Konserwatywna tęsknota

Donald Trump został 45 prezydentem Stanów Zjednoczonych. Szok Demokratów, euforia Republikanów, cały świat wstrzymuje oddech, a ja stawiam pytanie: Czy powinniśmy faktycznie czuć się zaskoczeni?

Otóż nie. Nie powinniśmy się czuć w najmniejszym stopniu zaskoczeni lub zszokowani takim obrotem sprawy, z bardzo prostej przyczyny: Na świecie wraca trend na konserwatyzm i jest on również odczuwalny mocno w Polsce.

Pierwszym takim sygnałem, były wybory do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku, w którym to ówczesne ugrupowanie Janusza Korwin-Mikkego – Kongres Nowej Prawicy (KNP) uzyskało zaskakujący wynik i wprowadziło do PE 4 posłów. Od tamtej pory w Polsce, szczególnie wśród najmłodszej grupy wyborców, czyli 18-24 popularna stała się moda na konserwatyzm i patriotyzm czyli: propagowanie symboli narodowych, nawiązywanie do religii, mówienie i dyskutowanie o narodzie oraz podkreślanie swojego pochodzenia. Na fali tego trendu wypłynął również Paweł Kukiz i jego ugrupowanie Kukiz’15, chociaż jego ruch obywatelski zrzesza w swoich szeregach ludzi zarówno prawicy jak i lewicy, to sam fakt wyboru Kukiza – jako postaci antysystemowej, która odrzuca działanie establishmentu pokazał nam wprost, że w społeczeństwie polskim zachodzą duże zmiany.

Te zmiany na płaszczyźnie politycznej dotyczyły głównie utraty wiary w ówczesną władzę. Społeczeństwo polskie przestało ufać aferałom z Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego i zwróciło się w stronę Prawa i Sprawiedliwości oraz wyżej wspomnianego Kukiza. Ludzie powiedzieli: Stop! Na miejsce skompromitowanego i rozbiotego PO wyłoniła się .Nowoczesna Ryszarda Petru, jako twór, który w następnych wyborach będzie miał bić się o władzę, o ile jej lider nie skompromituje się doszczętnie. Platforma jest jednak dalej obecna w sondażach dosyć wysoko, jednak na tę chwilę nie ma zagrożenia dla partii Jarosława Kaczyńskiego.

Amerykanie zorientowali się o co chodzi. Hilary Clinton miała zostać pierwszą panią prezydent w Białym Domu, ale jak mawiają: Pycha kroczy przed upadkiem. Kandydatka Demokratów miała wszystko, żeby te wybory wygrać. Nieograniczona ilość pieniędzy, nieosiągalny dla oponenta dostęp do mediów, który kreował wizerunek przyszłej pani prezydent i to co Donald Trump wielokrotnie podkreślał: niemożliwa amoralność otoczenia Hilary Clinton. I mimo tych wszystkich atrybutów, Clinton poniosła klęskę. Amerykanie sprzeciwili się poprawności politycznej i propagandzie medialnej. Trump udowodnił, że słowo jest jest silniejsze od miecza, którym media chciały ściąć jego karierę. To również przypomina wybory prezydenckie w Polsce. Sondaże  telewizji TVN były tak przychylne Bronisławowi Komorowskiemu, że gdyby mogły to w studiu ogłosiłyby jego zaprzysiężenie tuż po wydaniu faktów. Polacy podobnie jednak jak Amerykanie odrzucili medialny bełkot i zagłosowali według własnego uznania, spychając Grzegorza Schetynę, Ewę Kopacz i ich Platformę z piedestału władzy i wystawili niemą naganę mediom, które zamiast opisywać rzeczywistość, zaczęły ją nieobiektywnie tworzyć.

Zastanawiające jest to również jak bardzo zwolennicy demokracji nie mogą pogodzić się z wynikami wyborów. Czy nie o to przecież chodzi? Wygrywa większość wedle ściśle określonych reguł, znanych każdemu przed głosowaniem. Niezrozumiałe są więc pochody KOD-u w Polsce jak i protesty Amerykanów po wyborze Donalda Trumpa. Demokraci powinni raczej bez kręcenia nosem zaakceptować wyniki demokratycznych wyborów, prawda? Skoro nie są w stanie tego uczynić, wniosek jest bardzo prosty: „Demokracja jest wtedy, kiedy my wygrywamy”. A na to ludność czy to Stanów Zjednoczonych, czy Polski się nie zgodzi, czego wyraz wydali podczas wyborów.

Nie tylko Polska i Stany Zjednoczone zwracają się w stronę konserwatyzmu. Przez Europę przechodzi fala eurosceptyków, którzy rok w rok rosną w siłę. Już dzisiaj skrajnie prawicowy Front Narodowy wyrasta na najsilniejsze ugrupowanie we Francji, gdzie ilość zwolenników Unii Europejskiej jest dwukrotnie mniejsza od jej przeciwników. Już w 2014 roku podczas wyżej wymienionych przeze mnie wyborach do Parlamentu Europejskiego eurosceptycy z Danii (Duńska Partia Ludowa) oraz Austrii (Partia Wolności) uzyskali bardzo korzystne wyniki. Jeżeli chodzi o Austrię to za miesiąc urząd prezydenta Austrii może zdobyć skrajnie prawicowy Norbert Hofer, który ma za sobą bardzo mocny elektorat, a wynik jego starcia z lewicowym Alexandrem Van der  Bellenem nie jest jednoznaczny do rozstrzygnięcia. Europa przecież dopiero co wyszła z szoku po Brexicie. Dodajemy do tego Węgry Victora Orbana i coraz głośniej słyszalny sprzeciw Słowacji i Czech w sprawie przyjęcia określonej liczby uchodźców i mamy tutaj naprawdę niezły orzech do zgryzienia. Bo tego typu działania prowadzą do jednego. Zamknięcia granic i niech każdy sobie rzepkę skrobie u siebie.

Trump to duże zmiany w Stanach Zjednoczonych. Jakie? O tym się przekonamy wkrótce. Jego zwycięstwo ma również dużą wartość symboliczną, pokazującą, że nawet mając nieograniczone zasoby gotówki i mediów, w dzisiejszych czasach można się temu przeciwstawić i wygrać. Na to oczywiście składa się wiele czynników włącznie ze szczęściem, ale czy nie jest to historia podobna do klasycznego „American dream”? Oczywiście na dużo wyższej płaszczyźnie niż to ma się w zwyczaju mówić, ale mimo wszystko, nowy prezydent może służyć jako przykład nieugiętości i konsekwencji w dążeniu do celu. Trump to przede wszystkim chęć obniżenia podatków i walka z nielegalnymi imigrantami.Wielu ekspertów twierdzi, że na miejscu byłby reset stosunków z Władimirem Putinem. Wydaje mi się, że byłby chętny na takie spotkanie, które mogłoby być owocne dla każdej ze stron. Gdzie u Trumpa jest Polska? Wspominał, że zniesienie wiz dla Polaków będzie jednym z priorytetów jego obozu rządzącego, wypowiadał się w wielu superlatywach o Polonii mieszkającej w Stanach Zjednoczonych, ale jak będzie naprawdę, przekonamy się już niedługo. Jak widać po Polsce i USA, historia lubi się powtarzać. Kilkanaście lat temu dążyliśmy do wspólnoty, dzisiaj tęskno nam do konserwatywnych wartości i skupiania się na sobie. I tak w kółko.

P.

Hipokryzja Zachodu

Podczas regularnych debat cienkoszyich intelektualistów z Parlamentu Europejskiego: które państwo, ilu uchodźców powinno przyjąć, zapominają oni o jednej bardzo ważnej kwestii. My już przyjęliśmy uchodźców. Z Ukrainy. I jest ich około miliona.

Szacuje się, że tylko w zeszłym roku Niemcy przyjęli ponad milion uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Rozlokowano ich po różnych miejscowościach, w których trzymani są w obozach koncentracyjnych (odpowiadam na oburzenie: obozy koncentrujące osoby w jednym miejscu to nie obozy zagłady), halach lub specjalnie wyznaczonych do tego placówkach, gdzie znakomita większość z nich robi to co Ferdynand Kiepski – czyli nic.

Z drugiej strony, za wschodnią granicą Polski mamy kolejny problem i wojnę na Ukrainie. Eskalacja konfliktu doprowadziła do tego, że wielu Ukraińców zdecydowało się na migrację w stronę polskiej granicy.  W ubiegłym roku wydano w Polsce około 800 tysięcy pozwoleń dla pracę dla obywateli Ukrainy. Szacuje się, że legalnie zatrudnionych jest ich w Polsce obecnie 650 tysięcy, natomiast w szarej strefie jest to liczba sięgająca możliwie nawet 270 tysięcy osób.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) dba o to, by Ukraińcom pomóc w możliwości znalezienia zatrudnienia w Polsce i optuje za liberalizacją przepisów, które będą dotyczyć imigrantów zza naszej wschodniej granicy.  Są to między innymi dokumenty zalegalizowania pobytu w Polsce i  szereg ułatwień w dążeniu do uzyskania obywatelstwa polskiego. Prezes ZPP – Cezary Kaźmierczak twierdzi, że w przeciągu 10 lat, Polska przyjmie nawet 5 milionów Ukraińców w swoje granice.

