Taki mamy klimat

Sytuacja sprzed paru dni pokazuje nam, że nie trzeba znajdować się na Haiti , w Japonii czy Nepalu by przeżyć prawdziwe trzęsienie ziemi . Polityczny klimat Polski znalazł się pod wpływem rozległego niżu służb (nie wiemy niestety skąd nadciągnął), a wstrząsy sejsmiczne przy ul. Wiejskiej połączone z silnym wiatrem spowodowały wywianie niektórych polityków. Niestety prawdopodobne jest, że nie na długo. Tacy cyniczni ludzie zawsze znajdą sobie ciepłe miejsce w cieniu, przeczekując, by po kilku latach, kiedy ludzie zapomną, bo ludzie z reguły zapominają – uderzyć ponownie w politykę.

Ujawnienie 13 tomów akt z afery podsłuchowej przez Zbigniewa Stonogę spowodowało lawinę dymisji  w rządzie Ewy Kopacz. Głową zapłacili m.in. minister zdrowia – Bartosz Arłukowicz, minister skarbu – Włodzimierz Karpiński, ale także szef doradców politycznych premier Ewy Kopacz – Jan Rostowski i tak bardzo wyśmiewany w internecie – marszałek sejmu – Radosław Sikorski, który podobno opierał się najbardziej. Dziw nie bierze. Ktoś z aspiracjami na sekretarza generalnego NATO, w tej chwili musi zadowolić się  jako 1 w Bydgoszczy na listach do parlamentu, a i to nie jest jeszcze pewne. Rozczarowanie. Upadek.

Mnie jako szarego obserwatora martwi coś innego. Dlaczego rok po wybuchu afery, dowiadujemy się o szczegółach od biznesmena, który swoją sławę zbudował na inwektywach skierowanych w policję i rząd ? Co robiła prokuratura przez okrągłe 12 miesięcy  ?  Nie chcę oceniać Stonogi, uważam, że dobrze się stało, że akta ujrzały światło dzienne. By Polacy mogli „poczuć” jak to jest żreć obiad za 1300 zł w restauracji. Jak to jest „usuwać” kogoś ze stanowiska i jak bardzo mamy niską samoocenę jako Polacy –„Murzyńskość” – to już Radosław Sikorski. Pani poseł Bieńkowska z kolei uraczyła nas określeniem „idioci”. Bo przecież tylko „idioci” pracują za mniej niż 6 tysięcy złotych. Pieprzu dodaje obsceniczny język, w jakim te wszystkie rozmowy są prowadzone. Czasami można odnieść wrażenie, że rozmowa jest prowadzona w knajpie o średniej renomie w Sanoku (przy całym szacunku), niż w VIP roomie, jednej z droższych restauracji.

To przykre, że ludzie, którzy reprezentują obywateli zachowują się jak stado troglodytów. A chyba najsmutniejsze dla nas, ludzi, jest to, że gdyby nie Stonoga nigdy byśmy się o tym nie dowiedzieli, politycy nie zgłosiliby swoich dymisji i cała degrengolada trwałaby w najlepsze. Sprawa ciągnęłaby się latami, a koniec końców zostałaby umorzona przez prokuraturę, która pracując w tak opieszały sposób, przy tak ważnej sprawie – po prostu pluje Polakom w twarz. Nastąpiły jednak wstrząsy wtórne, które wywróciły scenę polityczną. Ileż to już było tego typu afer w Polsce. Gdy  taśmy wyciekły, afera nabierała rozpędu, ówczesny premier – Donald Tusk „nie lekceważył problemu” i miał odnieść się do niego po kilku dniach. Są jednak rzeczy ważne i ważniejsze. Posada w Brukseli czekała, trzeba było się wyprowadzić, a przecież wiemy jak to z przeprowadzkami jest. Dużo kurzu, przenoszenia, kto by chciał jeszcze sobie dodatkowo ręce brudzić. I tak sprawa sobie leżała. Aż do teraz.

