Konserwatywna tęsknota

Donald Trump został 45 prezydentem Stanów Zjednoczonych. Szok Demokratów, euforia Republikanów, cały świat wstrzymuje oddech, a ja stawiam pytanie: Czy powinniśmy faktycznie czuć się zaskoczeni?

Otóż nie. Nie powinniśmy się czuć w najmniejszym stopniu zaskoczeni lub zszokowani takim obrotem sprawy, z bardzo prostej przyczyny: Na świecie wraca trend na konserwatyzm i jest on również odczuwalny mocno w Polsce.

Pierwszym takim sygnałem, były wybory do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku, w którym to ówczesne ugrupowanie Janusza Korwin-Mikkego – Kongres Nowej Prawicy (KNP) uzyskało zaskakujący wynik i wprowadziło do PE 4 posłów. Od tamtej pory w Polsce, szczególnie wśród najmłodszej grupy wyborców, czyli 18-24 popularna stała się moda na konserwatyzm i patriotyzm czyli: propagowanie symboli narodowych, nawiązywanie do religii, mówienie i dyskutowanie o narodzie oraz podkreślanie swojego pochodzenia. Na fali tego trendu wypłynął również Paweł Kukiz i jego ugrupowanie Kukiz’15, chociaż jego ruch obywatelski zrzesza w swoich szeregach ludzi zarówno prawicy jak i lewicy, to sam fakt wyboru Kukiza – jako postaci antysystemowej, która odrzuca działanie establishmentu pokazał nam wprost, że w społeczeństwie polskim zachodzą duże zmiany.

Te zmiany na płaszczyźnie politycznej dotyczyły głównie utraty wiary w ówczesną władzę. Społeczeństwo polskie przestało ufać aferałom z Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego i zwróciło się w stronę Prawa i Sprawiedliwości oraz wyżej wspomnianego Kukiza. Ludzie powiedzieli: Stop! Na miejsce skompromitowanego i rozbiotego PO wyłoniła się .Nowoczesna Ryszarda Petru, jako twór, który w następnych wyborach będzie miał bić się o władzę, o ile jej lider nie skompromituje się doszczętnie. Platforma jest jednak dalej obecna w sondażach dosyć wysoko, jednak na tę chwilę nie ma zagrożenia dla partii Jarosława Kaczyńskiego.

Amerykanie zorientowali się o co chodzi. Hilary Clinton miała zostać pierwszą panią prezydent w Białym Domu, ale jak mawiają: Pycha kroczy przed upadkiem. Kandydatka Demokratów miała wszystko, żeby te wybory wygrać. Nieograniczona ilość pieniędzy, nieosiągalny dla oponenta dostęp do mediów, który kreował wizerunek przyszłej pani prezydent i to co Donald Trump wielokrotnie podkreślał: niemożliwa amoralność otoczenia Hilary Clinton. I mimo tych wszystkich atrybutów, Clinton poniosła klęskę. Amerykanie sprzeciwili się poprawności politycznej i propagandzie medialnej. Trump udowodnił, że słowo jest jest silniejsze od miecza, którym media chciały ściąć jego karierę. To również przypomina wybory prezydenckie w Polsce. Sondaże  telewizji TVN były tak przychylne Bronisławowi Komorowskiemu, że gdyby mogły to w studiu ogłosiłyby jego zaprzysiężenie tuż po wydaniu faktów. Polacy podobnie jednak jak Amerykanie odrzucili medialny bełkot i zagłosowali według własnego uznania, spychając Grzegorza Schetynę, Ewę Kopacz i ich Platformę z piedestału władzy i wystawili niemą naganę mediom, które zamiast opisywać rzeczywistość, zaczęły ją nieobiektywnie tworzyć.

Zastanawiające jest to również jak bardzo zwolennicy demokracji nie mogą pogodzić się z wynikami wyborów. Czy nie o to przecież chodzi? Wygrywa większość wedle ściśle określonych reguł, znanych każdemu przed głosowaniem. Niezrozumiałe są więc pochody KOD-u w Polsce jak i protesty Amerykanów po wyborze Donalda Trumpa. Demokraci powinni raczej bez kręcenia nosem zaakceptować wyniki demokratycznych wyborów, prawda? Skoro nie są w stanie tego uczynić, wniosek jest bardzo prosty: „Demokracja jest wtedy, kiedy my wygrywamy”. A na to ludność czy to Stanów Zjednoczonych, czy Polski się nie zgodzi, czego wyraz wydali podczas wyborów.