Bardzo krytycznie na ten temat wypowiada się ekonomista i były wiceminister finansów: Cezary Mech: „Ukraińcy obniżają wynagrodzenia pracownikom polskim i tak naprawdę też wymuszają emigrację polskiej młodzieży za granicę”.

ZPP twierdzi, że ich pomysły znajdują uznanie na poziomie wiceministerialnym. Wiceminister pracy, rodziny i polityki społecznej Bartosz Marczuk stwierdził, że program „Rodzina 500+ celowo jest kierowany również do imigrantów – w tym także do Ukraińców”.

Ostatnie sondaże pokazują, że 2/3 młodych Ukraińców zamierza wyjechać z kraju i podaje Polskę jako kraj docelowy. Prawdziwe „oblężenie” Ukraińców przeżywa Wrocław, gdzie pojawił się problem z wynajęciem mieszkań. Z danych Dolnośląskiego Wojewódzkiego Urzędu Pracy wynika, że tylko w pierwszym półroczu tego roku wpłynęło do nich 60 tysięcy oświadczeń o chęci powierzenia pracy cudzoziemcowi, w tym 99% przypadków dotyczyło Ukraińców. Prezydent Rafał Dutkiewicz już zaapelował, że w dwóch szkołach podstawowych wprowadzone zostaną lekcje języka ukraińskiego oraz zajęcia z kultury i historii Ukrainy.

Rosnąca liczba pracowników z Ukrainy na ziemiach polskich spowodowała, że OPZZ oraz Ukraińcy zainicjowali powołanie dla nich związku zawodowego, który miałby walczyć  o prawa ukraińskich pracowników w Polsce i przeciwdziałać nierównościom ich dotyczących. Siedziba ma mieć miejsce w Warszawie.

Oczywistym jest, że większość Ukraińców się zintegruje z Polakami, w tej kwestii niewiele różnią się oni od naszych rodaków, którzy wyjechali za chlebem do państw Europy Zachodniej. Czego należy się jednak obawiać to rosnący na Ukrainie banderowski nacjonalizm, który z chęcią zainstalowałby nam swoją V kolumnę w Polsce. W tej chwili ten problem nie istnieje, ale należy go mieć z tyłu głowy.

Hipokryzja zachodniej Europy polega na tym, że postrzega nas ona jako naród niechętny obcym, co mija się z prawdą. Przyjęcie prawie miliona Ukraińców stawia nas praktycznie na równi z Niemcami, którzy chcą się uchodźcami „podzielić” z innymi krajami. Na to nie zgadzają się ani Węgry, ani Słowacja jak i Czechy. Narracja niemieckich mediów jakoby nie wiązać zamachów terrorystycznych z exodusem bliskowschodnim też nie przekonuje Polaków.

 Prezydent Niemiec – Joachim Gauck powiedział swego czasu: „Polaków dotyczy to, co zauważyłem już u mieszkańców wschodnich Niemiec: potrzeba czasu, by nauczyć się żyć z obcymi i zamienić obcość w zażyłość”. Otóż Panie Gauck, my doskonale wiemy jak to jest żyć z obcymi. Na ich zasadach. Może zapomniał Pan ale kiedy Niemcy rosły w siłę za amerykańskie pieniądze z planu Marschala, my gniliśmy pod komunistyczną batutą przez 50 lat. My doskonale wiemy jak to jest żyć z obcymi, może dlatego, nauczeni historią, jesteśmy bardziej powściągliwi w tej kwestii.

Das Audit

Tak jak PiS obiecywało w kampanii, doszło do rozliczenia 8 lat rządów PO/PSL. I jak można było się spodziewać rządy proniemieckiego polskiego rządu pod batutą Donalda Tuska i Ewy Kopacz do najbardziej gospodarnych nie należały.

Po marszu 7 maja, w którym według szacunków PO przyszło 200 tysięcy ludzi, była partia rządząca zasugerowała, że tak zwany audyt, który miał na celu rozliczenie ich rządów to tylko chęć zatarcia wrażenia po owym marszu. Dzisiaj wiemy, że 200 tysięcy ludzi nie było, choć krzyki, manifesty, piski i jazgoty sugerowałyby coś innego. Co do samego marszu, mam neutralne zdanie na jego temat. Demokracja umożliwia tego typu protesty uliczne. Zorganizowali się, pokrzyczeli, przeszli, poszli do domów. Tyle. Sugerowanie przez panów: Schetynę, Kijowskiego (skąd oni go wzięli?!), Petru, że w Polsce łamane są prawa demokracji jest co najmniej nielogiczne.

Już tłumaczę dlaczego jest to nielogiczne. PiS, partia Jarosława Kaczyńskiego wygrała wybory w, zaskoczę ludzi PO/PSL – demokratycznych wyborach, więc sugestie, że TA demokracja jest przez nich łamana przez podejmowanie przez ich ludzi różnych decyzji (słusznych, niesłusznych, przyjdzie ocenić) jest w moim odczuciu zwykłą frustracją. Jak wiemy, PO utraciła większość w sejmie, urząd prezydenta po fatalnej kampanii wyborczej pełnej gaf i wpadek Bronisława Komorowskiego, który oddali na własne życzenie. Przegrali DEMOKRATYCZNE wybory, czyli za pomocą oręża, o który teraz walczą.

Audyt jak wielu zainteresowanych się spodziewało, wykazał kompletny brak rozwagi w wydawaniu publicznych pieniędzy (Twoich Drogi Czytelniku również). Marszałek Marek Kuchciński rozpoczął 18 posiedzenie Sejmu RP o godzinie 9.05. O 9.11 na sali plenarnej Nowoczesna (a jakże) poprosiła o przerwę w obradach. To dziwne bo ból brzucha spowodowany stresem powinien raczej pojawić się u posłów PO i PSL. Chyba, że mówimy o posłach, którzy zdążyli już zmienić szyld i z PO przeszli pod skrzydła naczelnego Nowoczesnej – Ryszarda Petru, którego książki, jak wyszło z audytu sponsorowane były przez Narodowe Centrum Kultury, zanim został posłem. Po wypowiedziach Petru z ostatnich miesięcy spodziewałbym się po nim (co najwyżej) kolorowanek, a nie książek, ale to już moja prywatna opinia.

Na wstępie premier Beata Szydło wspomniała, że rządy PO/PSL kosztowały Polaków około 340 miliardów złotych. Szok? Chyba tylko ze strony internautów na bieżąco komentujących sejmowe przemówienia. Politycy PiS zaskoczeni nie mogli być, pracowali przecież nad tym ostatnie miesiące. Posłowie PO i PSL siedzieli z zasępionymi minami niczym uczniowie w klasie złapani na paleniu fajek w toalecie. Skrucha? Wykluczone.

Po premier Szydło na mównicy pojawiali się szefowie kolejnych resortów zdający sprawozdania finansowe o zastanych przez nich oddziałach w momencie przejmowania urzędu. Warto wspomnieć, że dla przeciętnego Kowalskiego, nie tylko liczby, ale wszystkie te informacje były raczej niezrozumiałe. Umówmy się, że decyzje o zakupach, przetargach i procesach sprzedażowych nie mają siły zainteresować zwykłego zjadacza chleba. Wynikał z tych informacji jednak jasny przekaz – marnotrawstwo.

„Możemy uznać, że to obywatele najlepiej dokonali rozliczenia, jednak my zobowiązaliśmy się przed wyborcami, że polityka stanie się w końcu poważna i odpowiedzialna, że ludzie sprawujący władze będą odpowiadać za swoje czyny i zaniechania. Osiem ostatnich lat to czas, kiedy przedstawiciele władzy nie brali odpowiedzialności za swoje czyny” – mówiła Beata Szydło.

Co do samego audytu: Na początku minister Paweł Szałamacha stwierdził, że rządy PO/PSL miały ogromny wpływ na gospodarkę, przyczyniając się do upadku wielu polskich firm. Wielokrotnie padały słowa takie jak: rozrzutność, niegospodarność oraz pazerność. Szefowie resortów punktowali Ludowców i posłów Platformy. Wielomilionowe pensje i odprawy dla prezesów spółek Skarbu Państwa – tego można było się spodziewać. Złoty mercedes, który okazał się beżowy? Też się pojawił. Łóżko do masażu, które woził za sobą marszałek Radosław Sikorski, sprzęt za wiele milionów, który trafił do magazynu bo brakło na niego hali? Też był. Hitem okazał się pokazany przez ministra Waszczykowskiego bączek, który miał być symbolem polskiej prezydentury w Unii Europejskiej.  Puszczony w ruch nie zakręcił się. Chyba ze wstydu. Kosztował około miliona złotych.

