nadawanych z Wrocławia. Po przejęciu radiostacji okazało się ,że nie ma w niej mikrofonów oprócz tych burzowych, które ostrzegały mieszkańców okolicy o nadchodzących burzach. Mężczyzna, który wchodził w skład grupy Naujocksa odczytał kilkuminutowy komunikat po polsku, jednak do radiosłuchaczy dotarły tylko słowa: „Uwaga, tu Gliwice. Radiostacja znajduje się w polskich rękach…”. Niektóre źródła mówią o tym ,że komunikat usłyszeli tylko obecni w radiostacji prowokatorzy oraz… centrum nasłuchowe francuskiego wywiadu.

By uwiarygodnić przekaz potrzebne były trupy. Zamordowano wtedy między innymi Franciszka Honioka, polskiego Ślązaka, który jest uważany za pierwszą ofiarę II wojny światowej. Prawda o prowokacji gliwickiej wyszła na jaw dopiero na procesie zbrodniarzy hitlerowskich w Norymberdze, gdzie obecny był również Alfred Naujocks. Zeznawał wtedy: „”30 sierpnia 1939 roku otrzymałem od szefa SD Reinharda Heydricha rozkaz upozorowania ataku na radiostację pod Gliwicami, w pobliżu granicy polskiej. Miało to być wykonane tak, by wyglądało, że napastnikami są Polacy. Dla prasy zagranicznej i dla niemieckiej propagandy potrzebny był dowód rzeczowy polskiej napaści (…) Heinrich Müller powiedział mi, że ma do rozporządzenia 13 skazanych przestępców, których należy ubrać w polskie mundury, a ich trupy należy pozostawić na placu boju planowanych utarczek, aby pokazać, że zostali zabici w czasie ataku”.

W istocie więźniów obozu ubrano w polskie mundury a następnie podano śmiercionośne zastrzyki. Zadano im również rany postrzałowe by uwiarygodnić napaść. Zdjęcia tych ludzi pokazywane były w zagranicznej i niemieckiej prasie, by przedstawić Polaków jako oprawców.
„Dziś w nocy Polska po raz pierwszy na naszym terytorium kazała strzelać do nas swym regularnym żołnierzom. Od godziny 5.45 odpowiada się im strzałami, a od tej chwili na bombę odpowie się bombą” – mówił Führer. Hitler osiągnął swój cel. Skutecznie zapobiegł realizacji zobowiązań sojuszniczych Wielkiej Brytanii i Francji wobec Polski. Zwycięzcą tej akcji dywersyjnej był również Alfred Naujocks, który na dobre zadomowił się w szeregach SS-Sicherheitsdienst, a przyjmując sygnał od Reinharda Heydricha „Grossmutter gestorben” stał się, według wielu historyków człowiekiem, który rozpoczął II wojnę światową.

Kolejnym dużym wydarzeniem, w którym brał udział Alfred Naujocks był tak zwany „incydent w Venlo”, podczas którego SS-mani pojmali jednych z najlepszych brytyjskich oficerów MI6 – Richarda Henry’ego Stevensa oraz Sigismunda Payne’a Besta. Brytyjczycy pewni, że komunikują się z opozycją hitlerowską, podjęli negocjacje i zaufali między innymi Walterowi Schellenbergowi – szefowi wywiadu SS – Sicherheitsdienst oraz jego przyjacielowi profesrowoi Maxowi de Crinisowi. Obydwoje nie wzbudzali najmniejszych zastrzeżeń wśród Brytyjczyków, którzy zapłacili ogromną cenę za swoją naiwność.

Negocjacje z Brytyjczykami trwały w najlepsze, ale zostały przerwane przez decyzję samego Adolfa Hitlera, na którego 8 listopada, 1939 roku miał miejsce zamach w „Bürgerbräukeller”, w której co roku Führer przemawiał do starych członków partyjnych. Hitler powiązał negocjacje Schellenberga z zamachem i kazał je przerwać. Schellenberg nie krył rozczarowania. Miał on również swój powód, dla którego podjął negocjacje z Brytyjczykami. Chciał on zdemaskować swojego zaciekłego wroga, szefa Abwehry – Wilhelma Canarisa, będący przekonanym jego zdrady. Rozkaz przyszedł jednak z samej góry, a niesubordynacja mogła mieć dla niego nieprzyjemne konsekwencje.

SS-mani postanowili zastawić zasadzkę podczas jednej z kolejnych wizyt, do której tym razem miało dojść 9 listopada 1939 roku, w „Cafe Backus” w przygranicznej miejscowości Venlo. Do schwytania Brytyjczyków, z Düsseldorfu wyruszyła w stronę granicy grupa 12 uzbrojonych SS-manów, którym przewodził Alfred Naujocks. Podczas przejęcia Brytyjczyków doszło do wymiany ognia, w której Naujocks, według świadków miał zastrzelić Dirka Kloppa – oficera holenderskiej służby bezpieczeństwa, odpowiedzialnego za ochronę brytyjskich agentów (Według innej wersji, Klop postrzelił się sam w trakcie strzelaniny). Cała zasadzka zakończyła się wielkim sukcesem SS-manów, którzy wywlekli Brytyjczyków z samochodu i na wstecznym biegu, dojechali do bezpiecznej dla siebie niemieckiej granicy. Jeszcze tego samego dnia Stevens oraz Henry trafili do katowni Gestapo, na Prinz Albrechtstrasse w Berlinie, gdzie zdradzili wiele cennych informacji takich jak nazwiska brytyjskich agentów w Niemczech. Do dzisiaj nie są znane jednak akta oficerów wywiadu MI6, które wskazywałyby na posiadaną przez nich wiedzę o spisku generałów przeciwko Adolfowi Hitlerowi i jakiekolwiek informacje o tak zwanej „Schwarze Kapelle” – Czarnej Orkiestrze, której miał przewodniczyć Canaris –  którego tak bardzo chciał schwytać Schellenberg. W kancelarii III Rzeszy, Adolf Hitler osobiście podziękował SS-manom, biorącym udział w akcji, nagradzając ich Krzyżami Żelaznymi. Jednym z tych, którzy go otrzymali był oczywiście człowiek dowodzący całą akcją – Alfred Naujocks.  Obaj schwytani agenci brytyjscy trafili do obozów koncentracyjnych i zostali uwolnieni przez wojska amerykańskie dopiero w 1945 roku.

