Konserwatywna tęsknota

Donald Trump został 45 prezydentem Stanów Zjednoczonych. Szok Demokratów, euforia Republikanów, cały świat wstrzymuje oddech, a ja stawiam pytanie: Czy powinniśmy faktycznie czuć się zaskoczeni?

Otóż nie. Nie powinniśmy się czuć w najmniejszym stopniu zaskoczeni lub zszokowani takim obrotem sprawy, z bardzo prostej przyczyny: Na świecie wraca trend na konserwatyzm i jest on również odczuwalny mocno w Polsce.

Pierwszym takim sygnałem, były wybory do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku, w którym to ówczesne ugrupowanie Janusza Korwin-Mikkego – Kongres Nowej Prawicy (KNP) uzyskało zaskakujący wynik i wprowadziło do PE 4 posłów. Od tamtej pory w Polsce, szczególnie wśród najmłodszej grupy wyborców, czyli 18-24 popularna stała się moda na konserwatyzm i patriotyzm czyli: propagowanie symboli narodowych, nawiązywanie do religii, mówienie i dyskutowanie o narodzie oraz podkreślanie swojego pochodzenia. Na fali tego trendu wypłynął również Paweł Kukiz i jego ugrupowanie Kukiz’15, chociaż jego ruch obywatelski zrzesza w swoich szeregach ludzi zarówno prawicy jak i lewicy, to sam fakt wyboru Kukiza – jako postaci antysystemowej, która odrzuca działanie establishmentu pokazał nam wprost, że w społeczeństwie polskim zachodzą duże zmiany.

Te zmiany na płaszczyźnie politycznej dotyczyły głównie utraty wiary w ówczesną władzę. Społeczeństwo polskie przestało ufać aferałom z Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego i zwróciło się w stronę Prawa i Sprawiedliwości oraz wyżej wspomnianego Kukiza. Ludzie powiedzieli: Stop! Na miejsce skompromitowanego i rozbiotego PO wyłoniła się .Nowoczesna Ryszarda Petru, jako twór, który w następnych wyborach będzie miał bić się o władzę, o ile jej lider nie skompromituje się doszczętnie. Platforma jest jednak dalej obecna w sondażach dosyć wysoko, jednak na tę chwilę nie ma zagrożenia dla partii Jarosława Kaczyńskiego.

Amerykanie zorientowali się o co chodzi. Hilary Clinton miała zostać pierwszą panią prezydent w Białym Domu, ale jak mawiają: Pycha kroczy przed upadkiem. Kandydatka Demokratów miała wszystko, żeby te wybory wygrać. Nieograniczona ilość pieniędzy, nieosiągalny dla oponenta dostęp do mediów, który kreował wizerunek przyszłej pani prezydent i to co Donald Trump wielokrotnie podkreślał: niemożliwa amoralność otoczenia Hilary Clinton. I mimo tych wszystkich atrybutów, Clinton poniosła klęskę. Amerykanie sprzeciwili się poprawności politycznej i propagandzie medialnej. Trump udowodnił, że słowo jest jest silniejsze od miecza, którym media chciały ściąć jego karierę. To również przypomina wybory prezydenckie w Polsce. Sondaże  telewizji TVN były tak przychylne Bronisławowi Komorowskiemu, że gdyby mogły to w studiu ogłosiłyby jego zaprzysiężenie tuż po wydaniu faktów. Polacy podobnie jednak jak Amerykanie odrzucili medialny bełkot i zagłosowali według własnego uznania, spychając Grzegorza Schetynę, Ewę Kopacz i ich Platformę z piedestału władzy i wystawili niemą naganę mediom, które zamiast opisywać rzeczywistość, zaczęły ją nieobiektywnie tworzyć.

Zastanawiające jest to również jak bardzo zwolennicy demokracji nie mogą pogodzić się z wynikami wyborów. Czy nie o to przecież chodzi? Wygrywa większość wedle ściśle określonych reguł, znanych każdemu przed głosowaniem. Niezrozumiałe są więc pochody KOD-u w Polsce jak i protesty Amerykanów po wyborze Donalda Trumpa. Demokraci powinni raczej bez kręcenia nosem zaakceptować wyniki demokratycznych wyborów, prawda? Skoro nie są w stanie tego uczynić, wniosek jest bardzo prosty: „Demokracja jest wtedy, kiedy my wygrywamy”. A na to ludność czy to Stanów Zjednoczonych, czy Polski się nie zgodzi, czego wyraz wydali podczas wyborów.

Nie tylko Polska i Stany Zjednoczone zwracają się w stronę konserwatyzmu. Przez Europę przechodzi fala eurosceptyków, którzy rok w rok rosną w siłę. Już dzisiaj skrajnie prawicowy Front Narodowy wyrasta na najsilniejsze ugrupowanie we Francji, gdzie ilość zwolenników Unii Europejskiej jest dwukrotnie mniejsza od jej przeciwników. Już w 2014 roku podczas wyżej wymienionych przeze mnie wyborach do Parlamentu Europejskiego eurosceptycy z Danii (Duńska Partia Ludowa) oraz Austrii (Partia Wolności) uzyskali bardzo korzystne wyniki. Jeżeli chodzi o Austrię to za miesiąc urząd prezydenta Austrii może zdobyć skrajnie prawicowy Norbert Hofer, który ma za sobą bardzo mocny elektorat, a wynik jego starcia z lewicowym Alexandrem Van der  Bellenem nie jest jednoznaczny do rozstrzygnięcia. Europa przecież dopiero co wyszła z szoku po Brexicie. Dodajemy do tego Węgry Victora Orbana i coraz głośniej słyszalny sprzeciw Słowacji i Czech w sprawie przyjęcia określonej liczby uchodźców i mamy tutaj naprawdę niezły orzech do zgryzienia. Bo tego typu działania prowadzą do jednego. Zamknięcia granic i niech każdy sobie rzepkę skrobie u siebie.