Stonoga z dnia na dzień stał się bohaterem internautów. Został zatrzymany, konsekwencji nie poniesie prawdopodobnie żadnych. Dokumenty ściągnął podobno z chińskich serwerów na swój komputer (dzięki czyjej infrmacji nie wiadomo dotąd). Prokuratura musiała jednak coś zrobić, więc zatrzymali Stonogę na parę godzin, zarzutów jak dotąd mu nie postawiono. Niezrozumiałe dla wielu ludzi jest to, że posłowie koalicji PO-PSL wraz z wieloma dziennikarzami nawołują do linczu medialnego Stonogi, który obnażył tylko miałkość prokuratury. To wydaje się być ucieczką od głównego problemu, którym niewątpliwie jest zawartość taśm. Dodajmy, że decyzja Ewy Kopacz to nie „załatwienie problemu”, tylko „ucieczka z płonącego burdelu”.  Zdymisjonowani ministrowie niespecjalnie się przejęli i wybornie bawili się na imprezie u Ewy Kopacz w restauracji przy ulicy Parkowej. Kto wie, może i tam coś nagrywano ?Wybory parlamentarne za pasem. Po porażce PO w wyborach prezydenckich, które poprzedziła bardzo słaba kampania wyborcza Bronisława Komorowskiego, partia, którą trawią również wewnętrzne konflikty traci poparcie (w jednym z sondaży – 17% – najsłabiej od wielu lat), nie jest w stanie powstrzymać rosnącej presji i nagonki, głównie internetowej, gdzie młodzi ludzie wylewają nie tylko żale, ale głównie frustracje i złość na Platformę, która w ich odczuciu przez 8 lat zawiodła, przede wszystkim  pokolenie obecnych 30 latków.

Niefortunnie dobierane słowa, zatrudnianie „hejterów” internetowych, którzy mieli prowadzić nagonkę na opozycję, ale także twarze afer (m.in. zegarkowej ze Sławomirem Nowakiem), które po raz kolejny pojawiają się pomiędzy wierszami, nie służą utrzymywaniu nas – wyborców w przekonaniu, że nic się nie dzieje, choć zapewne chcieliby żebyśmy tak myśleli. Cały ten spektakl ma miejsce w scenerii polskiego „piekiełka” i główna rolą wiecznie uśmiechniętego Stonogi mogą przyprawiać Ewę Kopacz o ból głowy. Nic tak nie frustruje jak granie na nosie władzy, dodatkowo z wyszczerzonymi jak u Jokera zębami. Zawsze nam zostaje rozłożyć bezranie ręcę i zacytować posłankę Bieńkowską (który to już raz, ho ho)Sorry, taki mamy klimat”.

P.

Pycha kroczy przed upadkiem

Prezydentem Polski został facet, którego jeszcze pół roku temu kojarzyła garstka ludzi. Andrzej Duda –  człowiek, który każdy z kampanijnych miesięcy wycisnął jak cytrynę, a sama kampania, która miała przebiegać jak mecz do jednej bramki, stała się prawdziwym gamechangerowym pościgiemCo najważniejsze jednak – niepotrzebne były fajerwerki by objąć urząd prezydenta. I nie piszę tego ze złośliwością. Wystarczyła sumienna praca każdego dnia, na początku od zapoznania Polaków z twarzą kandydata największej partii opozycyjnej, pobawienie się partyjnym equalizerem – przez wyciszenie w mediach prezesa Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza, którzy w wielu mediach uchodzą za krzykaczy i demony polskiej polityki – aż po debatę w stacji TVN, w której ten cichy, schludnie ubrany mężczyzna, agresywnie rozbijał gardę byłego już prezydenta – Bronisława Komorowskiego. Bądźmy szczerzy – Andrzej Duda nie uniknął błędów podczas tej kampanii, ale w zestawieniu z katastrofami medialnymi Komorowskiego, wypadł co najmniej dobrze i bardziej mu się chciało, czego przykładem może być fakt rozdawania kawy rano, po debacie. Proste, symboliczne, można powiedziec zabawne – ale świadczące o tym, że chęci były raczej po jego stronie. Na ile był to zamierzone działanie, na ile polecenie sztabu – tego nie wiem.

W kampanijniej drodze krzyżowej, Komorowski  zaliczył trzy upadki. Wizyta w Japonii, podczas której stanął na krześle i nazwał Generała Kozieja – Szogunem, odpowiedź „Zmienić pracę i wziąć kredyt” – na pytanie o to jak żyć za 2 tysiące złotych oraz scena z niepełnosprawną na wózku inwalidzkim, podczas której poznaliśmy suflerkę prezydenta –  Jowitę Kacik. Nawet jeżeli sceny z wieców były prowokacjami, Komorowski, jak na tak doświadczonego polityka wypadł w nich bardzo blado, a internauci byli dla niego bezlitośni. W porównaniu do wieców Andrzeja Dudy, które przebiegały raczej bez ekscesów, wiece Komorowskiego były dlań prawdziwą męką i dały obraz tego, że w spotkaniach z szarymi obywatelami nie ma on im tak naprawdę nic do zaoferowania – łącznie z rozmową. Na pewno nie pomogła mu również publikacja książki Wojciecha Sumlińskiego – „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”, którą również chciałem kupić i jak się okazało… nie mogłem! Pani w księgarni Matras powiedziała mi, że sprzedaż zostanie wznowiona po II turze wyborów.