Urodzony w Kiel Naujocks był doskonałym fałszerzem i to właśnie on stał za pomysłem sparaliżowania brytyjskiej gospodarki, wprowadzając do jej obiegu niezliczoną ilość fałszywych banknotów o nominałach: 5,10,20 oraz 50 funtów. Operacja „Bernhard” – bo taki kryptonim miała akcja destabilizacyjna, jest przez historyków uważana za największe fałszerstwo w historii.  Cała akcja miała miejsce jednak już bez czynnego udziału Naujocksa, którego kariera zaczęła staczać się po równi pochyłej. Ciekawostką jest, że to ogromne fałszerstwo nie rozegrało się w bankach lub giełdzie, ale w… obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, gdzie więźniowie dokonali niesamowitych podróbek brytyjskich banknotów.

Kariera Naujocksa załamała się w 1941 roku, kiedy to został wyrzucony z Sicherheitsdienst za niesubordynacje i niepodporządkowanie się swoim szefom. Pojawiły się również zarzuty korupcji. Rozkaz wydał sam Reynhard Heydrich, a powodem była zbyt duża wiedza jaką gromadził przez lata Naujocks podczas wizyt w „Salonie Kitty” – ekskluzywnym domu uciech, gdzie za pomocą podsłuchów wyciągano od wysoko postawionych gości informacje.  Jedna wersja mówi również o tym, że Heydrich z Naujocksem pokłócili się o… kobietę. Nie ma jednak dokumentów, które mogłyby to poświadczyć.

Po zdegradowaniu przez Heydricha, Naujocks wysłany został na front wschodni razem z Waffen SS, jednak po pewnym czasie – z uwagi na stan jego zdrowia, wysłano go do Belgii jako zarządcę ekonomicznego, który mimo sporej utraty wpływów, zdołał przyczynić się do śmierci kilku ważnych członków belgijskiego podziemia. Pod koniec 1943 roku Naujocks przeniósł się do Danii, gdzie spędził dłuższy okres czasu. Był on tam członkiem „Petergruppen” – Grupy Petera – której nazwa pochodziła od  pomysłodawcy SS-Untersturmführera Otto Schwerdta pseudonim „Peter Schäfer”. Zadaniem grupy były akcje przeciwko organizowaniu dywersji i sabotażu na terenie Danii. Do najgłośniejszych akcji Grupy Petera należało bez wątpienia zabójstwo antyhitlerowskiego pisarza i pastora – Kaja Munka, którego zabito 4 stycznia 1944 roku. Ogólnie członkowie tej grupy, z Naujocksem na czele dokonali prawie 100 akcji wymierzonych w duńskie podziemie.

W 1944 roku Naujocks, prawdopodobnie zdający sobie sprawę ze zbliżającej się klęski III Rzeszy Adolfa Hitlera, postanowił poddać się Amerykanom, którzy uważali go za „prawdopodobnego” zbrodniarza wojennego. W międzyczasie oskarżano go o bycie członkiem organizacji ODESSA, która umożliwiała nazistowskim zbrodniarzom skuteczną ucieczkę przed ścigającymi ich aliantami oraz zapewniała im spokojne życie w krajach takich jak Argentyna. W procesie norymberskim stwierdził, że atak na radiostację w Gliwicach miał miejsce na rozkaz Heinricha Müllera – szefa Gestapo oraz Reynharda Heydricha, czym prawdopodobnie wykupił sobie życie. Po ucieczce z więzienia, zaczął pracować jako biznesmen. Naujocks po wojnie wydał również książkę pod tytułem: „Ten, który rozpoczął wojnę”, na czym również zarobił sporo pieniędzy. Data jego śmierci nie jest dokładnie znana. Niektóre źródła mówią o roku 1960, drugie o tym, że Naujocks odszedł 4 kwietnia 1966 roku w Hamburgu. Po tylu latach zastanawiające jest to, jakim cudem prawa ręka Reynharda Heydricha uniknęła sprawiedliwości?

Fot.: commons.wikimedia.org

Hipokryzja Zachodu

Podczas regularnych debat cienkoszyich intelektualistów z Parlamentu Europejskiego: które państwo, ilu uchodźców powinno przyjąć, zapominają oni o jednej bardzo ważnej kwestii. My już przyjęliśmy uchodźców. Z Ukrainy. I jest ich około miliona.

Szacuje się, że tylko w zeszłym roku Niemcy przyjęli ponad milion uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Rozlokowano ich po różnych miejscowościach, w których trzymani są w obozach koncentracyjnych (odpowiadam na oburzenie: obozy koncentrujące osoby w jednym miejscu to nie obozy zagłady), halach lub specjalnie wyznaczonych do tego placówkach, gdzie znakomita większość z nich robi to co Ferdynand Kiepski – czyli nic.

Z drugiej strony, za wschodnią granicą Polski mamy kolejny problem i wojnę na Ukrainie. Eskalacja konfliktu doprowadziła do tego, że wielu Ukraińców zdecydowało się na migrację w stronę polskiej granicy.  W ubiegłym roku wydano w Polsce około 800 tysięcy pozwoleń dla pracę dla obywateli Ukrainy. Szacuje się, że legalnie zatrudnionych jest ich w Polsce obecnie 650 tysięcy, natomiast w szarej strefie jest to liczba sięgająca możliwie nawet 270 tysięcy osób.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) dba o to, by Ukraińcom pomóc w możliwości znalezienia zatrudnienia w Polsce i optuje za liberalizacją przepisów, które będą dotyczyć imigrantów zza naszej wschodniej granicy.  Są to między innymi dokumenty zalegalizowania pobytu w Polsce i  szereg ułatwień w dążeniu do uzyskania obywatelstwa polskiego. Prezes ZPP – Cezary Kaźmierczak twierdzi, że w przeciągu 10 lat, Polska przyjmie nawet 5 milionów Ukraińców w swoje granice.

Bardzo krytycznie na ten temat wypowiada się ekonomista i były wiceminister finansów: Cezary Mech: „Ukraińcy obniżają wynagrodzenia pracownikom polskim i tak naprawdę też wymuszają emigrację polskiej młodzieży za granicę”.

ZPP twierdzi, że ich pomysły znajdują uznanie na poziomie wiceministerialnym. Wiceminister pracy, rodziny i polityki społecznej Bartosz Marczuk stwierdził, że program „Rodzina 500+ celowo jest kierowany również do imigrantów – w tym także do Ukraińców”.

Ostatnie sondaże pokazują, że 2/3 młodych Ukraińców zamierza wyjechać z kraju i podaje Polskę jako kraj docelowy. Prawdziwe „oblężenie” Ukraińców przeżywa Wrocław, gdzie pojawił się problem z wynajęciem mieszkań. Z danych Dolnośląskiego Wojewódzkiego Urzędu Pracy wynika, że tylko w pierwszym półroczu tego roku wpłynęło do nich 60 tysięcy oświadczeń o chęci powierzenia pracy cudzoziemcowi, w tym 99% przypadków dotyczyło Ukraińców. Prezydent Rafał Dutkiewicz już zaapelował, że w dwóch szkołach podstawowych wprowadzone zostaną lekcje języka ukraińskiego oraz zajęcia z kultury i historii Ukrainy.