Nie tylko Polska i Stany Zjednoczone zwracają się w stronę konserwatyzmu. Przez Europę przechodzi fala eurosceptyków, którzy rok w rok rosną w siłę. Już dzisiaj skrajnie prawicowy Front Narodowy wyrasta na najsilniejsze ugrupowanie we Francji, gdzie ilość zwolenników Unii Europejskiej jest dwukrotnie mniejsza od jej przeciwników. Już w 2014 roku podczas wyżej wymienionych przeze mnie wyborach do Parlamentu Europejskiego eurosceptycy z Danii (Duńska Partia Ludowa) oraz Austrii (Partia Wolności) uzyskali bardzo korzystne wyniki. Jeżeli chodzi o Austrię to za miesiąc urząd prezydenta Austrii może zdobyć skrajnie prawicowy Norbert Hofer, który ma za sobą bardzo mocny elektorat, a wynik jego starcia z lewicowym Alexandrem Van der  Bellenem nie jest jednoznaczny do rozstrzygnięcia. Europa przecież dopiero co wyszła z szoku po Brexicie. Dodajemy do tego Węgry Victora Orbana i coraz głośniej słyszalny sprzeciw Słowacji i Czech w sprawie przyjęcia określonej liczby uchodźców i mamy tutaj naprawdę niezły orzech do zgryzienia. Bo tego typu działania prowadzą do jednego. Zamknięcia granic i niech każdy sobie rzepkę skrobie u siebie.

Trump to duże zmiany w Stanach Zjednoczonych. Jakie? O tym się przekonamy wkrótce. Jego zwycięstwo ma również dużą wartość symboliczną, pokazującą, że nawet mając nieograniczone zasoby gotówki i mediów, w dzisiejszych czasach można się temu przeciwstawić i wygrać. Na to oczywiście składa się wiele czynników włącznie ze szczęściem, ale czy nie jest to historia podobna do klasycznego „American dream”? Oczywiście na dużo wyższej płaszczyźnie niż to ma się w zwyczaju mówić, ale mimo wszystko, nowy prezydent może służyć jako przykład nieugiętości i konsekwencji w dążeniu do celu. Trump to przede wszystkim chęć obniżenia podatków i walka z nielegalnymi imigrantami.Wielu ekspertów twierdzi, że na miejscu byłby reset stosunków z Władimirem Putinem. Wydaje mi się, że byłby chętny na takie spotkanie, które mogłoby być owocne dla każdej ze stron. Gdzie u Trumpa jest Polska? Wspominał, że zniesienie wiz dla Polaków będzie jednym z priorytetów jego obozu rządzącego, wypowiadał się w wielu superlatywach o Polonii mieszkającej w Stanach Zjednoczonych, ale jak będzie naprawdę, przekonamy się już niedługo. Jak widać po Polsce i USA, historia lubi się powtarzać. Kilkanaście lat temu dążyliśmy do wspólnoty, dzisiaj tęskno nam do konserwatywnych wartości i skupiania się na sobie. I tak w kółko.

P.

Wampiry bez zębów

Po debacie liderów, która miała być przełomem w kampanii wyborczej wiemy jedno: Do studia zamiast krwiożerczych bestii, które miały gryźć się i walczyć nawzajem, przybyły wampiry bez zębów, które tylko „podgryzały” swoich oponentów. Brakło krwi. A debaty jej potrzebują.

Dzień wcześniej miała miejsce „mała debatka – Ewcia i Beatka”, czyli przedstawicielki największych ugrupowań na tę chwilę w sejmie.  Beata Szydło i Ewa Kopacz wymieniły się uwagami, zarzuciły sobie po razie nieprzygotowanie przez sztaby wyborcze i wałkowały swoje obietnice i lały wodę. Przedstawicielka Prawa i Sprawiedliwości raz po raz zarzucała swoją oponentkę planami gotowych ustaw, które trzeba przecież tylko złożyć do sejmu i już ciach-prach będzie nam się żyło dostatniej, oponentka natomiast – przedstawicielka Platformy Obywatelskiej odbijała piłkę do swojej interlokutorki sugerując, że przecież jest tak dobrze, że jej partia się rozkręca, że tylko trzeba na nich zagłosować, a będzie fantastycznie,  a to, a tamto.  Obie Panie wypadły blado, chociaż w moim odczuciu Szydło wyszła ciut lepiej, ale to może ten wewnętrzny impuls zmiany, jakiejkolwiek – ale zmiany – dał o sobie znać w momencie oceny. „Remis ze wskazaniem” jak to określiły media.  Słuchając jednak prowadzącego dżentelmena – Piotra Kraśko, który stwierdził, że „jedna z obecnych pań będzie przecież rządzić naszym krajem”, miałem ochotę wyciągnąć jego postać z monitora i spuścić w klozecie. Ot, całe polskie media zamknięte w jednym zdaniu. A co z innymi partiami? Czy im nie należy się prawo głosu? Dlaczego faworyzuje się dwa największe ugrupowania? Co w przypadku gdyby do władzy doszedł Janusz Piechociński? No dobra, to tylko przykład. Ale istotny. Debata Szydło – Kopacz nie miała prawa się odbyć w takiej formie.