Zwycięstwo Andrzeja Dudy to również pstryczek w nos dla mediów sprzyjających obozowi władzy. Tak znowu Gazeta Wyborcza. Tak znowu TVN. Te dwa kompletnie oderwane od obiektywności media, próbujące w ostatnich tygodniach dźwignąć ospałego prezydenta Bronisława w sondażach, pokazały tylko cynizm, obłudę i fakt, że z dziennikarstwem to nie mają nic wspólnego. Adam Michnik powiedział, że „nie oddamy Polski gówniarzom”, a i również „Lisie” okładki Newsweeka z tytułami: „Zamachowiec” i „Fałszerstwo wyborcze: Komorowski albo Kaczyński to realny wybór w drugiej turze” pokazały, że by utrzymać się na stołkach, ci ludzie gotowi są zrobić bardzo dużo, posuwając się nawet do kłamstwa. (Sprawa konta twitterowego Kingi Dudy, tak sprawnie omówiona przez aktora – Tomasza Karolaka z Tomaszem Lisem). Tego typu działania mogą nam sugerować, że współpraca polityków koalicji rządzącej z dziennikarzami działa/działała bez szkody dla żadnej ze stron.

Uważam, że II tura nie wygladałaby tak, gdyby nie fantastyczny wynik Pawła Kukiza w turze I, który stał się silnikiem napędowym frustracji i rozczarowania ekipą rzadzącą, z którą Komorowski (niestety dla niego) jest utożsamiany oraz chęcią jakichkolwiek zmian, szczególnie u młodych ludzi. Różnica w II turze na korzyść Andrzeja Dudy wśród ludzi do 29 roku życia wyniosła ponad 20%, co jest totalną przepaścią. Duda bardziej od Komorowskiego rozumiał tą grupę wiekową i potrafił do niej trafić w skuteczniejszy sposób.

Można się teraz mocno zastanowić – co jest większe: zwycięstwo Dudy ? Porażka Komorowskiego ? W moim tekście z 11 maja „Gniew narodu” pisałem, że prezydent Komorowski nie zrobił w tej kampanii nic, co mogłoby go choć trochę zbliżyć do zwycięstwa, a pycha jaką się wykazał, zepchęła go w przepaść, lub odmęty szaleństwa – jak sam zwykł mawiać. Andrzej Duda wykonał dużą pracę i dostał od Polaków duży kredyt zaufania. Szufladkowanie go już na starcie byłoby nie na miejscu. Dzisiaj Polacy nie obudzili się nagle w państwie wyznaniowym a o 6 rano nie dzwonił Antoni Macierewicz z pytaniem o to czy czytaliśmy już najnowszego „Gościa niedzielnego”, poprzedzonego paroma starymi, dobrymi zdrowaśkami. Styczniowe sondaże, według których Komorowski dzierżył 73% poparcia brzmią dzisiaj jak ponury żart, a roztrwonienie takiego zaufania w parę miesięcy to rzecz – wydawałoby się – niemożliwa. Ale z tymi niemożliwymi rzeczami tak już jest, ktoś powie, że coś jest niemożliwe, a potem zjawia się ktoś, kto to po prostu robi.

P.

Gniew narodu

10 maja  odbyła się I tura wyborów prezydenckich 2015. Nie posiadam na tą chwilę oficjalnych, pełnych wyników, ale mogę (mam nadzieję!) śmiało napisać, że zwycięzcą został Andrzej Duda z PiS (35,31%-dane z 11.04, godz 20.30), który wyprzedził „władcę żyrandola” i urzędującego prezydenta – Bronisława Komorowkiego (33,32%), którego poparło PO. Na podium niespodziewanie znalazł się Paweł Kukiz (20,77%), którego notowania w ostatnich dniach niespodziewanie wzrosły, a jego przypadek, zdaje mi się, będzie ochoczo opisywany przez socjologów w najbliższych latach. Fenomen emocji.