Trump to duże zmiany w Stanach Zjednoczonych. Jakie? O tym się przekonamy wkrótce. Jego zwycięstwo ma również dużą wartość symboliczną, pokazującą, że nawet mając nieograniczone zasoby gotówki i mediów, w dzisiejszych czasach można się temu przeciwstawić i wygrać. Na to oczywiście składa się wiele czynników włącznie ze szczęściem, ale czy nie jest to historia podobna do klasycznego „American dream”? Oczywiście na dużo wyższej płaszczyźnie niż to ma się w zwyczaju mówić, ale mimo wszystko, nowy prezydent może służyć jako przykład nieugiętości i konsekwencji w dążeniu do celu. Trump to przede wszystkim chęć obniżenia podatków i walka z nielegalnymi imigrantami.Wielu ekspertów twierdzi, że na miejscu byłby reset stosunków z Władimirem Putinem. Wydaje mi się, że byłby chętny na takie spotkanie, które mogłoby być owocne dla każdej ze stron. Gdzie u Trumpa jest Polska? Wspominał, że zniesienie wiz dla Polaków będzie jednym z priorytetów jego obozu rządzącego, wypowiadał się w wielu superlatywach o Polonii mieszkającej w Stanach Zjednoczonych, ale jak będzie naprawdę, przekonamy się już niedługo. Jak widać po Polsce i USA, historia lubi się powtarzać. Kilkanaście lat temu dążyliśmy do wspólnoty, dzisiaj tęskno nam do konserwatywnych wartości i skupiania się na sobie. I tak w kółko.

P.

Diabły Hitlera: Martin Bormann

Martin Bormann urodził się 17 czerwca 1900 roku w Halberstadt, w kraju związkowym Saksonia-Anhalt. W wieku 3 lat został półsierotą, ponieważ jego ojciec zmarł. Wychowywany przez surowego ojczyma, dzięki swojemu uporowi i szalonej ambicji z biegiem lat został symbolem błyskotliwej kariery w szeregach NSDAP, a z czasem stał się alter ego samego Adolfa Hitlera.

Spędzający dzieciństwo w Weimarze, Martin Bormann od najmłodszych lat chciał swoje życie spędzić w armii. W 1914 roku pojawiła się taka możliwość wraz z wybuchem I wojny światowej. Bormann uciekł z domu i liczył na wcielenie do armii. Ta jednak zawiodła go,  odrzucając jego zapał i staranie o angaż, tłumacząc swoją decyzję zbyt młodym wiekiem przyszłego generała III Rzeszy. Martin Bormann pogodził się z tym, że jego czas jeszcze nie nadszedł  – podjął pracę na farmie oraz w przemyśle naftowym i cierpliwie czekał na swoją szansę. Ta nadarzyła się 4 lata później, Bormann osiągając pełnoletność mógł spełnić swoje marzenie i wstąpić do słynnego, ale wciąż nielegalnego Freikorpsu „Rossbach”. To tam poznał między innymi Rudolfa Hoessa.

W 1923 roku, w okupowanym przez Francuzów Zagłębiu Ruhry doszło do strasznego wydarzenia. Francuzi aresztowali Alberta Leo Schlagetera – młodego nacjonalistę, którego oskarżono o sabotaż, wymierzony w siły okupacyjne. Schlagetera osądzono i rozstrzelano. W tamtym czasie była to niezwykle głośna sprawa – dzisiaj zapomniana, która wstrząsnęła ówczesną niemiecką opinią publiczną. Znajomi Schlagetera wskazali Waltera Kadowa – byłego nauczyciela ofiary jako człowieka, który wydał go Francuzom.  W zemście na Kadowie brał udział zarówno Hoess jak i Bormann. Hoess został skazany za morderstwo na 10 lat, a Bormann za współudział na 1 rok więzienia.

Po wyjściu z więzienia Bormann zasilił szeregi NSDAP. Było to dla niego jedyne rozsądne wyjście, ponieważ nie mając zawodu w ręce, nie był w stanie uzyskać regularnych, zadowalających go dochodów. W październiku 1928 roku przejął Ubezpieczalnię SA w monachijskiej centrali partii, która z biegiem czasu rozszerzyła swoją działalność, ale już pod szyldem „Kasy Pomocy NSDAP”. Z pozyskanych pieniędzy „Kasa Pomocy NSDAP” pomagała rodzinom rannych i poległych członków partii, ale także finansowała samą partię, co zyskało szczególną przychylność Adolfa Hitlera. W 1929 roku Bormann zabezpieczył swoją karierę, żeniąc się z Gerdą Buch – córką cesarskiego generała w czasie spoczynku – Waltera Bucha, który wtedy piastował stanowisko najwyższego sędziego partyjnego NSDAP. Świadkami na ceremonii był sam Hitler oraz Rudolf Hess. Wielu zarzucało Bormannowi, że poślubił Gerdę tylko ze względu na chęć zrobienia kariery. Martin Bormann szybko zamknął usta krytykom, przeskakując w hierarchii partyjnej swojego teścia, doprowadzając do sytuacji, gdzie wyroki wydawane przez Waltera Bucha, musiały przejść wcześniej przez ręce jego zięcia.