Posłowie PiS podeszli do sprawy niezwykle skrupulatnie. Każda nieścisłość została wygłoszona z mównicy. Mateusz Morawiecki stwierdził, że koszt utrzymania urzędników to 50 miliardów złotych rocznie. Dług publiczny sięgający biliona. Inwigilacja dziennikarzy. Długo kazał na siebie czekać Antoni Macierewicz. Gdy wszedł już na mównicę, okazało się, że niegospodarność obecnej opozycji w dużym stopniu uderzyła w resort, którym zarządza. Macierewicz powiedział, że żaden projekt rozwoju Sił Zbrojnych nie został ukończony. Wydano na to 50 miliardów złotych. Dużym absurdem okazało się zakupienie nowoczesnych moździerzy o wartości 1,1 miliarda złotych. Zrezygnowano jednak z zakupu… amunicji do niego. Tradycyjnie u niego nie brakło informacji o „ukrywaniu kluczowych dokumentów w sprawie katastrofy z 10 kwietnia”. Tego można się było spodziewać.

Wszystkie przykłady podane w tekście są tylko wierzchołkiem góry lodowej. Z mównicy wysypywały się przykłady nieumiejętnego dysponowania pieniędzmi oraz ogromnej niefrasobliwości.

Po wypowiedziach wszystkich szefów resortów przyszedł czas na podsumowania. Głos zabrała między innymi Ewa Kopacz, która stwierdziła, że z 8 lat rządów PO/PSL jest… dumna. Trwały małe przepychanki słowne, co zaskakiwać raczej nie może. Istotną rzecz powiedział poseł Tomasz Jaskóła z Kukiz’15, który wspomniał , że „Pieniądze były wyciągane na masową skalę z kieszeni Polaków. 150 mld z OFE – przypominam, one zostały ukradzione Polakom przez PO-PSL. to, co zrobiliście jest nie do wybaczenia”.

Śmiało można stwierdzić, że cały audyt jest na pewno zagrywką polityczną skierowaną w były rząd. Jest to jednak broń obosieczna. W przypadku porażki PiS w kolejnych wyborach, to kolejna ekipa rządząca będzie miała pole do popisu i rozliczenie obecnego rządu za swoje lata/miesiące u władzy. Kwoty, które padły z ust polityków PiS-u na pewno powinny robić wrażenie. Jeżeli okaże się to wszystko prawdą (dowody mają się pojawić wkrótce), to może być to koniec PO i PSL w takiej formie w jakiej te partie znamy. Jak to mówią – w cywilizowanej demokracji tacy ludzie nie mieliby możliwości więcej zasiadać w ławach sejmowych. I coś w tym jest smutnego i przejmującego zarazem, bo Polacy mają pewną wadę i na przestrzeni ostatnich lat często się ona Otóż Polacy bardzo często zapominają. Taki zanik pamięci krótkotrwałej. Jest to smutne i przejmujące zarazem, bo skoro nie potrafimy odsunąć od władzy (całkowicie, również z opozycji) ludzi działających na szkodę Polski i grabiącej nasz kraj oraz Twoją i moją kieszeń Drogi Czytelniku, to zadajmy sobie pytanie: Czy zasługujemy na coś lepszego od nich?
Jeżeli jednak audyt okaże się tylko pozbawionym dowodów słuchowiskiem, biada posłom PiS. Byłaby to woda na młyn dla Grzegorza Schetyny, Ryszarda Petru i PSL, którzy natychmiastowo domagaliby się odsunięcia rządzących od władzy (w zasadzie to bez różnicy, i tak tego się domagają). Stawka jest ogromna bo chodzi o reputację i o władzę. Wchodzimy w kolejny etap wojny polsko – polskiej. Także, Drogi Czytelniku, u nas, w Polsce – bez zmian – a my na tej wojnie, ładnych parę lat.

P.

Człowiek, który mógł odmienić bieg wojny

Wiosna 1945 roku. Amerykańskie wojska stały już w okolicy 150 kilometrów od Flossenbuerga, gdzie mieścił się jeden z licznych obozów koncentracyjnych na tych terenach. 8 kwietnia, w jednej  z części obozu miał miejsce proces w którym pewien człowiek został uznany winnym zdrady Fuehrera i III Rzeszy oraz skazany na śmierć.
Tym człowiekiem był Wilhelm Canaris-szef wywiadu i kontrwywiadu Abwehry.

9 kwietnia, SS-mani wywlekli konającego, pobitego Canarisa z celi i nagiego przenieśli do pomieszczenia, w którym odbywały się egzekucje. SS-mani zadbali o to by Canaris umierał powoli. Założono mu na szyję metalową obrożę, zwisającą na metalowym łańcuchu z sufitu. Inna wersja mówi o jedwabnej lince. Po kilku minutach opuszczono jego ciało na ziemię, a Canaris wciąż żył. Czynność tą, powtórzono wielokrotnie.
Jeden z najważniejszych ludzi III Rzeszy, człowiek, który mógł zmienić bieg historii świata, zginął w męczarniach 9 kwietnia 1945 roku.

Wilhelm Canaris urodził się 1 stycznia 1887 roku w jednej z dzielnic Dortmundu – Aplerbeck. Miał włoskie korzenie, a rodzina często chwaliła się, że wywodziła się od XIX-wiecznego greckiego bojownika o wolność admirała Konstandinosa Kanarisa. 
Carl Canaris, ojciec przyszłego szefa Abwehry był zamożnym przemysłowcem i właścicielem wielu kopalń pod Dortmundem. 

Młodego Canarisa ciągnęło jednak nad morze. Do szkoły kadetów w Kilonii Canaris trafił w 1905 roku. Miał wtedy 18 lat. Wstąpił następnie do Cesarskiej Marynarki Wojennej, gdzie w czasie I wojny światowej, służąc na lekkim krążowniku „Dresden”, podczas bitwy falklandzkiej, trafił do niewoli Chilijczyków. Tam, podczas brawurowej ucieczki, przedostał się przez Buenos Aires, Hiszpanię gdzie udało mu się zaprzyjaźnić z generałem Franco, Rotterdam aż do Niemiec, gdzie za to poświęcenie został odznaczony Krzyżem Żelaznym.
Przez wiele następnych lat służył na okrętach podwodnych oraz na statkach, między innymi na pancerniku – „Schlessien”. To tam po raz pierwszy spotkał się na żywo z Adolfem Hitlerem. Hitler uznał wówczas, że ktoś taki jak Canaris mógłby mu się przydać. Ktoś, kto zna się na pracy wywiadowczej, operując przy tym językami obcymi. Cechy charakteru, które posiadał Canaris takie jak spryt, inteligencja oraz nieprzenikliwość stanowiły potężną broń, której nie bał się używać.
”To postać tak nieprzenikniona, że nikt nie jest zgodny w twierdzeniach, jakim był człowiekiem i w co wierzył, jeżeli w ogóle wierzył w cokolwiek” – pisał o nim amerykański historyk Wiliam Shirer.

1 lutego 1935 roku Canaris stanął na czele Abwehry, która była nazywana „oczami i uszami Wehrmachtu”. Jego poprzednik, Konrad Patzig powiedział Canarisowi podczas ich pierwszego spotkania: „Twoim największym wrogiem będzie SS”. Wilhelm Canaris odpowiedział wówczas: „Poradzę sobie z nimi”. 

Canaris na czele Abwehry odnosił sukcesy. Przede wszystkim zreorganizował pracę, dzieląc Abwehrę na trzy piony: wywiadowczy, kontrwywiadowczy oraz dywersyjny. Nowy szef Abwehry nie był członkiem NSDAP oraz nazistą, co może dziwić. Był za to zadeklarowanym antykomunistą. Wielokrotnie łączono go ze śmiercią Róży Luksemburg, ale dowodów nie znaleziono. 

Abwehra pod rządami Canarisa wykonywała tytaniczną pracę, stała ona za wszystkimi puczami w Ameryce Południowej, chodziły słuchy, że rządzi Hiszpanią, co nie było przesadzone, gdyż wielka ilość niemieckich agentów miała swoje miejscówki właśnie w Hiszpanii. Canaris był również wielkim przyjacielem generała Franco. Wilhelm Canaris starał się tolerować zapędy Hitlera. Nie wytrzymał jednak, gdy był świadkiem rzezi około 200 Żydów w Będzinie wykonanej przez SS-manów. Rozumiał czym jest podbijanie państw, jednak na to co robiła klinika SS, Canaris nie mógł pozwolić. Miał świadomość, że świat nie zapomni Niemcom tych okrucieństw. Chciał je skończyć. W tym celu skontaktował się z Wilhelmem Keitlem. „Na terenie Polski planuje się masowe egzekucje polskiej inteligencji i kleru”. Keitl obojętnie wzruszył ramionami. Czy to właśnie w tym momencie Wilhelm Canaris postanowił powstrzymać Adolfa Hitlera?

Szef Abwehry zaczął niebezpieczną grę,  której stawką było życie wielu ludzi, ale również i jego samego. Pod koniec lat 30 ubiegłego wieku, Wilhelm Canaris założył tajną organizację spiskową „Schwarze Kapelle” – Czarna Orkiestra, której zadaniem było odsunięcie znienawidzonego tyrana od władzy. Canaris z umiarkowanego zwolennika Fuehrera, stał się jego najzagorzalszym przeciwnikiem zdającym sobie sprawę, że polityka Hitlera zaprowadzi Niemcy do zguby. 
„Canaris nienawidził nie tylko Hitlera i Himmlera, ale cały system III Rzeszy. Jako superszpieg, był wszędzie i nigdzie, gdziekolwiek podróżował, pozostawiał aurę tajemniczości. Ten nie rzucający się w oczy, cichy człowiek, był w rzeczywistości naładowany energią. Bardzo oczytany, poliglota, nadwrażliwy – miejsce Canarisa było zawsze poza systemem” – pisał o nim Hans-Bernd Gisevius.