Powiedzmy sobie szczerze, że obecny prezydent – Bronisław Komorowski nie zrobił nic by te wybory wygrać. Jak widać wiele lat u władzy potrafi rozleniwić, co w zestawieniu z Andrzejem Dudą, który w kilka miesięcy, z szerzej nieznanego nikomu europosła stał się zawodnikiem politycznej wagi ciężkiej i na samym finiszu kampanii znokdaunował Komorowskiego, który w tej chwili jest liczony. Jest jednak dalej w ringu i będzie walczył do końca. Na ile jednak Komorowski jest w stanie wzbudzić ponownie zaufanie wyborców przez dwa tygodnie, skoro przez 5 lat nie zrobił w tym kierunku tak naprawdę niczego ?

Obydwaj kandydaci dwóch największych ugrupowań zdobyli prawie 70% wyborców, co specjalnie nie dziwi. Jednak zarówno Duda jak i Komorowski nie zauważyli czegoś, co w społeczeństwie rosło od jakiegoś czasu tuż obok nich. Napięcie, złość, niechęć do ekipy rządzącej, frustracja ludzi na emigracji oraz chęć radykalnej zmiany. I nagle na scenie politycznej pojawił się ktoś, kto ze sceną jest mocno obyty, ale tą muzyczną. Paweł Kukiz, który zdecydował się na start w wyborach prezydenckich oparł swą kampanię na jednym postulacie – Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Udowodnił on, że w marginalnym, w porównaniu z PiS-em i PO zapleczem finansowym, jest w stanie skupić wokół siebie wielu ludzi. Coraz liczniejsze telewizyjne wystąpienia, ale przede wszystkim szczerość, ogromna chęć i zrozumienie „szarego Kowalskiego” (nie mylić z Marianem Kowalskim – kandydatem Ruchu Narodowego!) spowodowały, że jego poparcie stale rosło, by na finiszu kampanii wskoczyć na nieosiągalny dla reszty „antysystemowych” kandydatów poziom i zdystansować  zbyt radykalnego dla niezdecydowanych wyborców Janusza Korwin-Mikkego (3,22%) w rywalizacji o trzecią pozycję. To ogromnu sukces Kukiza i jego niewielkiej grupy ludzi, która go wspomagała podczas kampanii.

Ogromnym przegranym jest lewica – od Magdaleny Ogórek z SLD (2,42%)  aż po Janusza Palikota z Twojego Ruchu (1,35%). Brak pomysłu na kampanię, częste unikanie mediów (w przypadku Ogórek), kolejne zmiany poglądów (Palikot), doprowadziły do koszmarnego wyniku tych kandydatów, co w połączeniu z faktem, że ponad 1/4 Polaków poparła „antysystemowców” (Kukiz, Korwin-Mikke, Braun, Kowalski, Wilk) daje nam obraz tego co może się dziać jeienią tego roku w wyborach parlamentarnych. Lewica może nie znaleźć się w parlamencie. Gniew narodu znalazł w końcu ujście. Czeka nas parę miesięcy intensywnej kampanii, a wyniki – co widać po wyborach prezydenckich – mogą być zaskakujące.

Przez najbliższe dwa tygodnie czeka nas prawdziwe „love story” w trójkącie, jak bardzo perwersyjnie to brzmi. Komorowski i Duda będą zabiegali o względy i głosy wyborców Pawła Kukiza, ktory jednak na swoim wieczorze wyborczym podkreślił, że nie może dysponować głosami swoich wyborców i ogłosił swoją neutralność. To jeszcze bardziej cementuje jego wiarygodność.Podczas swojego wystąpienia Kukiz skrytykował również TVN24 oskarżając stację o nieobiektywność i manipulacje. A wszystko to… na żywo w TVN24. Muszę przyznać, że była to wisienka na torcie wczorajszego wieczoru.

Bronisław Komorowski tracąc 30% (Jak !?) poparcia w parę miesięcy, ucieka się dzisiaj do referendum, którego nie był w stanie zorganizować przez 5 lat. Tematy ? JOW-y (konik Kukiza), finansowanie partii i podatki. Apeluje też o debatę z kontrkandydatem – Andrzejem Dudą przed II turą. Tonący brzytwy się chwyta ? Na to wygląda. Chęć zmian jest ogromna, ale wynik II tury w pełni otwarty. Pytanie tylko, który elektorat jest silniejszy: ten, który poczuł krew i chce zmiany czyli ten idący za Andrzejem Dudą ? Czy omamieni mediami ludzie, aparat administracyjny Bronisława Komorowskiego ?