Dzień później druga debata, w której wzięli już udział wszyscy partyjni liderzy (pierwotnie Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska miały wystawić innych kandydatów) pokazała nam cały wachlarz frakcji od prawa do lewa.  O Polsce rozmawiali: Ewa Kopacz (PO), Beata Szydło (PiS), Janusz Piechociński (PSL), Barbara Nowacka (ZLEW), Adrian Zandberg (Razem), Janusz Korwin-Mikke (KORWiN), Paweł Kukiz (Kukiz ’15) oraz Ryszard Petru (.Nowoczesna). Jak można było się spodziewać Ameryka odkryta nie została, a forma debaty w mojej opinii pozostawiała wiele do życzenia. Minutowe odpowiedzi na często złożone pytania (Redaktor Gugała) czy  kompletnie nieistotne dla przeciętnego Polaka nie dawały tak naprawdę szansy na swobodne wyrażenie poglądu na daną kwestię.

Cała debata przebiegała w sennej atmosferze, najczęściej liderzy odwoływali się do ośmioletnich rządów koalicji PO-PSL. Ewa Kopacz już niejednokrotnie udowadniała, że jest tylko sztucznym tworem, który ma problem z powtarzaniem wcześniej wyuczonych zdań i fraz, co ma też odzwierciedlenie w sondażach. Platforma traci do PiS już bardzo dużo  i jeżeli debata miała być dla niej „gejmczendżerem”, to niestety ale fani rządów Tuska i Kopacz mogą być zawiedzeni. Ewa Kopacz wypadła bardzo blado. Zarówno premier jak i liderka Prawa i Sprawiedliwości – Beata Szydło nie powiedziały nic co nie padło dzień wcześniej, stąd może ich słabsza dyspozycja, chociaż przedstawicielka Prawa i Sprawiedliwości sprzedała się kolejny raz lepiej od Ewy Kopacz. Wicepremier Janusz Piechociński z kolei odegrał rolę dobrego wujka Sama z sadu reklamy soków Fortuny. Jabłko na jego stoliku zrobiło furorę na portalu Twitter. To zabawne, że tylko przez 3 lata PSL nie był w rządzie III RP, a zostaliśmy zasypani przez niego listą rzeczy które trzeba zrobić. Hipokryzja? Nie. Nie od dzisiaj wiadomo, że PSL jest elastyczny jak plastelina. Dostosuje się do rządów każdego za parę stołków. Po waśniach i wojach z debaty prezydenckiej można było podejrzewać, że Janusz Korwin-Mikke oraz Paweł Kukiz będą dla siebie oponentami. Zdziwiłem się gdy obydwoje przytakiwali sobie, ba! Nawet brawo bili! Korwin-Mikke tym razem nie wypalił autodestrukcyjnej bomby, jak to ma w zwyczaju, natomiast powiedział jedną bardzo istotną rzecz skierowaną do Barbary Nowackiej, mianowicie: „Kościół to sojusznik w walce z lewicową głupotą”. Być może była to jedna z najlepszych jego wypowiedzi od miesięcy.  Ciekawie również podsumował swój występ „My państwu nic nie damy, ale też nic nie zabierzemy”.  Paweł Kukiz z kolei postanowił emocjonalnie doprowadzić dziennikarzy do porządku, ustawowo napominając, że pytania są durne (Sprawdzone, potwierdzam) i zaapelował, że w koalicję z nikim nie wejdzie.  Wyżej wymieniona Barbara Nowacka, poza postkomunistycznymi standardami, które wygłosiła na temat równości i pomocy, została osunięta w cień, przez (podobno) rewelację debaty – Adriana Zandberga z szerzej nieznanej partii Razem. Kulturalny, miły głos mówiący ile trzeba zmienić, gdzie trzeba dołożyć, zyskał wielu zwolenników po debacie, którzy jednak przyglądając się programowi jego partii mogą poczuć lekkie rozczarowanie. Program partii Razem życzy sobie między innymi karać przedsiębiorczych i bogatych podatkiem 75%! O tym, że to nie funkcjonuje przekonali się już Francuzi.  Do oceny został Ryszard Petru, którego .Nowoczesna pompowana w mediach niczym balon będzie musiała się tłumaczyć  (według Przemysława Wiplera) z niedozwolonych środków na kampanię wyborczą. Sam Petru wypadł podobnie jak Janusz Piechociński, tyle, że bez jabłka, za to z tabliczką, z której powstało już milion memów. Bez kolorów. Bez wyraźnego zaznaczenia swojej obecności.