Współpracownikiem Canarisa w Schwarze Kapelle był antynazista – pułkownik Hans Oster i bliski przyjaciel admirała.  Nawiązali oni współpracę z wywodzącymi się z korpusu oficerskiego Wehrmachtu przeciwnikami Hitlera. Już w latach 1937/37 Canaris przez Watykan próbował skontaktować się z Aliantami by pomogli mu odsunąć od władzy Hitlera i utworzyć nowy rząd ze wsparciem brytyjskim.

Działalność Canarisa nie umknęła uwadze jego zagorzałemu przeciwnikowi – Renhardowi Heydrichowi, szefowi Sicherheitdienst. Był to pewnego rodzaju paradoks, ponieważ Canaris z Heydrichem mieszkali vis a vis siebie i spędzali wspólnie popołudnia, między innymi jeżdżąc konno. Zawodowo toczyli jeden z najbardziej zagorzałych pojedynków tuż za plecami jednego z największych zbrodniarzy XX wieku.

Uczestnicy Schwarze Kapelle zorganizowali kilka zamachów na Adolfa Hitlera, jednak żaden się nie powiódł. Dodatkowo nie sprzyjało im szczęście, jakby jakaś niewidzialna opatrzność strzegła życia znienawidzonego Fuehrera. Miało to miejsce między innymi 27 czerwca 1940 roku, gdzie Fritz-Dietlof von der Schulenburg miał zastrzelić Hitlera na defiladzie w Paryżu, jednak z uwagi na zagrożenie brytyjskiego nalotu, defiladę odwołano. 
Bliski powodzenia był również Fabian von Schlabrendorff, któremu 14 marca 1943 roku udało się umieścić bombę w samolocie, którym Hitler wracał do Wilczego Szańca. Ładunek wybuchowy znajdował się w butelce koniaku.

Spiskowcy z ogromnym zniecierpliwieniem oczekiwali komunikatu z okolic Mińska, nad którym miał nastąpić wybuch. Tego samego dnia wieczorem usłyszeli przez radio, że Fuehrer z powodzeniem wylądował na miejscu. Byli w szoku. Canaris nie musiał wyjaśniać jaka była następna czynność, którą Schlabrendorff miał wykonać. 

W wielkim pośpiechu udał się do Wilczego Szańca, gdzie udało mu się odebrać przesyłkę, nie zwracając niczyjej uwagi. W swojej kwaterze zorientował się, że ładunek nie wybuchł ponieważ  odrobina wody zamarzła i unieruchomiła iglicę, która miała spowodować wybuch. Hitler po raz kolejny nieświadomie uszedł z życiem.

Spiskowcy Canarisa byli coraz bardziej zdesperowani. Tydzień po próbie zabicia Hitlera za pomocą bomby w samolocie, Rudolf-Christoph Freiherr von Gersdorff postanowił dokonać samobójczego ataku stojąc przy Hitlerze. Uroczystość odbywająca się Berlinie, z okazji Dnia Bohatera, gdzie wystawiano łupy z frontu wschodniego, była ku temu dogodną okazją by zabić Fuehrera. Hitler przeszedł jednak jak burza obok wszystkich eksponatów, nie zatrzymując się przy żadnym z nich i opuścił salę. Von Gersdorffowi cudem udało się rozbroić bombę na czas w toalecie.

20 lipca 1944 roku w Wilczym Szańcu, wybuchł ładunek podłożony przez Clausa von Stauffenberga. Zdążył on jednak uzbroić tylko jeden ładunek, co znacznie ograniczyło siłę eksplozji. Hitler, lekko ranny uszedł z życiem. Powiedział wtedy: ” „Nigdy wcześniej nie czułem z taką mocą, że Opatrzność czuwa nade mną. Cud sprzed kilku godzin przekonał mnie, że pisane mi są jeszcze większe czyny i że poprowadzę naród niemiecki do najwspanialszego zwycięstwa w jego historii”.  W odwecie naziści zabili 5000 osób, a pętla na szyji wokół admirała Canarisa zacisnęła się na dobre. 

Wilhelm Canaris wpadł w pułapkę. Po zamachu w Wilczym Szańcu aresztował go Walter Schellenberg, zastępca Heydricha, który zginął w 1942 roku w Czechach, z rąk trzech zamachowców z czechosłowackiego rządu emigracyjnego.
Niektóre źródła podają, że Schellenberg umożliwił Canarisowi popełnienie samobójstwa, na co nie przystał admirał. 

Więziony w Fuerstenbergu, przesłuchiwany w Berlinie, Canaris nie przyznawał się do winy i zwracał się do sądu z prośbą o wysłanie go na front jako zwykłego żołnierza. 
Na nic się to zdało.  Dowody obciążające Canarisa były aż nadto wystarczające. Admirał wielokrotnie wspominał, że nie ufa innym osobom: „Nie ufam ludziom, mój pies jest wierniejszy od nich”. Paradoksalnie, zdradzili go współpracownicy, którzy w wyniku tortur Gestapo podpisali wszystkie dokumenty świadczące o tym, że to on-Wilhelm Canaris stał za Schwarze Kapelle. Jeżeli ktoś jeszcze miał wątpliwości co do winy Canarisa, znalezienie jego pamiętnika, w którym zapisywał wszystko, rozwiało wszelkie wątpliwości. 

Po ogłoszeniu wyroku admirała poddano torturom. 9 kwietnia 1945 roku Canaris nadał ostatnią wiadomość przez rury do sąsiedniej celi do innego oficera wywiadu Hansa Loudminga szefa Abwehry na Danię- też antynazisty, który przeżył. Brzmiała krótko „Umieram za mój kraj ,walczyłem w imię swoich ideałów”.
Kto wie jak potoczyłyby się losy Canarisa, gdyby egzekucja zaplanowana byłaby 2 tygodnie później. Dokładnie 23 kwietnia obóz we Flossenbuergu został wyzwolony przez oddziały armii amerykańskiej.
Wilhelm Canaris, największy wróg Hitlera, mógł zmienić losy wojny, ale niestety nie było mu to dane.

P.

 

Platformy pogrzeb własny

Zapowiadana od dawna dyskusja w Parlamencie Europejskim na temat „zamachu na demokrację”, który rzekomo miał i ma miejsce w Polsce zakończyła się totalną porażką Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej – króla Ryszarda Petru i jego samozwańczych rycerzy herbu KOD. Debata w PE wzmocniła pozycję Beaty Szydło, Jarosława Kaczyńskiego i całego ugrupowania Prawa i Sprawiedliwości.

Zamieszanie wokół Trybunału Konstytucyjnego, ustawa medialna – to tematy, które zaniepokoiły świeżą opozycję czyli Platformę Obywatelską i Nowoczesną. Sam fakt może i nie był dla nich zaskakujący, ale tempo i rozmach z jakim Prawo i Sprawiedliwość zaczęła „porządki” po poprzedniej ekipie, spowodował spazmy wśród posłów wyżej wymienionej opozycji. Ci, znajdujący się w nowej sytuacji zaczęli tracić grunt pod nogami. Ponieważ samemu głupio protestować o odbicie władzy, powołali więc sobie Komitet Obrony Demokracji (mający być oddolnym ruchem społecznym zaniepokojonym wydarzeniami w Polsce) z niejakim Mateuszem Kijowskim na czele, który stał się tak zażartym obrońcą wartości demokratycznych, że zapomniał biedak płacić alimenty na dzieci, tak się wkręcił! Do niemieckiej prasy zaczął latać Tomasz Lis, narzekając i cicho popłakując, jak to w sieci użytkownicy Twittera nie dają mu żyć i go przezywają oraz jak ten średniowieczny PiS zawłaszcza sobie kolejne atrybuty władzy!
Koniec końców, sprawa trafiła na pierwsze strony gazet w wielu europejskich państwach, co nie umknęło uwadze tęgich głów z PE. I tak oto pojawiły się wypowiedzi między innymi przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Martina Schulza, który stwierdził, że w Polsce dochodzi do „zamachu stanu” i zapowiedział dyskusję na ten temat na posiedzeniu PE. Swoje grosze dołożyli: Donald Tusk i Elżbieta Bieńkowska, którzy smutnymi frazesami tylko potwierdzili w czyim imieniu działają.