P.

Medal w kolorze smutku

W niespełna dwa miesiące po ogólnokrajowej euforii, spowodowanej zdobyciem złotego medalu i mistrzostwa globu przez polskich siatkarzy nad naszym rodzimym, siatkarskim światem zawisnęły ciężkie, czarne chmury, które szybko nie znikną. A wszystko przez… chciwość.

21 września, katowicki spodek „odlatuje”. Polacy po kapitalnym spotkaniu (tak jak i całym turnieju) pokonują faworytów z Brazylii i siegają po drugi w swojej historii  złoty krążek mistrzostw świata (pierwsze zwycięstwo w 1974 r.). Podczas ceremonii wręczania pucharu, wraz z siatkarzami i prezydentem Bronisławem Komorowskim do zdjęć chętnie pozował również prezes PZPS, dzisiaj znany jako Mirosław P.

13 listopada miała odbyć się konferencja prasowa podsumowująca miniony mundial, który cieszył się ogromnym zainteresowaniem, nie tylko w naszym kraju. Powszechnie uznawano, że impreza stała zarówno na wysokim poziomie organizacyjnym, jak i sportowym. Taka własnie była. Udział w konferencji miał wziąć również prezes PZPS. Został on jednak zatrzymany przez Centralne Biuro Antykorupcyjne. Dzień później postawiono mu zarzuty o korupcję. Prezes miał powierzyć zlecenie ochrony mundialu konkretnej firmie za co miał przyjąć pieniądze (I tu nie chodziło o pinsiont złotych). Podobne zarzuty usłyszał Artur P. v-ce prezes do spraw marketingu. Razem mieli przyjąć około miliona złotych od Cezarego P. – właściciela prywatnej firmy ochroniarskiej „FOSA”

PZPS do tej pory uchodził za wzór dla swojego bardziej znanego, piłkarskiego odpowiednika. Liczne afery korupcyjne w piłce nożnej stanowiły w Polsce standart. Skorumpowani piłkarze czy sędziowie to jednak nie to samo co zatrzymanie prawdziwego „barona” siatkówki, jak zwykło się mawiać o Mirosławie P. Został on zatrzymany będąc na zawodowym szczycie. Pełniący od 2004 roku funkcję prezesa PZPS, stopniowo piął się po szczeblach kariery również w międzynarodowej federacji siatkarskiej – FIVB, czego efektem było zostanie członkiem prezydium tejże federacji. Niedawno otrzymaliśmy organizację kolejnej wielkiej imprezy – Mistrzostw Europy 2017, po mistrzostwach w Polsce został odznaczony Orderem Odrodzenia  Polski. To wszystko poszło w jednej chwili poszło w zapomnienie. 15 listopada zasądzono 3 miesięczny areszt dla prezesów. Próby adwokatów o zwolnienie z aresztu spełzły na niczym, co podkreśla tylko wagę zarzutów. Prokuratura analizuje dokumentację równiez sprzed tegorocznych mistrzostw świata w Polsce. Do sprawdzenia zostały przewidziane wszystkie dokumenty zawarte między PZPS a prywatną firmą ochroniarską Cezarego P. W ostatnich latach było ich całkiem sporo.

Liczę, że na świecie dalej będziemy uchodzić za stolicę siatkówki, mimo skazy jakiej się nabawiliśmy przez chciwość działaczy. Brzmi tak jakbym już usłyszał wyrok, prawda ? Cóż, nie znam jednak człowieka, który mógłby wywinąć się od odpowiedzialności, złapany na goracym uczynku podczas tzw. „kontrolowanego przyjęcia korzyści majątkowej”. Dla polskiej siatkówki jest to jednak tylko łyżka dziegciu w beczce miodu i niech tak pozostanie. Cieszę się, że PZPS odciął się od całej tej afery. Jedynym sensownym wyjściem jest wybranie nowych władz. Na całe szczęście wybór firmy ochroniarskiej ma nijak się do sportowej rywalizacji, w której okazaliśmy się najlepsi. Znalazłem w internecie również ciekawą wypowiedź dla „Sportu” z 2012 r. jakiej udzielił obecny jeszcze prezes siatkarskiego związku: „Działacz nie powinien pobierać pensji, tak jak ja”. Teraz już przynajmniej wiemy dlaczego.

P.