W 1933 roku Martin Bormann dzięki swojemu uporowi, ambicji i pracowitości został Reichsleiterem (Naczelnikiem Rzeszy), których w tamtym czasie było tylko 18 i wewnątrz partii odpowiadali oni tylko i wyłącznie przed Führerem lub jego zastępcami.  Jego kontakty z Hitlerem z biegiem czasu umacniały się, czego efektem było powierzenie zarządzania prywatnego majątku Führera Bormannowi, który w dużej części pochodził z tantiem za „Mein Kampf”.  W tym czasie Bormann powołał do życia również Fundację Przemysłu Niemieckiego Adolfa Hitlera, która przynosiła partii ogromne sumy pieniędzy, które umożliwiły między innymi rozbudowę rezydencji „Berghof” w Obersalzbergu,  odkrytej przez Hitlera w 1923 roku. Na czele rozbudowy tej niesamowitej, położonej w Alpach Salzburskich rezydencji stanął nie kto inny jak Martin Bormann. To właśnie „Berghof” miał być drugą siedzibą rządu niemieckiego, miejscem kultu narodowego socjalizmu. To tam Führer witał swoich zagranicznych gości, których miał oczarować przepych i bogactwo. Na rozbudowę tej rezydencji Bormann nie żałował ani jednej marki (całkowity koszt zamknął się w okolicy 30 milionów marek)- od tamtej pory w jego rękach spoczywał gospodarczy i finansowy nadzór nad gospodarstwem Führera.

1941 roku stała się rzecz niewiarygodna, która wstrząsnęła elitami III Rzeszy oraz miała ostatecznie uczynić z Bormanna „cień Hitlera”. Rudolf Hess postanowił na własną rękę podjąć negocjacje z Wielką Brytanią w celu zakończenia wojny na froncie zachodnim. 10 maja 1941 roku, o godzinie 17:45 wystartował samotnie z Augsburga do Wielkiej Brytanii. Hess – człowiek, który z Bormannem prowadził swoją małą wojnę o „bycie drugim”, z niewiadomych dla nikogo przyczyn porwał się samotnie na negocjacje z Aliantami! (Warto dodać, że to Hess „wyhodował potwora”. Rudolf Hess umożliwił Bormannowi pracę na wysokich stanowiskach w NSDAP, będąc nawet szefem sztabu zastępcy Führera, czyli właśnie Hessa). Adolf Hitler był zszokowany zachowaniem jednego ze swoich najbliższych ludzi. Wśród członków partii Rudolf Hess został uznany za wariata. Po wyjściu z szoku Hitler, całkowicie nie rozumiejąc zachowania Hessa zdecydował się kompletnie zreorganizować Kancelarię Partii. Martin Bormann tylko zacierał ręce. Wygrał. Führer sam utorował mu drogę wprost do nieograniczonej władzy.

Martin Bormann znany był również ze swojej niechęci do kościoła katolickiego, z którym walczył równie zaciekle co z Rudolfem Hessem. Kampania antykościelna była jego autorskim pomysłem, choć Bormann realizował go rzekomo w imieniu Hitlera, nie było to prawdą. Uważał, że jedyną religią jest narodowy socjalizm, a chrześcijaństwo stanowiło dlań konkurencję. W tajnej instrukcji z 7 czerwca 1941 roku wyjaśniał: „Poglądów narodowosocjalistycznych i chrześcijańskich nie da się ze sobą pogodzić. ‚Kościoły chrześcijańskie budują na niewiedzy ludzi i starają się, by tę niewiedzę możliwie jak najszerszej części społeczeństwa podtrzymywać, ponieważ jedynie w ten sposób chrześcijańskie Kościoły mogą zachować swoją władzę. W przeciwieństwie do tego narodowy socjalizm opiera się na fundamentach naukowych. Nasz narodowy obraz świata stoi jednak na znacznie wyższym poziomie niż światopoglądy chrześcijańskie, których najistotniejsze założenia zostały przejęte z judaizmu. Także z tego powodu nie potrzebujemy chrześcijaństwa”. Doprowadziło to do wydania przez niego ogromnej ilości rozporządzeń, dekretów, które miały na celu osłabić pozycję kościoła chrześcijańskiego. Doszło do tego, że jednym z dekretów próbował zakazać używania sformułowań kościelnych. Walka z kościołem katolickim stała się jego obsesją, której nie podzielał jednak Adolf Hitler.  Uważał on, że podczas wojny nie jest wskazane tworzyć nowe miejsca konfrontacji.