I tak dochodzimy do momentu, kiedy w Strasburgu doszło do debaty na temat polskiego „zamachu stanu”.  Wydawać by się mogło, że w PiS będą bili wszyscy zwolennicy „postępowej Europy”.  Jakież zdziwienie musiało towarzyszyć obserwatorom z KOD-u (sami nie wiedzą dzięki komu dostali wejściówki do PE), gdy europosłowie innych państw okazywali wsparcie rządowi Beaty Szydło.
Zrobił to między innymi francuski Front Narodowy Marine Le Pen. Wyrazili oni aprobatę dla działań rządu Szydło i wspomnieli, że Polska przechowuje chrześcijańskie wartości, co z pewnością wywołało odruch wymiotny u części lewicy. Czeski europoseł Petr Mach wystąpił  w PE z plakietką „Jestem Polakiem”, co spotkało się z dużym poklaskiem i życzliwymi komentarzami. Po wystąpieniu profesora Ryszarda Legutko, KODowcy mogli się w zasadzie spakować i wrócić do domu jak zrobili to prawdopodobnie europosłowie Platformy (jeszcze nie potwierdzone). Legutko w spokojny, merytoryczny sposób obnażył wszystkie braki i niedociągnięcia tej debaty, która nie tylko w jego odczuciu, nie powinna się w ogóle odbyć.
Swoje dołożył Janusz Korwin-Mikke, który nie omieszkał wspomnieć, że „gardzi demokracją” i „większość z obecnych europosłów jest demokratami, a PiS został wybrany w demokratycznych wyborach”, co niejako powinno zamknąć dyskusję.

Jedynym orężem przeciwko zmianom w Polsce był Guy Verhofstadt, belgijski liberał, który domagał się wyjaśnień od Szydło na temat paraliżu Trybunału Konstytucyjnego. Robił to tak zaciekle, że Martin Schulz musiał upomnieć krewkiego Belga: „Będzie Pan musiał z tym żyć”. Po tym Belg pokazał zaciśniętą pięść, co nie uszło uwadze wielu dziennikarzy.
Platforma w debacie nie istniała. Nieprzygotowane, nieprecyzyjne, ospałe i czytane analizy w ogóle nie trafiały do europosłów z innych państw. Eurodeputowani z PO mieli pogrzebać PiS, a okazało się, że pogrzebali samych siebie. Grzegorz Schetyna piszący po debacie o tym ,że „PO broni demokracji i pozycji Polski w Europie” to znak, że nie ma pomysłu na odbicie władzy PiSowi. Łabędzi śpiew człowiek przegranego. I to po raz 3 w przeciągu 12 miesięcy (Wybory prezydenckie, parlamentarne i debata w KE). Platforma zrobiła to w czym jest najlepsza, czyli nie zrobiła nic by tę debatę wygrać.
I tylko Verhofstadt nie dał za wygraną. Razem z nie byle kim bo Ryszardem Petru ma zamiar przedłożyć do PE rezolucję dotyczącą zmian w polskim Trybunale Konstytucyjnym.  Widząc to światełko w tuneli obudzili się europosłowie Platformy i PSL, którzy stawiają ultimatum prezydentowi Andrzejowi Dudzie – jeżeli nie odbędzie się ślubowanie 3 sędziów Trybunału Konstytucyjnego, poprą rezolucję. Jak widać batalia o Polskę nabiera tempa, chociaż wydawać by się mogło, że wszystko zostało już powiedziane i dalsza dyskusja na ten temat nie ma sensu. Komisja Europejska oczekuje dalszych wyjaśnień, szczególnie jeżeli chodzi o ten nieszczęsny Trybunał Konstytucyjny, ale także ustawę medialną, co jest kolejnym powodem, że ta dyskusja bez sensu na pewno się przedłuży. PiS wygrał demokratyczne wybory, jest to wybór Polaków, jakikolwiek by nie był – trzeba to uszanować. I Parlament Europejski też musi się do tego dostosować. Na oceny przyjdzie czas mniej więcej za dwa lata.

P.

Przerzuty

W listopadzie 2014 roku napisałem tekst pod tytułem: „Rak Europy”. Miało to miejsce parę miesięcy przed ogromnym exodusem ludzi z Bliskiego Wschodu oraz Afryki w kierunku Europy Zachodniej. Dzisiaj to co się dzieje w Europie, coś co wtedy nazwałem rakiem Europy, można nazwać przerzutami tego raka i efektami polityki migracyjnej jaką serwuje nam Frau Merkel.
Wydarzeń z Kolonii nie sposób nie komentować. Poszkodowanych przez grupy imigrantów na tą chwilę jest już ponad 500 kobiet, które zgłosiły się na policję. I czekano tylko na reakcję lewicowych autorytetów, a ta, jak nigdy – nie nadchodziła. W momencie kiedy jednak się pojawiła, szczęka opadła mi do samej ziemi.

Pani redaktor Kinga Dunin z Krytyki Politycznej w dość luźny sposób podeszła do tematu i napisała felieton, z którego można się dowiedzieć wielu ciekawych informacji, między innymi tego, że „W Niemczech jest milion nowych uchodźców, z tego, powiedzmy, połowa to kobiety i dzieci, czyli pół miliona to mężczyźni”, co jest totalną bzdurą i przynajmniej mijaniem się z prawdą. Otóż z danych biura UNHCR wynika, że mężczyźni stanowią 75% całej grupy migracyjnej. Kobiety – 12%, dzieci 13%.  Jak widać błędy w rachunkach się zdarzają. Nawet na nieomylnej lewicy!
Dosyć popularne jest wyśmiewanie się oraz wypisywanie sarkastycznych komentarzy na temat religii (koniecznie religia katolicka), więc w myśl trendu pani redaktor Dunin pisze dalej: „Oczywiście Polacy to bogobojni katolicy, więc wszyscy, co do jednego, modliliby się nawet w czasie Sylwestra. Zbieraliby się, aby wspólnie odmówić różaniec. Z pewnością nie wybraliby się większą grupą na miasto, nie napili i nie narozrabiali. Żaden z nich”. Sarkazm i ironia aż kipi. Koń by się uśmiał. A teraz spróbuj czytelniku napisać coś niedobrego o ciemnoskórych, muzułmanach, opowiedz dowcip o homoseksualistach. W minutę zostaniesz: faszystą, średniowiecznym radykałem o małym, ptasim móżdżku.
Nie brakło również bezradnego rozłożenia rąk: „Niestety, panowie, tam, gdzie jest dużo wyrwanych z naturalnego środowiska, sfrustrowanych mężczyzn, takie rzeczy mogą się zdarzyć”. Ciekawe.  Nie słyszałem do tej pory o bezrobotnych Polakach na Wyspach Brytyjskich, grupowo i masowo gwałcących Brytyjki.  Przecież taki Polak jest pozbawiony również swojego środowiska naturalnego: polskiej wódki, fajki, języka polskiego z naciskiem na wulgaryzmy, golonki, sąsiada podpinającego się pod jego kablówkę oraz żony w brudnym fartuchu, zmywającej naczynia, czyż nie? A może polscy mężczyźni mają po prostu mózgi?
Sam finał to oczywiście wisienka na lewicowym torcie: „…etyka, np. świecka, ale też chrześcijańska, a nawet jej katolicka odmiana, mówi nam, że wszyscy jesteśmy ludźmi, że bliźniego należy kochać, nawet jeśli nie kochamy jego uczynków, że potrzebującym trzeba pomagać”. Kochajmy się więc wszyscy!
Komentarz pani Magdaleny Środy to osobne wydarzenie. Koniecznie do przebadania przez socjologów i psychiatrów. Etyczka uznała, że problem gwałtów, które miały miejsce w Kolonii leży… w różnicach kulturowych i przekonuje, że „… źródłem problemu jest nierówne traktowanie kobiet i mężczyzn w ogóle”.
Dostało się również polskim kibicom: „Dla tej sytuacji w Niemczech nie ma żadnych usprawiedliwień. Trzeba jednak zastanowić się, jak zachowują się np. nasi kibole. Przecież to też potężne zagrożenie dla porządku publicznego”.  Pasuje jak pięść do oka.

Za naszą zachodnią granicą furorę zrobiła wypowiedź burmistrz Kolonii, pani Henriette Reker, która sugeruje, że winne całemu zajściu są… kobiety. Oburzająca wypowiedź miała miejsce na specjalnie zwołanej konferencji prasowej. Sugerowała ona, że kobiety powinny dostosować się do imigrantów (!?), że  zostaną opublikowane (także w internecie) wytyczne: jak uniknąć gwałtu oraz jak nie zostać narażonym na atak ze strony imigrantów. Ta wypowiedź byłaby naprawdę zabawna, gdyby nie była prawdziwa.  W internecie na panią burmistrz posypały się gromy. Zasugerowano, że pani Reker broni sprawców a nie ofiary. Po lewej stronie nie brakło oczywiście informacji o tym, że atak w Kolonii to pożywka dla rasistowskiej prawicy.