Rosnąca liczba pracowników z Ukrainy na ziemiach polskich spowodowała, że OPZZ oraz Ukraińcy zainicjowali powołanie dla nich związku zawodowego, który miałby walczyć  o prawa ukraińskich pracowników w Polsce i przeciwdziałać nierównościom ich dotyczących. Siedziba ma mieć miejsce w Warszawie.

Oczywistym jest, że większość Ukraińców się zintegruje z Polakami, w tej kwestii niewiele różnią się oni od naszych rodaków, którzy wyjechali za chlebem do państw Europy Zachodniej. Czego należy się jednak obawiać to rosnący na Ukrainie banderowski nacjonalizm, który z chęcią zainstalowałby nam swoją V kolumnę w Polsce. W tej chwili ten problem nie istnieje, ale należy go mieć z tyłu głowy.

Hipokryzja zachodniej Europy polega na tym, że postrzega nas ona jako naród niechętny obcym, co mija się z prawdą. Przyjęcie prawie miliona Ukraińców stawia nas praktycznie na równi z Niemcami, którzy chcą się uchodźcami „podzielić” z innymi krajami. Na to nie zgadzają się ani Węgry, ani Słowacja jak i Czechy. Narracja niemieckich mediów jakoby nie wiązać zamachów terrorystycznych z exodusem bliskowschodnim też nie przekonuje Polaków.

 Prezydent Niemiec – Joachim Gauck powiedział swego czasu: „Polaków dotyczy to, co zauważyłem już u mieszkańców wschodnich Niemiec: potrzeba czasu, by nauczyć się żyć z obcymi i zamienić obcość w zażyłość”. Otóż Panie Gauck, my doskonale wiemy jak to jest żyć z obcymi. Na ich zasadach. Może zapomniał Pan ale kiedy Niemcy rosły w siłę za amerykańskie pieniądze z planu Marschala, my gniliśmy pod komunistyczną batutą przez 50 lat. My doskonale wiemy jak to jest żyć z obcymi, może dlatego, nauczeni historią, jesteśmy bardziej powściągliwi w tej kwestii.

Kult porażki czy zwycięstwo heroizmu?

72 lata  po wybuchu powstania warszawskiego, echo jego przyczyn i konsekwencji do dzisiaj wybrzmiewa w publikacjach, reportażach, ale przede wszystkim w naszym sercach.

Historia Polski bez powstania warszawskiego byłaby jak puzzle bez  jednego ze swoich głównych elementów. Główną kością niezgody między ekspertami, począwszy od lewicowych intelektualistów, kończąc na narodowych konserwatystach jest zasadność decyzji o wywołaniu powstania i jego tragicznych skutkach, zarówno pod względem humanitarnym jak i jego znaczenia geopolitycznego.

Każdy ma swój rozum, każdy ma prawo do swojego zdania. Ponad 70 lat po wydarzeniach w stolicy Polski, temat wraca co roku 1 sierpnia, przy okazji obchodów upamiętniających ofiary bohaterów. Moje pytanie brzmi: Czy mamy prawo oceniać powstanie z punktu widzenia moralnego? Odpowiadam stanowczo: Nie.

5 lat brutalnej okupacji, represje oraz próby złamania Polaków, odcisnęły na ludziach w stolicy tak silne poczucie nie tylko wspólnoty ale i nienawiści do tyranów, że w każdej chwili mogło dojść do niezapowiedzianego zrywu przeciwko okupantom. Tę decyzję ktoś musiał podjąć, a ludzie z natury chętnie osądzają przegranych, szczególnie w Polsce.

Dzisiaj kiedy słyszę pytania wielu publicystów: Jak można było posłać ludzi na tak samobójczą misję i dlaczego obiektem kultu jest porażka? Odpowiadam: Nikt z nas nie wie co działo się w umysłach tych ludzi. Ciągłe poczucie niebezpieczeństwa, obracanie się za siebie, niedostatek pożywienia i chęć poczucia się wolnym, chociaż na chwilę sprawiły, że ludzie zaczęli się organizować, zaczęli działać, czego efektem było ujawnienie się Polskiego Państwa Podziemnego.

Dzisiaj ciężko nam odpowiadać na pytanie czy poszlibyśmy się bić za nasz kraj, ponieważ pytanie ludzi wolnych, którym nie doskwiera głód, nie grożą represje czy szykany lub widmo wojny, gdzie każdy może powiedzieć co myśli (99% przypadków) jest źle postawione i w złym kierunku.

Obecnie ktoś krytykujący powstanie powinien zamilknąć niżeli deprecjonować poświęcenie ludzi i zasadność wybuchu powstania. Dlaczego? Ponieważ to dzięki nim znajdujemy się w tym miejscu, w którym się znajdujemy. Podjęcie walki zawsze wymaga szacunku. Dzisiaj, kiedy mamy te wszystkie niesamowite dane, statystyki i wgląd w historię, symbol powstania warszawskiego wymaga od nas jeszcze większego podziwu. Bo jak nazwać heroizm i bohaterstwo Polaków, w wielu przypadkach i dzieci, którzy przez dwa miesiące stawiali dzielny opór przeważającym siłom wroga? Samobójstwo? Można i tak. W takim razie co myśleli o tym Ci wszyscy młodzi ludzie, którzy brali siekiery, kilofy, łopaty i kamienie do ręki i szli na pewną śmierć pod lufy nazistowskich karabinów? Może chcieli przez chwilę poczuć, że robią coś w słusznej sprawie, biją się o wolność. Bo woleli zginąć niż patrzeć jak Polska płonie.

Świat dowiedział się po powstaniu warszawskim, że Polacy w chwili kryzysu są w stanie poświęcić życie by dać szansę na wolność i lepsze jutro następnym pokoleniom. A my dzierżymy to dziedzictwo w naszych umysłach i sercach i nie mamy prawa tego zapomnieć.  Nie możemy tego zmarnować.

Cześć i chwała bohaterom !

Das Audit

Tak jak PiS obiecywało w kampanii, doszło do rozliczenia 8 lat rządów PO/PSL. I jak można było się spodziewać rządy proniemieckiego polskiego rządu pod batutą Donalda Tuska i Ewy Kopacz do najbardziej gospodarnych nie należały.