Martin Bormann nienawidził Polaków. Po zajęciu terytorium Polski przez Niemcy miał on wszelkie możliwości i instrumenty by dręczyć podbitą ludność i pozbawiać ją elementarnych praw człowieka. To właśnie Bormann wraz z Himmlerem byli motorem napędowym wyzysku, jakiego dokonywali na podbitych wschodnich terenach. Bez wiedzy Bormanna i jego podpisu na dokumentach nic nie mogło zostać wdrożone w życie, co oznacza, że jego udział w Holokauście był ogromny. Jego antysemicka obsesja była tak wielka, że przepchnął on zakaz o nieużywaniu pisma gotyckiego, które uznał za  pismo żydowskie.

Wraz ze wzrostem jego kompetencji i znaczenia w szeregach partii, proporcjonalnie rosła również nienawiść do postaci Bormanna. Zarówno Goebbelsa, Göringa, ale również Himmlera niepokoiła  nadaktywność Bormanna oraz jego bardzo bliskie stosunki z Adolfem Hitlerem. Fakt, że wyżej wymieniona trójka nie mogła nic zrobić, powiększało tylko ich nienawiść do Bormanna. Jak to się stało, że szerzej nieznany obywatelom niemieckim Martin Bormann posiadał w swoich rękach tak ogromne wpływy? Było to możliwe ponieważ cieszył się on bezgranicznym zaufaniem Hitlera. Kiedy inni występowali przed kamerami, fetując kolejne zwycięstwa III Rzeszy, Bormann, nienawidzący blasku fleszy, siedział przy biurku i poszerzał swoje wpływy, sprawując w pewnym momencie ogromną władzę i szereg kompetencji, o  których Himmlerowi, Goebbelsowi i Göringowi się nie śniło. Dookoła siebie budził odrazę i niechęć. Jedna z sekretarek Hitlera miała o nim powiedzieć, że jest „złym duchem Hitlera z nienasyconym głodem władzy”. Otto Dietrich – Sekretarz Stanu w Ministerstwie Propagandy Goebbelsa wspomniał: „zgrabnie wniknął w życie prywatne Hitlera i z biegiem lat tak się w nim zakotwiczył, że Hitler w coraz większym stopniu uważał go za niezbędnego, a potem temu bezmózgiemu człowiekowi dawał coraz większe wpływy polityczne, ponieważ znalazł w jego osobie absolutnie i ślepo posłuszne narzędzie do przekazywania i wykonywania jego rozkazów aż do owocnego końca”. Także dla zasłużonych dla reżimu nazistowskiego takich jak Hans Frank, Bormann był tylko „łachmaniarską kreaturą”, a dla Alberta Speera – Ministra Uzbrojenia i Amunicji postać Bormanna kojarzyła się z osobą o „niedoborze inteligencji i niedostatecznym kontakcie ze światem zewnętrznym”. Hitler cenił sobie oddanie Bormanna, zdając sobie jednocześnie sprawę, że nigdy nie będzie chciał on zająć jego miejsca. Führer podzielił się kiedyś ze swoim fotografem Heinrichem Hoffmannem taką informacją: „Niech mnie pan dobrze zrozumie, Hoffmann. Potrzebuję Bormanna, by wygrać wojnę. Wszyscy zawiedli w wykonywaniu co do joty moich rozkazów – Bormann nigdy”. Obraz jaki wyłania się z wypowiedzi współpracowników sekretarza Hitlera zdaje się kompletnie nie pasować do osoby, która często pisała listy do swojej żony – Gerdy. Z intymnych listów, przeznaczonych tylko dla tych dwoje, wyłania nam się obraz kochającego męża i wydawać by się mogło wciąż zakochanego mężczyzny. Bormann nie jest jednak jedynym przykładem przedstawiciela narodowego socjalizmu, który posiadał dwie twarze.

Do kompetencji Sekretarza Hitlera – jak zwykło nazywać się stanowisko, które piastował Bormann należało przede wszystkim ograniczenie dostępu do wodza. To właśnie Martin Bormann decydował o tym, kto stanie przed Hitlerem, a kto nie, czyje podanie znajdzie się na biurku Führera, a czyje wyląduje w koszu na śmieci. W 1942 roku uzyskał on władzę kontrolną nad wszystkimi dokumentami i rozkazami, które podejmował Adolf Hitler. Zajmował się on również wcześniej wspomnianymi sprawami gospodarczymi i finansowymi, a także często sam podejmował decyzję o których Führer nie wiedział, tłumacząc potem, że „taka jest wola wodza”.

Nieudana operacja „Barbarossa”, czyli atak Niemiec na ZSRR ostatecznie pogrążyły III Rzeszę. Mimo, że Niemcy przypominali tonący z zatrważającą prędkością statek, Bormann nawet wtedy nie przerwał swoich intryg. Skupiający również wielką władzę na swoich barkach – Hermann Göring wysłał do swojego wodza telegram z pytaniem o tak zwany „dekret następcy”. Chodziło tu o to, czy Göring ma przejąć ogólne kierownictwo w Rzeszy, w przypadku pozostania Hitlera w Berlinie. Göring został posądzony przez Bormanna o zdradę Adolfa Hitlera i narodowego socjalizmu. Hitler, pogrążony w apatii, widząc widmo przegranej, dopiero gdy Bormann wykrzyknął: „Göring zdradza”, Hitler pozbawił swojego marszałka władzy, umożliwiając mu złożenie rezygnacji, bez żadnych konsekwencji. Bormann wygrał kolejną bitwę o władzę, nie robiąc sobie nic z tego, że nie miał jej już gdzie sprawować.