Brakło w starciu liderów gorących dyskusji, żywiołowych reakcji (poza Kukizem), adrenaliny, celnych ataków i szybkich ripost, czegoś co mogłoby mnie skłonić do napisania, że debata nie była nudna. Ale była. Forma debaty pozostawia również wiele do życzenia, jak już wspominałem wcześniej  – 60 sekund na przekonanie do siebie potrafią nieliczni, którzy wstrzelą się w klucz oczekiwań każdego głosującego. Nie każdy to potrafi, ale każdy powinien mieć szansę pokazania czegoś, sprzedania się. Ta forma mi nie odpowiada. Debata nie miała zwycięzcy. Każdy sztab ogłosił swoją wygraną, każdy wrócił do domu zadowolony, stwierdzając, że jego wampirze zęby zostały w szklance.  Pytanie kto będzie ucztował w sunday, bloody sunday?

P.

 

Prawy do lewego

Miesiąc po ogłoszeniu wyborów prezydenckich, gdzie Paweł Kukiz osiągnął fantastyczny trzeci wynik, na scenie politycznej mamy prawdziwą rozgrywkę szachową, w której gra on główną rolę. Ci, którzy myśleli, że muzyk jest „antysystemowym Mesjaszem”, który w końcu uzdrowi  polską prawą strone polityczną, ujednolici ją i sprawi, że jego ruch obywatelski wraz z partiami: KORWiN, Kongresem Nowej Prawicy i Ruchem Narodowym wystartuje wspólnie w jesiennych wyborach parlamentarnych, mocno sie zawiodą, ale chyba przede wszystkim spojrzą na Kukiza już nieco chłodniejszym okiem, bez emocji, które bez wątpienia wzbudzał i jakby nie patrzeć wzbudza nadal. Wokół niego zaczynają pojawiać się jednak kontrowersje.

Jeden z przedstawicieli partii KORWiN – Przemysław Wipler podzielił się, za pomocą swojego konta na Facebooku kulisami rozmów z negocjatorami Pawła Kukiza – Stanisławem Tyszką i Marcinem Palade. Po przeczytaniu ich opadła mi szczęka. Jeżeli Wipler napisał prawdę, o czym jestem przekonany w 99%, wynika z tego, że Kukiz wielkiego, przemyślanego planu na „naprawę” Polski nie ma. Z informacji od współzałożyciela partii KORWiN wynika, że Pan Tyszka składał propozycję ludziom z partii Korwin-Mikkego i Wiplera  przejścia „pod sztandar Kukiza”, bez afiszowania się, że pochodzą z ich ugrupowania. Przyczyną, dla której mieliby się nie utożsamiać podczas kampanii wyborczej z logiem swojej partii jest walka o elektorat lewicowy i lewicowo-centrowy, który za Kukizem jako alternatywą dla przedstawicieli dwóch największych partii chętnie poszedł do wyborów prezydenckich. Negocjacje na temat współpracy zostały zakończone, sam Kukiz wydaje się być obrażony ze względu na fakt, że  te informacje ujrzały światło dzienne, wchodzi często w dyskusje ze ludźmi, którzy komentują jego posty. Czesto bywa w nich szyderczy, szczególnie w stosunku do zwolenników jego współpracy z KORWiNem. Kukiz zachowuje się trochę jak Rosja na arenie międzynarodowej, która nigdy nie prowadzi działań ofensywnych. Oni się tylko bronią. Zawsze. Postawa byłego muzyka zespołu „Piersi” trochę takie coś przypomina. „Zobaczcie, oni nie dotrzymują słów, ja jestem w porządku, to ich wina”. Fakt jednak, że jest chętny do współpracy z Robertem Gwiazdowskim i stowarzyszeniem KoLiber, którego współzałożycielem jest… Przemysław Wipler pokazuje, że ciężko określić jego miejsce na scenie politycznej. Jestem przekonany, że propozycja współpracy z Ruchem Narodowym oraz Kongresem Nowej Prawicy na podobnych warunkach, jakie zostały przedstawione Wiplerowi i spółce również spełznie na niczym, ponieważ nikt nie przystanie na takie rzeczy.