Po marszu 7 maja, w którym według szacunków PO przyszło 200 tysięcy ludzi, była partia rządząca zasugerowała, że tak zwany audyt, który miał na celu rozliczenie ich rządów to tylko chęć zatarcia wrażenia po owym marszu. Dzisiaj wiemy, że 200 tysięcy ludzi nie było, choć krzyki, manifesty, piski i jazgoty sugerowałyby coś innego. Co do samego marszu, mam neutralne zdanie na jego temat. Demokracja umożliwia tego typu protesty uliczne. Zorganizowali się, pokrzyczeli, przeszli, poszli do domów. Tyle. Sugerowanie przez panów: Schetynę, Kijowskiego (skąd oni go wzięli?!), Petru, że w Polsce łamane są prawa demokracji jest co najmniej nielogiczne.

Już tłumaczę dlaczego jest to nielogiczne. PiS, partia Jarosława Kaczyńskiego wygrała wybory w, zaskoczę ludzi PO/PSL – demokratycznych wyborach, więc sugestie, że TA demokracja jest przez nich łamana przez podejmowanie przez ich ludzi różnych decyzji (słusznych, niesłusznych, przyjdzie ocenić) jest w moim odczuciu zwykłą frustracją. Jak wiemy, PO utraciła większość w sejmie, urząd prezydenta po fatalnej kampanii wyborczej pełnej gaf i wpadek Bronisława Komorowskiego, który oddali na własne życzenie. Przegrali DEMOKRATYCZNE wybory, czyli za pomocą oręża, o który teraz walczą.

Audyt jak wielu zainteresowanych się spodziewało, wykazał kompletny brak rozwagi w wydawaniu publicznych pieniędzy (Twoich Drogi Czytelniku również). Marszałek Marek Kuchciński rozpoczął 18 posiedzenie Sejmu RP o godzinie 9.05. O 9.11 na sali plenarnej Nowoczesna (a jakże) poprosiła o przerwę w obradach. To dziwne bo ból brzucha spowodowany stresem powinien raczej pojawić się u posłów PO i PSL. Chyba, że mówimy o posłach, którzy zdążyli już zmienić szyld i z PO przeszli pod skrzydła naczelnego Nowoczesnej – Ryszarda Petru, którego książki, jak wyszło z audytu sponsorowane były przez Narodowe Centrum Kultury, zanim został posłem. Po wypowiedziach Petru z ostatnich miesięcy spodziewałbym się po nim (co najwyżej) kolorowanek, a nie książek, ale to już moja prywatna opinia.

Na wstępie premier Beata Szydło wspomniała, że rządy PO/PSL kosztowały Polaków około 340 miliardów złotych. Szok? Chyba tylko ze strony internautów na bieżąco komentujących sejmowe przemówienia. Politycy PiS zaskoczeni nie mogli być, pracowali przecież nad tym ostatnie miesiące. Posłowie PO i PSL siedzieli z zasępionymi minami niczym uczniowie w klasie złapani na paleniu fajek w toalecie. Skrucha? Wykluczone.

Po premier Szydło na mównicy pojawiali się szefowie kolejnych resortów zdający sprawozdania finansowe o zastanych przez nich oddziałach w momencie przejmowania urzędu. Warto wspomnieć, że dla przeciętnego Kowalskiego, nie tylko liczby, ale wszystkie te informacje były raczej niezrozumiałe. Umówmy się, że decyzje o zakupach, przetargach i procesach sprzedażowych nie mają siły zainteresować zwykłego zjadacza chleba. Wynikał z tych informacji jednak jasny przekaz – marnotrawstwo.

„Możemy uznać, że to obywatele najlepiej dokonali rozliczenia, jednak my zobowiązaliśmy się przed wyborcami, że polityka stanie się w końcu poważna i odpowiedzialna, że ludzie sprawujący władze będą odpowiadać za swoje czyny i zaniechania. Osiem ostatnich lat to czas, kiedy przedstawiciele władzy nie brali odpowiedzialności za swoje czyny” – mówiła Beata Szydło.

Co do samego audytu: Na początku minister Paweł Szałamacha stwierdził, że rządy PO/PSL miały ogromny wpływ na gospodarkę, przyczyniając się do upadku wielu polskich firm. Wielokrotnie padały słowa takie jak: rozrzutność, niegospodarność oraz pazerność. Szefowie resortów punktowali Ludowców i posłów Platformy. Wielomilionowe pensje i odprawy dla prezesów spółek Skarbu Państwa – tego można było się spodziewać. Złoty mercedes, który okazał się beżowy? Też się pojawił. Łóżko do masażu, które woził za sobą marszałek Radosław Sikorski, sprzęt za wiele milionów, który trafił do magazynu bo brakło na niego hali? Też był. Hitem okazał się pokazany przez ministra Waszczykowskiego bączek, który miał być symbolem polskiej prezydentury w Unii Europejskiej.  Puszczony w ruch nie zakręcił się. Chyba ze wstydu. Kosztował około miliona złotych.

Posłowie PiS podeszli do sprawy niezwykle skrupulatnie. Każda nieścisłość została wygłoszona z mównicy. Mateusz Morawiecki stwierdził, że koszt utrzymania urzędników to 50 miliardów złotych rocznie. Dług publiczny sięgający biliona. Inwigilacja dziennikarzy. Długo kazał na siebie czekać Antoni Macierewicz. Gdy wszedł już na mównicę, okazało się, że niegospodarność obecnej opozycji w dużym stopniu uderzyła w resort, którym zarządza. Macierewicz powiedział, że żaden projekt rozwoju Sił Zbrojnych nie został ukończony. Wydano na to 50 miliardów złotych. Dużym absurdem okazało się zakupienie nowoczesnych moździerzy o wartości 1,1 miliarda złotych. Zrezygnowano jednak z zakupu… amunicji do niego. Tradycyjnie u niego nie brakło informacji o „ukrywaniu kluczowych dokumentów w sprawie katastrofy z 10 kwietnia”. Tego można się było spodziewać.

Wszystkie przykłady podane w tekście są tylko wierzchołkiem góry lodowej. Z mównicy wysypywały się przykłady nieumiejętnego dysponowania pieniędzmi oraz ogromnej niefrasobliwości.

Po wypowiedziach wszystkich szefów resortów przyszedł czas na podsumowania. Głos zabrała między innymi Ewa Kopacz, która stwierdziła, że z 8 lat rządów PO/PSL jest… dumna. Trwały małe przepychanki słowne, co zaskakiwać raczej nie może. Istotną rzecz powiedział poseł Tomasz Jaskóła z Kukiz’15, który wspomniał , że „Pieniądze były wyciągane na masową skalę z kieszeni Polaków. 150 mld z OFE – przypominam, one zostały ukradzione Polakom przez PO-PSL. to, co zrobiliście jest nie do wybaczenia”.