Martin Bormann został wykonawcą testamentu Hitlera, który został spisany zaraz po ceremonii zaślubin z Evą Braun. Czy to wtedy sekretarz Führera jakby obudziwszy się z letargu, zdał sobie sprawę, że sytuacja jest beznadziejna? Prawdopodobnie tak. Rosjanie zamieniali bombami i pociskami Berlin w pustynię z ruinami, podczas gdy Bormann dalej wszędzie widział zdradę. Narzekał między innymi, że dywizje wokół Berlina „drepczą w miejscu, zamiast wyrwać Führera z potrzasku”. Po śmierci Hitlera, Bormann próbował wyrwać się z oblężonego Berlina. Sytuacja ta była owiana wieloma tajemnicami i teoriami spiskowymi. Pojawiały się informacje, że Bormann przeżył i żyje spokojnie w Argentynie lub Brazylii. Nie brakowało głosów, że Bormann jest członkiem tak zwanej „Czerwonej Orkiestry”, organizacji współpracującej z ZSRR.

7 i 8 grudnia 1972 roku, podczas wykopalisk mających na celu przekładanie przewodów wysokiego napięcia, w parku Ulap, robotnicy trafili na dwa szkielety.  Jak wykazało uzębienie przebadane w Policyjnej Klinice Dentystycznej w Berlinie, jedno z ciał należało do Martina Bormanna, drugie zaś do ostatniego osobistego lekarza Hitlera – Ludwiga Sumpfeggera. W uzębieniu obu czaszek znaleziono drobinki szkła, co może sugerować, że zarówno lekarz jak i sekretarz Hitlera rozgryźli ampułki z trucizną i zmarli w przeciągu kilku sekund.  17 listopada 1945 rozpoczął się proces w trybie zaocznym przeciwko Martinowi Bormannowi w Norymberdze. Zostały mu przedstawione zarzuty między innymi zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości. Oskarżyciele nie mogli wiedzieć wtedy, że jeden z najpotężniejszych ludzi III Rzeszy już nie żyje.

Fot.: wikimedia.commons

Człowiek, który mógł odmienić bieg wojny

Wiosna 1945 roku. Amerykańskie wojska stały już w okolicy 150 kilometrów od Flossenbuerga, gdzie mieścił się jeden z licznych obozów koncentracyjnych na tych terenach. 8 kwietnia, w jednej  z części obozu miał miejsce proces w którym pewien człowiek został uznany winnym zdrady Fuehrera i III Rzeszy oraz skazany na śmierć.
Tym człowiekiem był Wilhelm Canaris-szef wywiadu i kontrwywiadu Abwehry.

9 kwietnia, SS-mani wywlekli konającego, pobitego Canarisa z celi i nagiego przenieśli do pomieszczenia, w którym odbywały się egzekucje. SS-mani zadbali o to by Canaris umierał powoli. Założono mu na szyję metalową obrożę, zwisającą na metalowym łańcuchu z sufitu. Inna wersja mówi o jedwabnej lince. Po kilku minutach opuszczono jego ciało na ziemię, a Canaris wciąż żył. Czynność tą, powtórzono wielokrotnie.
Jeden z najważniejszych ludzi III Rzeszy, człowiek, który mógł zmienić bieg historii świata, zginął w męczarniach 9 kwietnia 1945 roku.

Wilhelm Canaris urodził się 1 stycznia 1887 roku w jednej z dzielnic Dortmundu – Aplerbeck. Miał włoskie korzenie, a rodzina często chwaliła się, że wywodziła się od XIX-wiecznego greckiego bojownika o wolność admirała Konstandinosa Kanarisa. 
Carl Canaris, ojciec przyszłego szefa Abwehry był zamożnym przemysłowcem i właścicielem wielu kopalń pod Dortmundem. 

Młodego Canarisa ciągnęło jednak nad morze. Do szkoły kadetów w Kilonii Canaris trafił w 1905 roku. Miał wtedy 18 lat. Wstąpił następnie do Cesarskiej Marynarki Wojennej, gdzie w czasie I wojny światowej, służąc na lekkim krążowniku „Dresden”, podczas bitwy falklandzkiej, trafił do niewoli Chilijczyków. Tam, podczas brawurowej ucieczki, przedostał się przez Buenos Aires, Hiszpanię gdzie udało mu się zaprzyjaźnić z generałem Franco, Rotterdam aż do Niemiec, gdzie za to poświęcenie został odznaczony Krzyżem Żelaznym.
Przez wiele następnych lat służył na okrętach podwodnych oraz na statkach, między innymi na pancerniku – „Schlessien”. To tam po raz pierwszy spotkał się na żywo z Adolfem Hitlerem. Hitler uznał wówczas, że ktoś taki jak Canaris mógłby mu się przydać. Ktoś, kto zna się na pracy wywiadowczej, operując przy tym językami obcymi. Cechy charakteru, które posiadał Canaris takie jak spryt, inteligencja oraz nieprzenikliwość stanowiły potężną broń, której nie bał się używać.
”To postać tak nieprzenikniona, że nikt nie jest zgodny w twierdzeniach, jakim był człowiekiem i w co wierzył, jeżeli w ogóle wierzył w cokolwiek” – pisał o nim amerykański historyk Wiliam Shirer.