Co się dzieje w Niemczech? Na ulicach niemieckich dochodzi do demonstracji antyrządowych, gdzie ludzi policja traktuje armatkami wodnymi. Dostało się również polskim kibicom (kibolom, przepraszam!) którzy nieśli na owej demonstracji transparent z napisem: „Chrońcie swoje kobiety, nie naszą demokrację”, nawiązując do informacji o tym, że polska demokracja zostanie „sprawdzona”, czy przypadkiem nie łamie się u nas standardów demokratycznych. Polecam władzom niemieckim zastanowienie się nad swoją demokracją, bo nastroje wśród społeczeństwa nie są najlepsze. Sam fakt,że informacja o napaści w Kolonii została podana parę dni po wydarzeniach jest zastanawiająca, czy ktoś nie chciał przypadkiem wyciszyć sprawy. Dziewczyna poszkodowana w Kolonii, tłumacząc w telewizji co miało miejsce, została oskarżona o rasizm. W internecie pojawiła się cenzura na portalach społecznościowych: Twitter i Facebook, w myśl której ludzie będą ścigani przez organy władzy za „mowę nienawiści”. Coraz więcej pojawia się głosów szarych obywateli, że nie należy przyjmować w niekontrolowany sposób ludzi, którzy okazują się w wielu przypadkach barbarzyńcami rodem z filmów o Conanie, przy jednoczesnym zapewnieniu, że jeżeli ktoś przyjeżdża (z obojętnie jakiego powodu: wojna, polepszenie jakości życia) i wykazuje chęć integracji i podjęcia pracy, drzwi stoją przed nim otworem. Niemcy powoli zdają sobie sprawę, że coś co miało uratować ich starzejące się społeczeństwo, jest puszką Pandory.  Ośrodki dla uchodźców stały się celem regularnych podpaleń. Na ulicy dochodzi do pobić. Policja bezradnie rozkłada ręce i mówi, że nad niektórymi dzielnicami w miastach takich jak: Berlin, Gelsenkirchen czy Duisburg nie panuje, a strach sieją tam kryminaliści wiadomego pochodzenia. Niemcy stają się powoli drugą Szwecją, która w odmętach poprawności politycznej gubi swoją tożsamość. Na Europę pada blady strach, wizja romantycznej wycieczki do Paryża zamienia się w szereg pytań o bezpieczeństwo, przez Bałkany masowo ludzie wędrują w stronę Niemiec, masowy exodus przecież jeszcze się nie skończył, w Austrii  z kolei rząd prosi kobiety, by nie wychodziły same z domu. Tych ludzi będzie coraz więcej. Będzie coraz więcej gwałtów, kryminalnych występków i z drugiej strony podpaleń ośrodków i pobić imigrantów. To wszystko przypomina ogromny wir, który może doprowadzić Niemcy do wojny domowej, spowodowanej przez nich samych.  Coraz więcej słychać głosów oburzenia na migracyjny problem, który może zatopić Angelę Merkel. Wraz z nią na dno może pójść ulubiona przez lewicę polityka równości, czyli coś czym Unia Europejska karmi nas od wielu lat,  na co zgadzał się ochoczo cały czas rząd Platformy Obywatelskiej.

Jeżeli ta wędrówka ludów będzie trwała dalej, tym większe prawdopodobieństwo, że Niemcy, a za nimi cała Europa pogrąży się w chaosie. W kulminacyjnym momencie do wyboru zostaną prawdopodobnie dwie drogi: radykalnie prawicowa z powrotem do kontroli granic, eksponowanie tożsamości narodowej oraz poszanowanie własnej historii i cywilizacyjnych korzeni, oraz radykalnie lewicowa, czyli: wymieszanie się społeczeństw, cywilizacji europejskiej z bliskowschodnią, brak zgody na krytykę czegokolwiek oraz powszechne dążenie do równości. Same problemy!
Cóż, pozostaje nam wierzyć w to, że pani Dunin ma rację i zostaje nam tylko kochać i być kochanym.

P.

 

 

Wampiry bez zębów

Po debacie liderów, która miała być przełomem w kampanii wyborczej wiemy jedno: Do studia zamiast krwiożerczych bestii, które miały gryźć się i walczyć nawzajem, przybyły wampiry bez zębów, które tylko „podgryzały” swoich oponentów. Brakło krwi. A debaty jej potrzebują.

Dzień wcześniej miała miejsce „mała debatka – Ewcia i Beatka”, czyli przedstawicielki największych ugrupowań na tę chwilę w sejmie.  Beata Szydło i Ewa Kopacz wymieniły się uwagami, zarzuciły sobie po razie nieprzygotowanie przez sztaby wyborcze i wałkowały swoje obietnice i lały wodę. Przedstawicielka Prawa i Sprawiedliwości raz po raz zarzucała swoją oponentkę planami gotowych ustaw, które trzeba przecież tylko złożyć do sejmu i już ciach-prach będzie nam się żyło dostatniej, oponentka natomiast – przedstawicielka Platformy Obywatelskiej odbijała piłkę do swojej interlokutorki sugerując, że przecież jest tak dobrze, że jej partia się rozkręca, że tylko trzeba na nich zagłosować, a będzie fantastycznie,  a to, a tamto.  Obie Panie wypadły blado, chociaż w moim odczuciu Szydło wyszła ciut lepiej, ale to może ten wewnętrzny impuls zmiany, jakiejkolwiek – ale zmiany – dał o sobie znać w momencie oceny. „Remis ze wskazaniem” jak to określiły media.  Słuchając jednak prowadzącego dżentelmena – Piotra Kraśko, który stwierdził, że „jedna z obecnych pań będzie przecież rządzić naszym krajem”, miałem ochotę wyciągnąć jego postać z monitora i spuścić w klozecie. Ot, całe polskie media zamknięte w jednym zdaniu. A co z innymi partiami? Czy im nie należy się prawo głosu? Dlaczego faworyzuje się dwa największe ugrupowania? Co w przypadku gdyby do władzy doszedł Janusz Piechociński? No dobra, to tylko przykład. Ale istotny. Debata Szydło – Kopacz nie miała prawa się odbyć w takiej formie.

Dzień później druga debata, w której wzięli już udział wszyscy partyjni liderzy (pierwotnie Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska miały wystawić innych kandydatów) pokazała nam cały wachlarz frakcji od prawa do lewa.  O Polsce rozmawiali: Ewa Kopacz (PO), Beata Szydło (PiS), Janusz Piechociński (PSL), Barbara Nowacka (ZLEW), Adrian Zandberg (Razem), Janusz Korwin-Mikke (KORWiN), Paweł Kukiz (Kukiz ’15) oraz Ryszard Petru (.Nowoczesna). Jak można było się spodziewać Ameryka odkryta nie została, a forma debaty w mojej opinii pozostawiała wiele do życzenia. Minutowe odpowiedzi na często złożone pytania (Redaktor Gugała) czy  kompletnie nieistotne dla przeciętnego Polaka nie dawały tak naprawdę szansy na swobodne wyrażenie poglądu na daną kwestię.

Cała debata przebiegała w sennej atmosferze, najczęściej liderzy odwoływali się do ośmioletnich rządów koalicji PO-PSL. Ewa Kopacz już niejednokrotnie udowadniała, że jest tylko sztucznym tworem, który ma problem z powtarzaniem wcześniej wyuczonych zdań i fraz, co ma też odzwierciedlenie w sondażach. Platforma traci do PiS już bardzo dużo  i jeżeli debata miała być dla niej „gejmczendżerem”, to niestety ale fani rządów Tuska i Kopacz mogą być zawiedzeni. Ewa Kopacz wypadła bardzo blado. Zarówno premier jak i liderka Prawa i Sprawiedliwości – Beata Szydło nie powiedziały nic co nie padło dzień wcześniej, stąd może ich słabsza dyspozycja, chociaż przedstawicielka Prawa i Sprawiedliwości sprzedała się kolejny raz lepiej od Ewy Kopacz. Wicepremier Janusz Piechociński z kolei odegrał rolę dobrego wujka Sama z sadu reklamy soków Fortuny. Jabłko na jego stoliku zrobiło furorę na portalu Twitter. To zabawne, że tylko przez 3 lata PSL nie był w rządzie III RP, a zostaliśmy zasypani przez niego listą rzeczy które trzeba zrobić. Hipokryzja? Nie. Nie od dzisiaj wiadomo, że PSL jest elastyczny jak plastelina. Dostosuje się do rządów każdego za parę stołków. Po waśniach i wojach z debaty prezydenckiej można było podejrzewać, że Janusz Korwin-Mikke oraz Paweł Kukiz będą dla siebie oponentami. Zdziwiłem się gdy obydwoje przytakiwali sobie, ba! Nawet brawo bili! Korwin-Mikke tym razem nie wypalił autodestrukcyjnej bomby, jak to ma w zwyczaju, natomiast powiedział jedną bardzo istotną rzecz skierowaną do Barbary Nowackiej, mianowicie: „Kościół to sojusznik w walce z lewicową głupotą”. Być może była to jedna z najlepszych jego wypowiedzi od miesięcy.  Ciekawie również podsumował swój występ „My państwu nic nie damy, ale też nic nie zabierzemy”.  Paweł Kukiz z kolei postanowił emocjonalnie doprowadzić dziennikarzy do porządku, ustawowo napominając, że pytania są durne (Sprawdzone, potwierdzam) i zaapelował, że w koalicję z nikim nie wejdzie.  Wyżej wymieniona Barbara Nowacka, poza postkomunistycznymi standardami, które wygłosiła na temat równości i pomocy, została osunięta w cień, przez (podobno) rewelację debaty – Adriana Zandberga z szerzej nieznanej partii Razem. Kulturalny, miły głos mówiący ile trzeba zmienić, gdzie trzeba dołożyć, zyskał wielu zwolenników po debacie, którzy jednak przyglądając się programowi jego partii mogą poczuć lekkie rozczarowanie. Program partii Razem życzy sobie między innymi karać przedsiębiorczych i bogatych podatkiem 75%! O tym, że to nie funkcjonuje przekonali się już Francuzi.  Do oceny został Ryszard Petru, którego .Nowoczesna pompowana w mediach niczym balon będzie musiała się tłumaczyć  (według Przemysława Wiplera) z niedozwolonych środków na kampanię wyborczą. Sam Petru wypadł podobnie jak Janusz Piechociński, tyle, że bez jabłka, za to z tabliczką, z której powstało już milion memów. Bez kolorów. Bez wyraźnego zaznaczenia swojej obecności.