Śmiało można stwierdzić, że cały audyt jest na pewno zagrywką polityczną skierowaną w były rząd. Jest to jednak broń obosieczna. W przypadku porażki PiS w kolejnych wyborach, to kolejna ekipa rządząca będzie miała pole do popisu i rozliczenie obecnego rządu za swoje lata/miesiące u władzy. Kwoty, które padły z ust polityków PiS-u na pewno powinny robić wrażenie. Jeżeli okaże się to wszystko prawdą (dowody mają się pojawić wkrótce), to może być to koniec PO i PSL w takiej formie w jakiej te partie znamy. Jak to mówią – w cywilizowanej demokracji tacy ludzie nie mieliby możliwości więcej zasiadać w ławach sejmowych. I coś w tym jest smutnego i przejmującego zarazem, bo Polacy mają pewną wadę i na przestrzeni ostatnich lat często się ona Otóż Polacy bardzo często zapominają. Taki zanik pamięci krótkotrwałej. Jest to smutne i przejmujące zarazem, bo skoro nie potrafimy odsunąć od władzy (całkowicie, również z opozycji) ludzi działających na szkodę Polski i grabiącej nasz kraj oraz Twoją i moją kieszeń Drogi Czytelniku, to zadajmy sobie pytanie: Czy zasługujemy na coś lepszego od nich?
Jeżeli jednak audyt okaże się tylko pozbawionym dowodów słuchowiskiem, biada posłom PiS. Byłaby to woda na młyn dla Grzegorza Schetyny, Ryszarda Petru i PSL, którzy natychmiastowo domagaliby się odsunięcia rządzących od władzy (w zasadzie to bez różnicy, i tak tego się domagają). Stawka jest ogromna bo chodzi o reputację i o władzę. Wchodzimy w kolejny etap wojny polsko – polskiej. Także, Drogi Czytelniku, u nas, w Polsce – bez zmian – a my na tej wojnie, ładnych parę lat.

P.

Człowiek, który mógł odmienić bieg wojny

Wiosna 1945 roku. Amerykańskie wojska stały już w okolicy 150 kilometrów od Flossenbuerga, gdzie mieścił się jeden z licznych obozów koncentracyjnych na tych terenach. 8 kwietnia, w jednej  z części obozu miał miejsce proces w którym pewien człowiek został uznany winnym zdrady Fuehrera i III Rzeszy oraz skazany na śmierć.
Tym człowiekiem był Wilhelm Canaris-szef wywiadu i kontrwywiadu Abwehry.

9 kwietnia, SS-mani wywlekli konającego, pobitego Canarisa z celi i nagiego przenieśli do pomieszczenia, w którym odbywały się egzekucje. SS-mani zadbali o to by Canaris umierał powoli. Założono mu na szyję metalową obrożę, zwisającą na metalowym łańcuchu z sufitu. Inna wersja mówi o jedwabnej lince. Po kilku minutach opuszczono jego ciało na ziemię, a Canaris wciąż żył. Czynność tą, powtórzono wielokrotnie.
Jeden z najważniejszych ludzi III Rzeszy, człowiek, który mógł zmienić bieg historii świata, zginął w męczarniach 9 kwietnia 1945 roku.

Wilhelm Canaris urodził się 1 stycznia 1887 roku w jednej z dzielnic Dortmundu – Aplerbeck. Miał włoskie korzenie, a rodzina często chwaliła się, że wywodziła się od XIX-wiecznego greckiego bojownika o wolność admirała Konstandinosa Kanarisa. 
Carl Canaris, ojciec przyszłego szefa Abwehry był zamożnym przemysłowcem i właścicielem wielu kopalń pod Dortmundem. 

Młodego Canarisa ciągnęło jednak nad morze. Do szkoły kadetów w Kilonii Canaris trafił w 1905 roku. Miał wtedy 18 lat. Wstąpił następnie do Cesarskiej Marynarki Wojennej, gdzie w czasie I wojny światowej, służąc na lekkim krążowniku „Dresden”, podczas bitwy falklandzkiej, trafił do niewoli Chilijczyków. Tam, podczas brawurowej ucieczki, przedostał się przez Buenos Aires, Hiszpanię gdzie udało mu się zaprzyjaźnić z generałem Franco, Rotterdam aż do Niemiec, gdzie za to poświęcenie został odznaczony Krzyżem Żelaznym.
Przez wiele następnych lat służył na okrętach podwodnych oraz na statkach, między innymi na pancerniku – „Schlessien”. To tam po raz pierwszy spotkał się na żywo z Adolfem Hitlerem. Hitler uznał wówczas, że ktoś taki jak Canaris mógłby mu się przydać. Ktoś, kto zna się na pracy wywiadowczej, operując przy tym językami obcymi. Cechy charakteru, które posiadał Canaris takie jak spryt, inteligencja oraz nieprzenikliwość stanowiły potężną broń, której nie bał się używać.
”To postać tak nieprzenikniona, że nikt nie jest zgodny w twierdzeniach, jakim był człowiekiem i w co wierzył, jeżeli w ogóle wierzył w cokolwiek” – pisał o nim amerykański historyk Wiliam Shirer.

1 lutego 1935 roku Canaris stanął na czele Abwehry, która była nazywana „oczami i uszami Wehrmachtu”. Jego poprzednik, Konrad Patzig powiedział Canarisowi podczas ich pierwszego spotkania: „Twoim największym wrogiem będzie SS”. Wilhelm Canaris odpowiedział wówczas: „Poradzę sobie z nimi”. 

Canaris na czele Abwehry odnosił sukcesy. Przede wszystkim zreorganizował pracę, dzieląc Abwehrę na trzy piony: wywiadowczy, kontrwywiadowczy oraz dywersyjny. Nowy szef Abwehry nie był członkiem NSDAP oraz nazistą, co może dziwić. Był za to zadeklarowanym antykomunistą. Wielokrotnie łączono go ze śmiercią Róży Luksemburg, ale dowodów nie znaleziono. 

Abwehra pod rządami Canarisa wykonywała tytaniczną pracę, stała ona za wszystkimi puczami w Ameryce Południowej, chodziły słuchy, że rządzi Hiszpanią, co nie było przesadzone, gdyż wielka ilość niemieckich agentów miała swoje miejscówki właśnie w Hiszpanii. Canaris był również wielkim przyjacielem generała Franco. Wilhelm Canaris starał się tolerować zapędy Hitlera. Nie wytrzymał jednak, gdy był świadkiem rzezi około 200 Żydów w Będzinie wykonanej przez SS-manów. Rozumiał czym jest podbijanie państw, jednak na to co robiła klinika SS, Canaris nie mógł pozwolić. Miał świadomość, że świat nie zapomni Niemcom tych okrucieństw. Chciał je skończyć. W tym celu skontaktował się z Wilhelmem Keitlem. „Na terenie Polski planuje się masowe egzekucje polskiej inteligencji i kleru”. Keitl obojętnie wzruszył ramionami. Czy to właśnie w tym momencie Wilhelm Canaris postanowił powstrzymać Adolfa Hitlera?