1 lutego 1935 roku Canaris stanął na czele Abwehry, która była nazywana „oczami i uszami Wehrmachtu”. Jego poprzednik, Konrad Patzig powiedział Canarisowi podczas ich pierwszego spotkania: „Twoim największym wrogiem będzie SS”. Wilhelm Canaris odpowiedział wówczas: „Poradzę sobie z nimi”. 

Canaris na czele Abwehry odnosił sukcesy. Przede wszystkim zreorganizował pracę, dzieląc Abwehrę na trzy piony: wywiadowczy, kontrwywiadowczy oraz dywersyjny. Nowy szef Abwehry nie był członkiem NSDAP oraz nazistą, co może dziwić. Był za to zadeklarowanym antykomunistą. Wielokrotnie łączono go ze śmiercią Róży Luksemburg, ale dowodów nie znaleziono. 

Abwehra pod rządami Canarisa wykonywała tytaniczną pracę, stała ona za wszystkimi puczami w Ameryce Południowej, chodziły słuchy, że rządzi Hiszpanią, co nie było przesadzone, gdyż wielka ilość niemieckich agentów miała swoje miejscówki właśnie w Hiszpanii. Canaris był również wielkim przyjacielem generała Franco. Wilhelm Canaris starał się tolerować zapędy Hitlera. Nie wytrzymał jednak, gdy był świadkiem rzezi około 200 Żydów w Będzinie wykonanej przez SS-manów. Rozumiał czym jest podbijanie państw, jednak na to co robiła klinika SS, Canaris nie mógł pozwolić. Miał świadomość, że świat nie zapomni Niemcom tych okrucieństw. Chciał je skończyć. W tym celu skontaktował się z Wilhelmem Keitlem. „Na terenie Polski planuje się masowe egzekucje polskiej inteligencji i kleru”. Keitl obojętnie wzruszył ramionami. Czy to właśnie w tym momencie Wilhelm Canaris postanowił powstrzymać Adolfa Hitlera?

Szef Abwehry zaczął niebezpieczną grę,  której stawką było życie wielu ludzi, ale również i jego samego. Pod koniec lat 30 ubiegłego wieku, Wilhelm Canaris założył tajną organizację spiskową „Schwarze Kapelle” – Czarna Orkiestra, której zadaniem było odsunięcie znienawidzonego tyrana od władzy. Canaris z umiarkowanego zwolennika Fuehrera, stał się jego najzagorzalszym przeciwnikiem zdającym sobie sprawę, że polityka Hitlera zaprowadzi Niemcy do zguby. 
„Canaris nienawidził nie tylko Hitlera i Himmlera, ale cały system III Rzeszy. Jako superszpieg, był wszędzie i nigdzie, gdziekolwiek podróżował, pozostawiał aurę tajemniczości. Ten nie rzucający się w oczy, cichy człowiek, był w rzeczywistości naładowany energią. Bardzo oczytany, poliglota, nadwrażliwy – miejsce Canarisa było zawsze poza systemem” – pisał o nim Hans-Bernd Gisevius.

Współpracownikiem Canarisa w Schwarze Kapelle był antynazista – pułkownik Hans Oster i bliski przyjaciel admirała.  Nawiązali oni współpracę z wywodzącymi się z korpusu oficerskiego Wehrmachtu przeciwnikami Hitlera. Już w latach 1937/37 Canaris przez Watykan próbował skontaktować się z Aliantami by pomogli mu odsunąć od władzy Hitlera i utworzyć nowy rząd ze wsparciem brytyjskim.

Działalność Canarisa nie umknęła uwadze jego zagorzałemu przeciwnikowi – Renhardowi Heydrichowi, szefowi Sicherheitdienst. Był to pewnego rodzaju paradoks, ponieważ Canaris z Heydrichem mieszkali vis a vis siebie i spędzali wspólnie popołudnia, między innymi jeżdżąc konno. Zawodowo toczyli jeden z najbardziej zagorzałych pojedynków tuż za plecami jednego z największych zbrodniarzy XX wieku.

Uczestnicy Schwarze Kapelle zorganizowali kilka zamachów na Adolfa Hitlera, jednak żaden się nie powiódł. Dodatkowo nie sprzyjało im szczęście, jakby jakaś niewidzialna opatrzność strzegła życia znienawidzonego Fuehrera. Miało to miejsce między innymi 27 czerwca 1940 roku, gdzie Fritz-Dietlof von der Schulenburg miał zastrzelić Hitlera na defiladzie w Paryżu, jednak z uwagi na zagrożenie brytyjskiego nalotu, defiladę odwołano. 
Bliski powodzenia był również Fabian von Schlabrendorff, któremu 14 marca 1943 roku udało się umieścić bombę w samolocie, którym Hitler wracał do Wilczego Szańca. Ładunek wybuchowy znajdował się w butelce koniaku.