Wynik Kukiza to nie sukces JOW-ów, których on sam broni jak ognia przed wodą. Jego wyborczy sukces to sygnał niezadowolenia ludzi, którzy mają dość wyboru tych samych gęb od 26 lat.  Jednak, żeby nie wybierać tychże gęb, potrzebni są nowe gęby, które podźwigną kraj z kolan. Po wyborach prezydenckich z umiarkowanym optymizmem patrzyłem na dzialania Pawła Kukiza, który był dla mnie ciekawy i autentyczny, różniący się od stałych bywalców parlamentu, dobrze ubranych, znających wszystkie wymijające odpowiedzi świata, na każde podchwytliwe pytanie. Problemem Kukiza może stać się publikacja znanego blogera – MatkiKurki, który obnażył w swoim tekście „backstage” rockowego kandydata na prezydenta. Wynika z niego, że „Bezpartyjni samorządowcy” finansujący i „pompujący” Kukiza to nikt inny jak baronowie dolnośląscy, którzy zaliczali w swojej przeszłości niejedne komitety.  W tekście można przeczytać również ciekawostkę o tym, że na tydzień przed złożeniem podpisów na wybory prezydenckie, Kukiz miał ich raptem 30 tysięcy. Czary mary ? W tekście pojawia się również tajemnicza postać, która nad wszystkim ma trzymać  pieczę.

„Ta „mapa drogowa” nie powstał w głowie gówniarza, czy jakiegoś grajka bez pojęcia i doświadczenia politycznego. Wątpię też, aby to było samodzielne działo Raczyńskiego, on może poustawiać sprawy lokalnie, ale wywiadów w TVN u Olejnik i Wojewódzkiego nie załatwi, podobnie jak pompowanych sondaży i ciszy medialnej wokół szemranego towarzystwa. Plan wielkiego i póki co nieznanego gracza, zmierza w jednym kierunku, usadzić na stołkach nowych tłustych misiów i młode wilczki z rodzinami, w miejsce zgranych starców z wierchuszki PO”.

Kim jest ów wielki gracz ? Nie wiadomo.

Ludzie nakarmieni nadzieją raz, łakną jej coraz więcej. Presja na Kukizie nieustannie rośnie, on z kolei twardo trzyma wszystkich w szachu. Przypominająć sobie wywiad z nim podczas wieczoru wyborczego, w którym wspominał o tym, że JOW-y miały tylko skanalizować elektorat, a na program przyjdzie czas po wyborach i sukcesywnie będzie go przedstawiać – dzisiaj widzę osobę, którą przerosły pewne rzeczy. Coraz głośniej ludzie domagają się od niego konkretnych działań lub programu- którego sam muzyk nie jest zwolennikiem. Kukiz jest zwolennikiem strategii i działań naprawczych. Brzmi fantastycznie i nowocześnie. Jest jeden szkopuł – szczegółów wciąż brak. „Jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził”. Zdobywca trzeciego wyniku w wyborach prezydenckich definitywnie chce zlamać to przysłowie i udowodnić, że jednak tak nie jest. Próba ujednolicenia elektoratu od prawa do lewa, ze wspólnymi mianownikami nie ma szans przetrwania. Łapiąc kilka srok za ogon zazwyczaj zostaje się z paroma piórami w ręce. Życząc jak najlepiej Polsce, niecierpliwie czekam na rozwój wydarzeń.

P.