Szef Abwehry zaczął niebezpieczną grę,  której stawką było życie wielu ludzi, ale również i jego samego. Pod koniec lat 30 ubiegłego wieku, Wilhelm Canaris założył tajną organizację spiskową „Schwarze Kapelle” – Czarna Orkiestra, której zadaniem było odsunięcie znienawidzonego tyrana od władzy. Canaris z umiarkowanego zwolennika Fuehrera, stał się jego najzagorzalszym przeciwnikiem zdającym sobie sprawę, że polityka Hitlera zaprowadzi Niemcy do zguby. 
„Canaris nienawidził nie tylko Hitlera i Himmlera, ale cały system III Rzeszy. Jako superszpieg, był wszędzie i nigdzie, gdziekolwiek podróżował, pozostawiał aurę tajemniczości. Ten nie rzucający się w oczy, cichy człowiek, był w rzeczywistości naładowany energią. Bardzo oczytany, poliglota, nadwrażliwy – miejsce Canarisa było zawsze poza systemem” – pisał o nim Hans-Bernd Gisevius.

Współpracownikiem Canarisa w Schwarze Kapelle był antynazista – pułkownik Hans Oster i bliski przyjaciel admirała.  Nawiązali oni współpracę z wywodzącymi się z korpusu oficerskiego Wehrmachtu przeciwnikami Hitlera. Już w latach 1937/37 Canaris przez Watykan próbował skontaktować się z Aliantami by pomogli mu odsunąć od władzy Hitlera i utworzyć nowy rząd ze wsparciem brytyjskim.

Działalność Canarisa nie umknęła uwadze jego zagorzałemu przeciwnikowi – Renhardowi Heydrichowi, szefowi Sicherheitdienst. Był to pewnego rodzaju paradoks, ponieważ Canaris z Heydrichem mieszkali vis a vis siebie i spędzali wspólnie popołudnia, między innymi jeżdżąc konno. Zawodowo toczyli jeden z najbardziej zagorzałych pojedynków tuż za plecami jednego z największych zbrodniarzy XX wieku.

Uczestnicy Schwarze Kapelle zorganizowali kilka zamachów na Adolfa Hitlera, jednak żaden się nie powiódł. Dodatkowo nie sprzyjało im szczęście, jakby jakaś niewidzialna opatrzność strzegła życia znienawidzonego Fuehrera. Miało to miejsce między innymi 27 czerwca 1940 roku, gdzie Fritz-Dietlof von der Schulenburg miał zastrzelić Hitlera na defiladzie w Paryżu, jednak z uwagi na zagrożenie brytyjskiego nalotu, defiladę odwołano. 
Bliski powodzenia był również Fabian von Schlabrendorff, któremu 14 marca 1943 roku udało się umieścić bombę w samolocie, którym Hitler wracał do Wilczego Szańca. Ładunek wybuchowy znajdował się w butelce koniaku.

Spiskowcy z ogromnym zniecierpliwieniem oczekiwali komunikatu z okolic Mińska, nad którym miał nastąpić wybuch. Tego samego dnia wieczorem usłyszeli przez radio, że Fuehrer z powodzeniem wylądował na miejscu. Byli w szoku. Canaris nie musiał wyjaśniać jaka była następna czynność, którą Schlabrendorff miał wykonać. 

W wielkim pośpiechu udał się do Wilczego Szańca, gdzie udało mu się odebrać przesyłkę, nie zwracając niczyjej uwagi. W swojej kwaterze zorientował się, że ładunek nie wybuchł ponieważ  odrobina wody zamarzła i unieruchomiła iglicę, która miała spowodować wybuch. Hitler po raz kolejny nieświadomie uszedł z życiem.

Spiskowcy Canarisa byli coraz bardziej zdesperowani. Tydzień po próbie zabicia Hitlera za pomocą bomby w samolocie, Rudolf-Christoph Freiherr von Gersdorff postanowił dokonać samobójczego ataku stojąc przy Hitlerze. Uroczystość odbywająca się Berlinie, z okazji Dnia Bohatera, gdzie wystawiano łupy z frontu wschodniego, była ku temu dogodną okazją by zabić Fuehrera. Hitler przeszedł jednak jak burza obok wszystkich eksponatów, nie zatrzymując się przy żadnym z nich i opuścił salę. Von Gersdorffowi cudem udało się rozbroić bombę na czas w toalecie.

20 lipca 1944 roku w Wilczym Szańcu, wybuchł ładunek podłożony przez Clausa von Stauffenberga. Zdążył on jednak uzbroić tylko jeden ładunek, co znacznie ograniczyło siłę eksplozji. Hitler, lekko ranny uszedł z życiem. Powiedział wtedy: ” „Nigdy wcześniej nie czułem z taką mocą, że Opatrzność czuwa nade mną. Cud sprzed kilku godzin przekonał mnie, że pisane mi są jeszcze większe czyny i że poprowadzę naród niemiecki do najwspanialszego zwycięstwa w jego historii”.  W odwecie naziści zabili 5000 osób, a pętla na szyji wokół admirała Canarisa zacisnęła się na dobre. 

Wilhelm Canaris wpadł w pułapkę. Po zamachu w Wilczym Szańcu aresztował go Walter Schellenberg, zastępca Heydricha, który zginął w 1942 roku w Czechach, z rąk trzech zamachowców z czechosłowackiego rządu emigracyjnego.
Niektóre źródła podają, że Schellenberg umożliwił Canarisowi popełnienie samobójstwa, na co nie przystał admirał. 

Więziony w Fuerstenbergu, przesłuchiwany w Berlinie, Canaris nie przyznawał się do winy i zwracał się do sądu z prośbą o wysłanie go na front jako zwykłego żołnierza. 
Na nic się to zdało.  Dowody obciążające Canarisa były aż nadto wystarczające. Admirał wielokrotnie wspominał, że nie ufa innym osobom: „Nie ufam ludziom, mój pies jest wierniejszy od nich”. Paradoksalnie, zdradzili go współpracownicy, którzy w wyniku tortur Gestapo podpisali wszystkie dokumenty świadczące o tym, że to on-Wilhelm Canaris stał za Schwarze Kapelle. Jeżeli ktoś jeszcze miał wątpliwości co do winy Canarisa, znalezienie jego pamiętnika, w którym zapisywał wszystko, rozwiało wszelkie wątpliwości. 