Brakło w starciu liderów gorących dyskusji, żywiołowych reakcji (poza Kukizem), adrenaliny, celnych ataków i szybkich ripost, czegoś co mogłoby mnie skłonić do napisania, że debata nie była nudna. Ale była. Forma debaty pozostawia również wiele do życzenia, jak już wspominałem wcześniej  – 60 sekund na przekonanie do siebie potrafią nieliczni, którzy wstrzelą się w klucz oczekiwań każdego głosującego. Nie każdy to potrafi, ale każdy powinien mieć szansę pokazania czegoś, sprzedania się. Ta forma mi nie odpowiada. Debata nie miała zwycięzcy. Każdy sztab ogłosił swoją wygraną, każdy wrócił do domu zadowolony, stwierdzając, że jego wampirze zęby zostały w szklance.  Pytanie kto będzie ucztował w sunday, bloody sunday?

P.

 

Petrubomba

Zbigniew Stonoga, człowiek który w ostatnich miesiącach niczym trzęsienie ziemi nachodzące biedną Japonię powoduje wstrząsy sejsmiczne na naszej scenie politycznej zaskoczył po raz kolejny.

Cichemu bohaterowi internautów po aferze taśmowej i dymisji między innymi naszego Marszałka Sejmu – Radosława Sikorskiego ciągle mało i mimo trwającej kampanii wyborczej, gdzie lansuje swoje ugrupowanie Stonoga Partia Polska, znajduje czas na kolejne udostępnianie politycznych brudów, nie tracąc przy tym dobrego humoru. Tym razem dostało się  kolejnemu zbawcy polskiej polityki – Ryszardowi Petru i jego partii .Nowoczesna.

Stonoga udostępnił kilkaset megabajtów wewnętrznych danych partyjnych, w tym korespondencje mailowe, które według samego zainteresowanego mają udowodnić nielegalne finansowanie kampanii partii Petru. Po umieszczeniu pliku w sieci, Stonoga nie zapomniał nas poinformować o swoim świetnym humorze.  Napisał na swoim facebookowym profilu: „Trzymaj się Rysiek. Będzie ciężko. To za Frankowiczów”.

Media zwróciły uwagę na jeden szczególny mail, który miał zostać napisany przez byłego szefa sztabu Bronisława Komorowskiego – Roberta Tyszkiewicza do jednego z działaczy .Nowoczesnej o treści:

Witam, dzwonił do Ryszarda Petru Prezydent Komorowski. Jest wściekły, że pozwoliliście wszcząć śledztwo ws. finansowania. Rozmawiał już z Seremetem . Spróbuje wyciszyć tą sprawę

Pomijając błędy językowe, mail należał do ciekawych. Sam zainteresowany (Tyszkiewicz) odpowiedział na zarzuty na swoim koncie na Twitterze, gdzie odcinał się od sprawy:

Informuję, że nie jestem autorem maila ws. śledztwa nt. finansowania. Nie jestem też użytkownikiem wskazanego tam konta mailowego.

To z kolei należy traktować jako wyraźny sygnał, że Stonoga kłamie, a maile zostały spreparowane.  Czy mogło do tego dojść? Na to pytanie nie ma odpowiedzi, ale najbliższe dni powinni dać nam odpowiedź na to pytanie.

Cały czas nie jest jasna środków jakie zostały przekazane na kampanie partii Ryszarda Petru. W połowie września Przemysław Wipler z partii KORWiN poinformował media oraz prokuraturę, że być może doszło do nadużyć w sprawie finansowania partii .Nowoczesna w kampanii wyborczej. Według przepisów prawa, kampania wyborcza nie może być finansowana ze zbiórek pieniędzy na fundację, podmioty prawne i inne podmioty niż sam konitet wyborczy, a taką zasadę według posła partii KORWiN złamał Ryszard Petru.

Ostatnie dni kampanii wyborczej będą bardzo ciekawe. Na polu bitwy jakim stały się media społecznościowe działa i broń masowej kompromitacji są gotowe do użycia. Okaże się również czy bomba jaką zrzucił na Ryszarda Petru Zbigniew Stonoga wysadzi jego partię, czy też okaże się ogromnym niewypałem.

P.

Fot.: Rafał Staniszewski/wmeritum.pl

 

Więźniowie emocjonalnego szantażu

W  ostatnich dniach cały świat obiegło zdjęcie malutkiego, martwego chłopca, którego fale wyrzuciły na plaży w tureckim Bodrum. Reakcja mediów była jednoznaczna: „Wstyd”, „Europo obudź się”. Polskie fora internetowe, portale społecznościowe, dzienniki i ich wydania internetowe wydały jasny,  jednoznaczny przekaz – Nie możemy przejść obojętnie obok tragedii uchodźców.  Moje pytanie jednak brzmi: Czy jesteśmy na to gotowi ? I dlaczego nie jesteśmy ?

Śmierć dziecka zawsze działa na nas jak cios w twarz.  Bodziec, od którego otwierają się nam oczy, adrenalina pulsuje w żyłach.  Zdjęcie małego ciałka, którego raz po raz przykrywają fale,  jest silnym impulsem, który uderza nie tylko w nasze głowy, ale także, a może i przede wszystkim – sumienia. Kolejny raz nie uszło to uwadze mediów, które wykorzystując podatność „szarego Kowalskiego” na brutalność i dosłowność zdjęcia, jednogłośnie orzekły, że „Europa powinna otworzyć oczy”.  Donald Tusk potępił wszystkich, którzy nie chcą przyjmowac imigrantów do Unii Europejskiej:

– Jakichkolwiek wyzwań nie niosłaby za sobą migracja, nie ma żadnego usprawiedliwienia dla wrogich, rasistowskich i ksenofobicznych reakcji na imigrantów .

To jasny przekaz. Jesteś przeciwko ? Musisz być rasistą lub ksenofobem. Polityczna poprawność Tuska, ulubieńca niemieckiej kanclerz – Angeli Merkel, pokazuje wyraźnie pod jakie dyktando gra były premier Polski.  Jako dodatek przypomnę, że 80% mediów w Polsce jest w posiadaniu Niemców. Tak tylko napisałem.

By dalej rozmawiać o problemie, przede wszystkim musimy odróżnić uchodźcę od imigranta. Jest to dosyć istotne by  nie było później nieporozumień związanych  z nomenklanturą. Otóż uchodźca to osoba, która ucieka ze swojego kraju z powodu panującej w tym kraju wojny lub prześladowań. Tak więc osoby uciekające z Syrii były uchodźcami w momencie kiedy znalazły sie w bezpiecznym miejscu, na terenie Grecji lub Francji, gdzie ich życiu nie zagrażało żadne niebezpieczeństwo. Ich dalsza wędrówka po Europie nie była więc ucieczką podyktowaną względami bezpieczeństwa – stała się ona migracją. Uchodźcę i imigranta różni jeszcze jedna ważna rzecz  – chęc powrotu. Dopóki jednak na granicy syryjsko-tureckiej nie będzie spokojnie, dopóty Europa będzie miała ogromny problem z imigrantami z tego regionu. Kłopot polega na tym, że Turcy mają swoje interesy w tym, by wojna w Syrii dalej trwała. Wspierajac dżihadystów oraz blokując wsparcie militarne dla Kurdów, którzy mogliby powstrzymać to szaleństwo i umożliwić Syryjczykom wrócić do domu, Turcja chce dokonać na tych ziemiach czystki etnicznej, a ludność wyekspediować do Europy. Tym sposobem liczba imigrantów, którzy w tym roku przybędą do Europy sięgnie miliona. To oczywiście dane, które zostały zarejestrowane. Ile osób znalazło się w Europie nielegalnie nie sposób zliczyć. Następny rok według prognoz ma być jeszcze gorszy.  O incydentach z udziałem imigrantów z bliskiego wschodu i ich występkach pisałem w ubiegłym roku tutaj: Diagnoza: Rak Europy

Zastanawiacie się Państwo zapewne: Dlaczego syryjscy uchodźcy/imigranci wybierają drogę ponad 3,5 tysiąca kilometrów w stronę Europy, zamiast skierować się m.in do bogatych krajów Zatoki Perskiej takich jak Arabia Saudyjska ? Odpowiedź znalazłem w wypowiedzi Pana Sławomira Ozdyka, eksperta do spraw bezpieczeństwa:

„Taka Arabia Saudyjska to jest prawie faszystowski kraj. Tam oni nic nie dają dla przybyszy, a jeszcze są bardzo rygorystyczni. Uchodźca – Arab i muzułmanin byłby gorzej traktowany niż w Europie i o tym oni wiedzą. Tutaj w Berlinie jest główne skupisko salafitów – najbardziej rygorystycznego odłamu sunnickiego islamu, który chciałby cofnąć czas do VII wieku”.