Spiskowcy z ogromnym zniecierpliwieniem oczekiwali komunikatu z okolic Mińska, nad którym miał nastąpić wybuch. Tego samego dnia wieczorem usłyszeli przez radio, że Fuehrer z powodzeniem wylądował na miejscu. Byli w szoku. Canaris nie musiał wyjaśniać jaka była następna czynność, którą Schlabrendorff miał wykonać. 

W wielkim pośpiechu udał się do Wilczego Szańca, gdzie udało mu się odebrać przesyłkę, nie zwracając niczyjej uwagi. W swojej kwaterze zorientował się, że ładunek nie wybuchł ponieważ  odrobina wody zamarzła i unieruchomiła iglicę, która miała spowodować wybuch. Hitler po raz kolejny nieświadomie uszedł z życiem.

Spiskowcy Canarisa byli coraz bardziej zdesperowani. Tydzień po próbie zabicia Hitlera za pomocą bomby w samolocie, Rudolf-Christoph Freiherr von Gersdorff postanowił dokonać samobójczego ataku stojąc przy Hitlerze. Uroczystość odbywająca się Berlinie, z okazji Dnia Bohatera, gdzie wystawiano łupy z frontu wschodniego, była ku temu dogodną okazją by zabić Fuehrera. Hitler przeszedł jednak jak burza obok wszystkich eksponatów, nie zatrzymując się przy żadnym z nich i opuścił salę. Von Gersdorffowi cudem udało się rozbroić bombę na czas w toalecie.

20 lipca 1944 roku w Wilczym Szańcu, wybuchł ładunek podłożony przez Clausa von Stauffenberga. Zdążył on jednak uzbroić tylko jeden ładunek, co znacznie ograniczyło siłę eksplozji. Hitler, lekko ranny uszedł z życiem. Powiedział wtedy: ” „Nigdy wcześniej nie czułem z taką mocą, że Opatrzność czuwa nade mną. Cud sprzed kilku godzin przekonał mnie, że pisane mi są jeszcze większe czyny i że poprowadzę naród niemiecki do najwspanialszego zwycięstwa w jego historii”.  W odwecie naziści zabili 5000 osób, a pętla na szyji wokół admirała Canarisa zacisnęła się na dobre. 

Wilhelm Canaris wpadł w pułapkę. Po zamachu w Wilczym Szańcu aresztował go Walter Schellenberg, zastępca Heydricha, który zginął w 1942 roku w Czechach, z rąk trzech zamachowców z czechosłowackiego rządu emigracyjnego.
Niektóre źródła podają, że Schellenberg umożliwił Canarisowi popełnienie samobójstwa, na co nie przystał admirał. 

Więziony w Fuerstenbergu, przesłuchiwany w Berlinie, Canaris nie przyznawał się do winy i zwracał się do sądu z prośbą o wysłanie go na front jako zwykłego żołnierza. 
Na nic się to zdało.  Dowody obciążające Canarisa były aż nadto wystarczające. Admirał wielokrotnie wspominał, że nie ufa innym osobom: „Nie ufam ludziom, mój pies jest wierniejszy od nich”. Paradoksalnie, zdradzili go współpracownicy, którzy w wyniku tortur Gestapo podpisali wszystkie dokumenty świadczące o tym, że to on-Wilhelm Canaris stał za Schwarze Kapelle. Jeżeli ktoś jeszcze miał wątpliwości co do winy Canarisa, znalezienie jego pamiętnika, w którym zapisywał wszystko, rozwiało wszelkie wątpliwości. 

Po ogłoszeniu wyroku admirała poddano torturom. 9 kwietnia 1945 roku Canaris nadał ostatnią wiadomość przez rury do sąsiedniej celi do innego oficera wywiadu Hansa Loudminga szefa Abwehry na Danię- też antynazisty, który przeżył. Brzmiała krótko „Umieram za mój kraj ,walczyłem w imię swoich ideałów”.
Kto wie jak potoczyłyby się losy Canarisa, gdyby egzekucja zaplanowana byłaby 2 tygodnie później. Dokładnie 23 kwietnia obóz we Flossenbuergu został wyzwolony przez oddziały armii amerykańskiej.
Wilhelm Canaris, największy wróg Hitlera, mógł zmienić losy wojny, ale niestety nie było mu to dane.

P.

 

Chińskie piekło, japońscy barbarzyńcy

O europejskim froncie podczas II wojny światowej napisano mnóstwo książek, artykułów i kompendiów. Większość z nich podkreślała barbarzyństwo jakim wykazywali się naziści oraz żołnierze Armii Czerwonej w stosunku do poległej ludności. Mało mówi się jednak o froncie dalekowschodnim, gdzie Chiny toczyły krwawe boje z Japończykami, którzy nienawidzili ludności z Kraju Środka.