Po ogłoszeniu wyroku admirała poddano torturom. 9 kwietnia 1945 roku Canaris nadał ostatnią wiadomość przez rury do sąsiedniej celi do innego oficera wywiadu Hansa Loudminga szefa Abwehry na Danię- też antynazisty, który przeżył. Brzmiała krótko „Umieram za mój kraj ,walczyłem w imię swoich ideałów”.
Kto wie jak potoczyłyby się losy Canarisa, gdyby egzekucja zaplanowana byłaby 2 tygodnie później. Dokładnie 23 kwietnia obóz we Flossenbuergu został wyzwolony przez oddziały armii amerykańskiej.
Wilhelm Canaris, największy wróg Hitlera, mógł zmienić losy wojny, ale niestety nie było mu to dane.

P.

 

Chińskie piekło, japońscy barbarzyńcy

O europejskim froncie podczas II wojny światowej napisano mnóstwo książek, artykułów i kompendiów. Większość z nich podkreślała barbarzyństwo jakim wykazywali się naziści oraz żołnierze Armii Czerwonej w stosunku do poległej ludności. Mało mówi się jednak o froncie dalekowschodnim, gdzie Chiny toczyły krwawe boje z Japończykami, którzy nienawidzili ludności z Kraju Środka.

Pomimo chęci zmodernizowania chińskich, nacjonalistycznych wojsk przed zbliżającą się nieuniknioną i wyniszczającą wojną, wszystko spełzło na niczym.  Dość powiedzieć, że Chińscy żołnierze, do walki z Japończykami nie mieli nawet stalowych hełmów, tylko okrągłe czapki ze związywanymi nausznikami dobitnie pokazuje, że pomimo potencjału ilości żołnierzy, Chińczycy do walki byli najzwyczajniej w świecie nie gotowi. Zdobyczne hełmy po poległych Japończykach, chińska armia nosiła z ogromną dumą, co prowadziło jednak do wielu nieporozumień i zamieszań na polu walki w wyniku których Chińczycy ginęli z rąk własnych braci broni.
Łączność radiową posiadały tylko najważniejsze oddziały, które w większym stopniu nie były w stanie odegrać swojej roli, ponieważ często szwankowały. Jeżeli w danym momencie nie szwankowały, to zaszyfrowane wiadomości były w łatwy sposób rozkodowywane przez japońskich specjalistów.  Armią chińską podczas bitew oraz w ciągu normalnego dnia kierowano za pomocą… sygnałów na trąbkach.
Również transport po stronie chińskiej pozostawiał wiele do życzenia. Podczas gdy w Europie korzystano z pełnego militarnego ekwipunku, w tym specjalistycznych maszyn i pojazdów transportowych, w Chinach korzystano z usług mongolskich kucyków i jucznych mułów. Tych prymitywnych form transportu ciągle było mało, co oznaczało, że żołnierze bardzo często zostawali bez niezbędnej żywności. Problemy dotyczyły też żołdu, z którym zalegano miesiącami, co odbijało się fatalnie na morale wojska.

Posuwające się szybko wgłąb lądu oddziały japońskie napotkały wielki opór między innymi pod Szanghajem, gdzie zginęło ponad 70 tysięcy japońskich żołnierzy. Straty po stronie chińskiej były co najmniej dwa i pół raza wyższe, co oznacza, że zginęło tam około 180 tysięcy ludzi. Po tej krwawej bitwie Japończycy w błyskawicznym tempie poruszały się w stronę Nankinu, skąd nacjonalistyczny rząd chiński uciekł do Hankou (ogłaszając to miasto tymczasową stolicą) na wieści o przesuwającej się japońskiej fali.

Nawet Chińczycy, którzy zdawali sobie sprawę z bezwzględności Japończyków nie wyobrażali sobie skali okrucieństw, do jakich dochodziło. W grudniu 1937 roku doszło do „Masakry nankińskiej”, zwanej również „gwałtem nankińskim”.  Japończycy postawili ultimatum, by w ciągu 24 godzin miasto Nankin poddało się. Ponieważ odpowiedź nie nadeszła, Japończycy dopuścili się zmasowanego szturmu na miasto, które po kilku dniach zostało zdobyte. To do czego doszło w mieście Nankin wiemy tylko z uwagi na fakt, że w mieście znajdowały się Międzynarodowe Strefy Bezpieczeństwa, w których ukrywali się ocaleni z masakry i relacji naocznych świadków. Przez 6 tygodni zdemoralizowani i pijani żołnierze Cesarskiej Armii Japońskiej dokonywała rzezi ludności cywilnej oraz więźniów wojennych.

Masakra nankińska to jedna z najbardziej krwawych stron II wojny światowej. Okrucieństwo i furia z jaką Japończycy dokonywali rzezi Chińczyków zszokowała świat. Liczne egzekucje żołnierzy chińskich miały miejsce na brzegach rzeki Jangcy, gdzie później wrzucano tysiące zwłok, które płynęły z prądem aż do Szanghaju. Ludność ginęła pojedynczo od ścięcia samurajskimi mieczami, ofiary oblewano i podpalano, ludzi zakopywano żywcem w ziemi. Kobiety, ale również małe dziewczynki były zbiorowo gwałcone i zabijane  najbardziej ohydnymi sposobami, które może wymyślić tylko bestia ludzka. Pomimo organizowanych „domów uciech”, Japończykom większą przyjemność sprawiały gwałty na lokalnej ludności, niż stanie w kolejce do burdeli.  Był to bestialski odwet za zacięty opór, którego nie spodziewano się po Chińczykach , którymi gardzono w Japonii. Jeden z organizatorów międzynarodowej strefy bezpieczeństwa  – Niemiec John Rabe tak opisywał sceny z Nankinu: „Wprost nie można oddychać z odrazy, gdy człowiek natyka się co rusz na ciała kobiet z bambusowymi tyczkami wetkniętymi w pochwy. Gwałcone są nawet ponad siedemdziesięcioletnie staruszki”.

Japońscy żołnierze wychowywani byli w warunkach typowych dla zmilitaryzowanego społeczeństwa. Mieszkańcy całych wsi uroczyście żegnali poborowych  powoływanych do wojska. Żołnierze więc walczyli o honor swojej rodziny i społeczności lokalnej, w której zostali wychowani, a nie dla cesarza, jak uważano na Zachodzie.
Japończyków utrwalano od najmłodszych lat w przekonaniu, że Chińczycy są znacznie gorsi od „boskiej rasy” japońskiej, że są „gorsi od świń” co może tłumaczyć okrucieństwo z jakim traktowano Chińczyków. Mówiąc więc od II wojnie światowej, nie zapominajmy więc, że również Japonia, która chciała być uznawana za światowe mocarstwo i traktowana na równi z europejskimi potęgami, podczas wojny z Chinami wykazała bezwzględność, surowość oraz bestialstwo nie mniejszą niż żołnierze Wehrmachtu i Armii Czerwonej.