Jednym z głównych tematów są oczywiście pieniądze, jakie mieliby płacić podatnicy na imigrantów. Od liczb można dostać zawrotu głowy. Przy założeniu, że liczba imigrantów w tym roku sięgnie miliona – koszt tylko nowoprzybyłych zamknie się w okolicy 4,5 miliarda euro. Weźmy pod uwagę również liczne akcje humanitarne jak „Operacja Tryton”, zajmująca sie ochroną południowej morskiej granicy. Ta pochłania „tylko” 120 milionów euro. Szok. Jeżeli chodzi o Polskę, kwota przeznaczona na jednego uchodźcę miałaby sięgnąć ok. 1400 zł. Dokładnie tyle, ile wielu ludzi zarabia przepracowując pełen etat. Łatwo policzyć, że 1000 uchodźców w ciągu roku, wygeneruje koszty około 14/15 milionów złotych. Do tego dostaną socjalne mieszkania (W Gdyni już są szykowane) oraz pełną opiekę lekarską. Czy mając na uwadze, że wielu Polaków żyje jako „pokolenie 1500” (Jest to kwota jaką zarabiają), tak ochocze rozdawanie pieniędzy uchodźcom jest na miejscu ?  Warto dodać, że nie będą  to głównie kobiety i dzieci, ale w dużej mierze tłum zdrowych mężczyzn z roszczeniową postawą. Kilka dni temu wszedłem w dyskusję na Twitterze z Konradem Niklewiczem,  który w swoim CV ma między innimi bycie rzecznikiem prasowym polskiej prezydentury w Radzie Europejskiej oraz prace w takich instytucjach jak: Centrum Informacyjne Rządu oraz Kancelaria Premiera Rady Ministrów. Wykorzystał on to samo zdjęce, co wiele mediów. Przekaz był jasny: Nie możemy być obojętni.  Zapytałem wprost czego oczekuje. „Publicznej debaty, chwili zastanowienia nad losem uchodźców”. Gdy jednak zasugerowałem, że publiczna debata mogłaby obnażyć niechęć Polaków do przyjmowania uchodźców, zostałem nazwany „człowiekiem o lodowym sercu”, który „na swojej ścieżce myślenia jest samotny”. Ja wiem, że samotny w tej kwestii nie jestem. Wystarczy spojrzeć na komentarze w internecie pod tym tematem, by dostrzec, że nastroje w tej kwestii są przeważnie negatywne. Okazywanie miłosiedzia innym jest wielką rzeczą, nas jednak w tej chwili na nie po prostu nie stać. I to jest niepodważalny fakt.

Palący się grunt pod nogami Angeli Merkel nie wywołuje u niej żadnych negatywnych emocji.  Liczne zamieszki na terenie Niemiec nie wzruszają pani kanclerz, wręcz przeciwnie, kontynuuje swoją politykę poprawności. Nawołuje ona do wspólnej polityki imigracyjnej, co za tym idzie – Polska, która pierwotnie miała przyjąć 2 tysiące uchodźców, może ich przyjąć zgodnie z nowymi zasadami około sto tysięcy. A to początek. Liczba imigrantów będzie stale się zwiększać, a wtedy nastąpi katastrofa – kompletna destabilizacja Europy.

Nie wszystkim jednak ta polityka się podoba. Głównym jej przeciwnikiem jest Victor Orban – premier Węgier. Niespotykana już dziś u polityków charyzma Orbana, jego reformy i stricte patriotyczne podejście spowodowały, że Polska może z podziwem patrzeć Węgry, które – jeżeli się nic nie zmieni, mogą stać się ostatnim symbolem chrześcijańskiej Europy w obliczu nadchodzącej katastrofy. Słowacja z kolei mimo narzucanych im kwot uchodźczych przyjmie tylko 100 imigrantów, pod warunkiem, że będą chrześcijanami. Ich premier – Robert Fico powiedział wprost, że polityka Unii Europejskiej poniosła klęskę i nie można udawać, że możemy przyjmować imigrantów z otwartymi ramionami. Wobec nasilających się problemów, Szwajcaria zastanawia się nad wyjściem ze strefy Schengen, a Brytyjczycy w 2017 będa głosowali za tym czy chcą dalej być członkiem Unii Europejskiej. Do tego mamy również Australię, gdzie po przeprowadzeniu reform i stwierdzeniu, że prawo szariatu nie będzie przestrzegane na terenie Australii, od 7 miesięcy nie przyjęto żadnego imigranta.

Europę czeka burzliwy przyszły rok. Być może najtrudniejszy w historii. W tej chwili mamy polaryzację nastrojów: Skrajnie prawicowe ugrupowania, które w sondażach górują m.in we Francji, Danii i Szwecji nieprzychylne imigrantom z Bliskiego Wschodu oraz polityka multi-kulti, która coraz bardziej traci na popularności. Na Bliskim Wschodzie mamy nie dające o sobie zapomnieć Państwo Islamskie, syryjskie piekło wojny domowej oraz w samym sercu Europy NAS – więźniów emocjonalnych szantaży, serwowanych przez media.

Musimy zacząć postrzegać sprawy szerzej. Nie jesteśmy zachodnim supermocarstwem, które stać na utrzymywanie imigrantów. Nawet nie jestem w stanie podać długu publicznego, ponieważ z każdą minutą kwota jest coraz większa. Pół miliona polskich maluchów nie dojada. 10% ludzi poniżej 18 roku życia żyje na granicy minimum egzystencji. Kilkaset tysięcy ludzi zza zachodniej granicy chce wrócić do swoich bliskich. Zza wschodniej Polacy chcą uciec od ogarniętej wojną Ukrainy. Może warto zastanowić się nad problemami własnego kraju i własnych obywateli, zanim zaczniemy ślepo spełniać wszystkie rozkazy z Berlina i przyjmować już nie grupkę kilkunastu uciekinierów z terenów ogarniętych wojną,  ale  grupę ludzi, która często siłą  domaga się swoich praw.

P.

Polityczny magiel 1

Od jakiegoś czasu próbuję się przemóc i chwycić jakiś temat do napisania. Nie da się. W gąszczu, chaszczach i trzewiach internetu, dawno nie było takiego bezsensu. Choć przeglądam wiele internetowych wydań: dzienników i tygodników opinii, to w dużej mierze mamy sezon ogórkowy, wydawać by się mogło typowy na okres poprzedzający główną część kampanii. Parę rzeczy rzuciło mi się w oczy i postaram się nimi z Wami podzielić.

Po pierwsze, oczywiste medialne bicie „autorytetu” – Tomcia Lisa w nowego prezydena . Andrzej Duda nie ma łatwego życia, i przyznam szczerze, jest mi go żal, kiedy widze w jakim tonie minister POpagandy – Tomcio, w swój własny, obiektywny  (według siebie samego) rzecz jasna, sposób – uważa, że orędzie prezydenta mu się nie podoba i basta.  Że ludzie są „zaczadzeni PiS-em”, oraz, że Jarosław Kaczyński stworzył z PiS religię i zadaje pytanie: „Czy będzie to w Polsce religia panująca” ? Daj chłopu żyć, człowieku ! Ledwo facet usiadł „pod żyrandolem”, a tutaj koalicjant PO-PSL pisze list otwarty z prośbą o unieważnienie referendum, za którym sami optowali ! Susza w kraju, „wiejskim” chłopakom słońce przygrzało, to zaczęli szaleć. Niemożliwi.

Gdyby ktoś wpadł na genialny pomysł sfilmowania w formie „Big Brothera” każdego dnia urzędowania naszej pani Premier/Premierzycy Ewy Kopacz, mógłby na tym zbić ogromny majątek, a ów show stałby się najpopularniejszym komediowym programem w Polsce. Z miejsca. Serio. Liczba wpadek na dzień, dawno przekroczyła normy unijne, a teksty I lekarki III RP w postaci memów osiągnęły milionowe odsłony. Szkoda, że za ten kabaretowy maraton płacimy mimowolnie z własnej kieszeni. A wyłączyć się nie da. Draństwo.

Zbigniew Stonoga, wróg rządowy numer I, ulubieniec wszystkich Polaków w wieku 14-20  z wypranymi mózgami, właśnie ucieka z kraju przed rządem i odsiadką. Zostaje kandydatem na kandydata na prezydenta. Zakłada partię. Jedzie na operacją. Nienawidzi rządu. Kupuje dług Mariana Sokołowskiego. Zakłada partię. Popiera antysystemowcow. Pierydoli złodziei z Wiejskiej. Nienawidzi rządu. Wysadza rząd taśmami. Nagrywa. Komentuje. Lamentuje. Działa. Pomaga. O ile do pewnego stopnia byłem wyrozumiały dla tego człowieka, akceptowałem jego działalnośc dobroczynną, tak po ujawnieniu treści SMS-ów do „Gabinetu Prezydenta RP”, w których domaga się ułaskawienia, uśmiechnąłem się szeroko i pomyślałem: „Moja Polska, taka piękna”.  Była taka reklama Mastercard: „Są rzeczy, których kupić nie można”.  To między innymi wyobraźnia.

Dobrze, że przyszło trochę deszczu. Topiłem się jak poparcie Pawła Kukiza.

S.