Pomimo chęci zmodernizowania chińskich, nacjonalistycznych wojsk przed zbliżającą się nieuniknioną i wyniszczającą wojną, wszystko spełzło na niczym.  Dość powiedzieć, że Chińscy żołnierze, do walki z Japończykami nie mieli nawet stalowych hełmów, tylko okrągłe czapki ze związywanymi nausznikami dobitnie pokazuje, że pomimo potencjału ilości żołnierzy, Chińczycy do walki byli najzwyczajniej w świecie nie gotowi. Zdobyczne hełmy po poległych Japończykach, chińska armia nosiła z ogromną dumą, co prowadziło jednak do wielu nieporozumień i zamieszań na polu walki w wyniku których Chińczycy ginęli z rąk własnych braci broni.
Łączność radiową posiadały tylko najważniejsze oddziały, które w większym stopniu nie były w stanie odegrać swojej roli, ponieważ często szwankowały. Jeżeli w danym momencie nie szwankowały, to zaszyfrowane wiadomości były w łatwy sposób rozkodowywane przez japońskich specjalistów.  Armią chińską podczas bitew oraz w ciągu normalnego dnia kierowano za pomocą… sygnałów na trąbkach.
Również transport po stronie chińskiej pozostawiał wiele do życzenia. Podczas gdy w Europie korzystano z pełnego militarnego ekwipunku, w tym specjalistycznych maszyn i pojazdów transportowych, w Chinach korzystano z usług mongolskich kucyków i jucznych mułów. Tych prymitywnych form transportu ciągle było mało, co oznaczało, że żołnierze bardzo często zostawali bez niezbędnej żywności. Problemy dotyczyły też żołdu, z którym zalegano miesiącami, co odbijało się fatalnie na morale wojska.

Posuwające się szybko wgłąb lądu oddziały japońskie napotkały wielki opór między innymi pod Szanghajem, gdzie zginęło ponad 70 tysięcy japońskich żołnierzy. Straty po stronie chińskiej były co najmniej dwa i pół raza wyższe, co oznacza, że zginęło tam około 180 tysięcy ludzi. Po tej krwawej bitwie Japończycy w błyskawicznym tempie poruszały się w stronę Nankinu, skąd nacjonalistyczny rząd chiński uciekł do Hankou (ogłaszając to miasto tymczasową stolicą) na wieści o przesuwającej się japońskiej fali.

Nawet Chińczycy, którzy zdawali sobie sprawę z bezwzględności Japończyków nie wyobrażali sobie skali okrucieństw, do jakich dochodziło. W grudniu 1937 roku doszło do „Masakry nankińskiej”, zwanej również „gwałtem nankińskim”.  Japończycy postawili ultimatum, by w ciągu 24 godzin miasto Nankin poddało się. Ponieważ odpowiedź nie nadeszła, Japończycy dopuścili się zmasowanego szturmu na miasto, które po kilku dniach zostało zdobyte. To do czego doszło w mieście Nankin wiemy tylko z uwagi na fakt, że w mieście znajdowały się Międzynarodowe Strefy Bezpieczeństwa, w których ukrywali się ocaleni z masakry i relacji naocznych świadków. Przez 6 tygodni zdemoralizowani i pijani żołnierze Cesarskiej Armii Japońskiej dokonywała rzezi ludności cywilnej oraz więźniów wojennych.

Masakra nankińska to jedna z najbardziej krwawych stron II wojny światowej. Okrucieństwo i furia z jaką Japończycy dokonywali rzezi Chińczyków zszokowała świat. Liczne egzekucje żołnierzy chińskich miały miejsce na brzegach rzeki Jangcy, gdzie później wrzucano tysiące zwłok, które płynęły z prądem aż do Szanghaju. Ludność ginęła pojedynczo od ścięcia samurajskimi mieczami, ofiary oblewano i podpalano, ludzi zakopywano żywcem w ziemi. Kobiety, ale również małe dziewczynki były zbiorowo gwałcone i zabijane  najbardziej ohydnymi sposobami, które może wymyślić tylko bestia ludzka. Pomimo organizowanych „domów uciech”, Japończykom większą przyjemność sprawiały gwałty na lokalnej ludności, niż stanie w kolejce do burdeli.  Był to bestialski odwet za zacięty opór, którego nie spodziewano się po Chińczykach , którymi gardzono w Japonii. Jeden z organizatorów międzynarodowej strefy bezpieczeństwa  – Niemiec John Rabe tak opisywał sceny z Nankinu: „Wprost nie można oddychać z odrazy, gdy człowiek natyka się co rusz na ciała kobiet z bambusowymi tyczkami wetkniętymi w pochwy. Gwałcone są nawet ponad siedemdziesięcioletnie staruszki”.

Japońscy żołnierze wychowywani byli w warunkach typowych dla zmilitaryzowanego społeczeństwa. Mieszkańcy całych wsi uroczyście żegnali poborowych  powoływanych do wojska. Żołnierze więc walczyli o honor swojej rodziny i społeczności lokalnej, w której zostali wychowani, a nie dla cesarza, jak uważano na Zachodzie.
Japończyków utrwalano od najmłodszych lat w przekonaniu, że Chińczycy są znacznie gorsi od „boskiej rasy” japońskiej, że są „gorsi od świń” co może tłumaczyć okrucieństwo z jakim traktowano Chińczyków. Mówiąc więc od II wojnie światowej, nie zapominajmy więc, że również Japonia, która chciała być uznawana za światowe mocarstwo i traktowana na równi z europejskimi potęgami, podczas wojny z Chinami wykazała bezwzględność, surowość oraz bestialstwo nie mniejszą niż żołnierze Wehrmachtu i Armii Czerwonej.

P.