P.

8 marca – dzień, w którym zabito Polskę

8 marca to dzień, w którym w wielu krajach,a także w Polsce obchodzimy święto kobiet, jako wyraz szacunku dla ofiar walki o ich równouprawnienie.  Nie zapominajmy, że w 8 marca 1908 roku, kobiety w Nowym Jorku chciały zmienić swój los. W jednej z fabryk „Wielkiego Jabłka” kobiety zastrajkowały przeciwko nierównemu traktowaniu. Właściciel fabryki, chcący uniknąć skandalu, zamknął je w fabryce. Wybuchł pożar, który pochłonął 129 niewinnych kobiecych dusz.

31 lat później, tego samego dnia – 8 marca, jeden z największych zbrodniarzy w historii ludzkości – Adolf Hitler na krótko przed tym, jak niemieckie oddziały wkroczyły do Pragi i zajęły resztę Czech i Moraw, oświadczył dowódcom Wehrmachtu, że zamierza zniszczyć Polskę.

Hitler przekonywał, że Niemcy dzięki zajęciu terenów polskich, będą mogli korzystać z dóbr naturalnych oraz surowców i zdominować południowe regiony środkowoeuropejskie. Führer postanowił zrównać Polskę z ziemią metodami zbrojnymi a nie środkami dyplomatycznymi.

Cofnijmy się jednak w czasie o parę lat. Strategia niemieckiego wodza nie była do końca jasna. Niejednokrotnie wypowiadał się w sprawie ewentualnego przymierza z Wielką Brytanią, gdyby miało dojść do konfrontacji ze Związkiem Radzieckim. W międzyczasie padał również pomysł ograniczenia wpływów Brytyjczyków na kontynencie europejskim i niespodziewane zaatakowanie Francuzów. Hitler by ograniczyć niebezpieczeństwo na wschodniej flance polecił swojemu ministrowi spraw zagranicznych – Joachimowi von Ribbentropowi zaproponowanie przymierza Polakom. Polacy na tamtą chwilę wykazywali dużą ostrożność, świadomi niebezpieczeństw związanych z prowokowaniem Stalina, który Polaków szczerze nienawidził, oraz słusznie podejrzewając, że Niemcy chcą sprowadzić ich kraj do roli państwa satelickiego.

Nasze geograficzne piętno, czyli znajdowanie się pomiędzy III Rzeszą a Związkiem Radzieckim stanowiło dla Polski ogromny problem. Zaostrzenie się sytuacji w Europie wymagało natychmiastowych działań i zajęcia strony w sporze, który był nieunikniony. Józef Piłsudski wspomniał kiedyś Józefowi Beckowi: „Siedzimy na dwóch stołkach- to nie może trwać długo. Musimy wiedzieć […] z którego spadniemy najpierw i kiedy”.

Wbrew powszechnej opinii Adolf Hitler był pełen podziwu oraz szacunku dla Polaków i ich dzielności. Kiedyś miał powiedzieć: „Dajcie mi polską piechotę, a zdobędę cały świat”. Uznał on, że w zdominowanym świecie przez Rzeszę znajdzie się miejsce dla Rzeczpospolitej.  Hitler był pod wielkim wrażeniem  marszałka Piłsudskiego, czemu dał wyraz po jego śmierci, wysyłając telegram do Ignacego Mościckiego następującej treści: „Polska traci w powołanym do wieczności Marszałku twórcę swego nowego państwa i swego najwierniejszego Syna. Wraz z narodem polskim również naród niemiecki obchodzi żałobę z powodu śmierci tego wielkiego Patrioty, który przez swą pełną zrozumienia współpracę z Niemcami oddał nie tylko wielką usługę naszym krajom, ale przyczynił się ponadto w sposób jak najbardziej wartościowy do uspokojenia Europy” – pisał Hitler.

Po podpisaniu paktu o nieagresji z Niemcami, Polacy grali na zwłokę chcąc złapać 2 sroki za ogon: Posiadać neutralne stosunki z Niemcami oraz nie prowokować Związku Radzieckiego, gdzie Stalin rozkręcał swoją machinę terroru. Czasy stawały się coraz bardziej niespokojne, sytuacja polityczna coraz bardziej napięta. Niemcy coraz mocniej naciskali na Polskę by dołączyli do paktu anty-kominternowskiego i wraz z Wehrmachtem podbili Moskwę. Hans Frank, późniejszy generalny gubernator okupowanej Polski, mówił w 1936 r. w Warszawie, że Polska i Niemcy razem to 100-milionowy kolos, któremu nikt w Europie się nie oprze. Goebbels w swym dzienniku zapisał w 1937 r., że najlepszym wariantem byłaby oś Berlin – Londyn – Rzym – Warszawa.W tym samym roku padł pomysł by Polska stanowiła zabezpieczenie na wypadek ataku ZSRR na Niemcy, podczas gdy ci rozprawialiby się z Francją i Wielką Brytanią. Polska nie odpowiadała, a Józef Beck dokonał wkrótce katastrofalnej kalkulacji.

Oficjalną odmowę Polski i skierowanie się w stronę Wielkiej Brytanii, Hitler potraktował jako potwarz. Znienawidził Polskę i Polaków. Nie rozumiał tłumaczenia Becka: ” Choć pokój jest rzeczą cenną i pożądaną to jedna jest tylko rzecz w życiu ludzi , narodów i państw, która jest bezcenna: tą rzeczą jest honor”.  Decyzja Józefa Becka była samobójstwem odwleczonym w czasie. Nasi sojusznicy (Francja i Wielka Brytania) opuścili nas, zostawiając Polskę na pewną śmierć ze strony dwóch tyranów: Hitlera i Stalina. Umówmy się,że w roku 1939 nie mieliśmy prawa podjąć walki zbrojnej i unosić się honorem. Czy mogliśmy uniknąć tej katastrofy? Na to postaram się odpowiedzieć w następnym tekście.

P.

 

#BezR – 500+

W ostatnim czasie trochę mniej piszę co jest spowodowane nowym projektem, którego się podjąłem. Komentarze i analizy będą również się pojawiały w wersji video, do oglądania których Was serdecznie zachęcam.

Kanał na youtube znajduje się tutaj: https://www.youtube.com/channel/UC3gmTyhBFUbCE3ahRn7PzkQ

Dzisiaj prezentuję Wam film dotyczący flagowego projektu Prawa i Sprawiedliwości czyli „500+”.

Pozdrawiam serdecznie!