Gniew narodu

10 maja  odbyła się I tura wyborów prezydenckich 2015. Nie posiadam na tą chwilę oficjalnych, pełnych wyników, ale mogę (mam nadzieję!) śmiało napisać, że zwycięzcą został Andrzej Duda z PiS (35,31%-dane z 11.04, godz 20.30), który wyprzedził „władcę żyrandola” i urzędującego prezydenta – Bronisława Komorowkiego (33,32%), którego poparło PO. Na podium niespodziewanie znalazł się Paweł Kukiz (20,77%), którego notowania w ostatnich dniach niespodziewanie wzrosły, a jego przypadek, zdaje mi się, będzie ochoczo opisywany przez socjologów w najbliższych latach. Fenomen emocji.

Powiedzmy sobie szczerze, że obecny prezydent – Bronisław Komorowski nie zrobił nic by te wybory wygrać. Jak widać wiele lat u władzy potrafi rozleniwić, co w zestawieniu z Andrzejem Dudą, który w kilka miesięcy, z szerzej nieznanego nikomu europosła stał się zawodnikiem politycznej wagi ciężkiej i na samym finiszu kampanii znokdaunował Komorowskiego, który w tej chwili jest liczony. Jest jednak dalej w ringu i będzie walczył do końca. Na ile jednak Komorowski jest w stanie wzbudzić ponownie zaufanie wyborców przez dwa tygodnie, skoro przez 5 lat nie zrobił w tym kierunku tak naprawdę niczego ?

Obydwaj kandydaci dwóch największych ugrupowań zdobyli prawie 70% wyborców, co specjalnie nie dziwi. Jednak zarówno Duda jak i Komorowski nie zauważyli czegoś, co w społeczeństwie rosło od jakiegoś czasu tuż obok nich. Napięcie, złość, niechęć do ekipy rządzącej, frustracja ludzi na emigracji oraz chęć radykalnej zmiany. I nagle na scenie politycznej pojawił się ktoś, kto ze sceną jest mocno obyty, ale tą muzyczną. Paweł Kukiz, który zdecydował się na start w wyborach prezydenckich oparł swą kampanię na jednym postulacie – Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Udowodnił on, że w marginalnym, w porównaniu z PiS-em i PO zapleczem finansowym, jest w stanie skupić wokół siebie wielu ludzi. Coraz liczniejsze telewizyjne wystąpienia, ale przede wszystkim szczerość, ogromna chęć i zrozumienie „szarego Kowalskiego” (nie mylić z Marianem Kowalskim – kandydatem Ruchu Narodowego!) spowodowały, że jego poparcie stale rosło, by na finiszu kampanii wskoczyć na nieosiągalny dla reszty „antysystemowych” kandydatów poziom i zdystansować  zbyt radykalnego dla niezdecydowanych wyborców Janusza Korwin-Mikkego (3,22%) w rywalizacji o trzecią pozycję. To ogromnu sukces Kukiza i jego niewielkiej grupy ludzi, która go wspomagała podczas kampanii.

Ogromnym przegranym jest lewica – od Magdaleny Ogórek z SLD (2,42%)  aż po Janusza Palikota z Twojego Ruchu (1,35%). Brak pomysłu na kampanię, częste unikanie mediów (w przypadku Ogórek), kolejne zmiany poglądów (Palikot), doprowadziły do koszmarnego wyniku tych kandydatów, co w połączeniu z faktem, że ponad 1/4 Polaków poparła „antysystemowców” (Kukiz, Korwin-Mikke, Braun, Kowalski, Wilk) daje nam obraz tego co może się dziać jeienią tego roku w wyborach parlamentarnych. Lewica może nie znaleźć się w parlamencie. Gniew narodu znalazł w końcu ujście. Czeka nas parę miesięcy intensywnej kampanii, a wyniki – co widać po wyborach prezydenckich – mogą być zaskakujące.

Przez najbliższe dwa tygodnie czeka nas prawdziwe „love story” w trójkącie, jak bardzo perwersyjnie to brzmi. Komorowski i Duda będą zabiegali o względy i głosy wyborców Pawła Kukiza, ktory jednak na swoim wieczorze wyborczym podkreślił, że nie może dysponować głosami swoich wyborców i ogłosił swoją neutralność. To jeszcze bardziej cementuje jego wiarygodność.Podczas swojego wystąpienia Kukiz skrytykował również TVN24 oskarżając stację o nieobiektywność i manipulacje. A wszystko to… na żywo w TVN24. Muszę przyznać, że była to wisienka na torcie wczorajszego wieczoru.

Bronisław Komorowski tracąc 30% (Jak !?) poparcia w parę miesięcy, ucieka się dzisiaj do referendum, którego nie był w stanie zorganizować przez 5 lat. Tematy ? JOW-y (konik Kukiza), finansowanie partii i podatki. Apeluje też o debatę z kontrkandydatem – Andrzejem Dudą przed II turą. Tonący brzytwy się chwyta ? Na to wygląda. Chęć zmian jest ogromna, ale wynik II tury w pełni otwarty. Pytanie tylko, który elektorat jest silniejszy: ten, który poczuł krew i chce zmiany czyli ten idący za Andrzejem Dudą ? Czy omamieni mediami ludzie, aparat administracyjny Bronisława Komorowskiego ?

P.

Na muszce

7,15 % z 22,7% wyborców, którzy raczyli w niedzielę wyjść z domu i dowlec swoje 4 litery do najbliższego miejsca głosowania, oddali głos na Kongres Nowej Prawicy pod batutą charyzmatycznego Janusza Korwin-Mikkego. Wynik skrajnie prawicowej frakcji uznany jest za olbrzymi sukces partii, natomiast mainstreamowe media uznały wynik wyborców za „niepokojący” a wielu „znawców” wspomniało, że elektorat  Janusza Korwin Mikkego to „troglodyci i półgłówki”. Po ponad 20 letniej posusze politycznej prezes KNP wjeżdża z partyzanta do Parlamentu Europejskiego wspólnie z Robertem Iwaszkiewiczem, Stanisławem Żółtkiem oraz Michałem Marusikiem. Lider partii wspomniał, że liczył na nieco większy rezultat, ale jest to dobry prognostyk przed zbliżającymi się wyborami w Polsce. Znakomitą większość wyborców „Krula w muszce” stanowili młodzi ludzie w wieku od 18 do 25 roku życia, z wyższym wykształceniem, często uprawiający wolne zawody. Po głos na lidera KNP poszli także młodzi przedsiębiorcy. Na pytanie: dlaczego młodzi głosowali na Janusza Korwin Mikkego, odpowiedzi jest kilka.

Pierwsza odpowiedź to porażka Janusza Palikota, który po ogromnym zaufaniu jakim obdarzyli go młodzi ludzie w ostatnich wyborach (stał się trzecią siłą w polskiej polityce), nie zrobił praktycznie nic poza wprowadzeniem do sejmu homoseksualisty – Roberta Biedronia i osoby po operacji płci – Anny Grodzkiej. Ciągłe zmiany poglądów, kontakty polityczne z postkomunistami oraz żenujące spoty wyborcze ludzi z ugrupowania Europa Plus, doprowadziły do tego,że  jego poparcie zaczęło diametralnie spadać, aż w końcu doszło do tego, że w wyborach europarlamentarnych 2014 jego Europa Plus nie uzyskała progu wyborczego i nie wprowadziła do Europarlamentu żadnego posła. Drugą odpowiedzią dlaczego młodzi poszli za 71-letnim ekcentrykiem to jego konsekwencja w głoszeniu poglądów, które niezmiennie od x lat prezentuje na scenie politycznej lub poza nią. Młodzi ludzie zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, że zmiana PO na PiS i odwrotnie prowadzi do niczego. Od 7 lat nie zmieniło się nic w Polsce poza tym,że coraz więcej naszych przyjaciół znajduje zatrudnienie za granicą.  Ale nie o taką walkę z bezrobociem prosiliśmy. Nie liczmy pojedyńczych sukcesów a realne zmiany. Takich rządy PiS i PO nam nie zagwarantowały. Poglądy KNP w chwili obecnej cieszą się dużym poparciem. Są radykalne, ale widocznie według młodych ludzi tylko radykalne zmiany mogą przywrócić Polsce normalność, czyli życie na poziomie zachodu Europy, ale nie według zachodnich reguł. Ostatnim głównym powodem wydaje mi się, że jest aktywność internetowa prezesa KNP. Z uwagi na kontrowersyjne wypowiedzi, rzadko widywaliśmy przedstawicieli KNP w telewizji. Z biegiem czasu, kiedy sondaże zaczęły rosnąć, zmieniło się to w pewnej części, choć tak naprawdę obiektywna wobec KNP zachowała się tylko stacja Polsat News. Profil Janusza Korwin-Mikkego na facebooku zgromadził już prawie 360 tysięcy fanów (stan na dzień 28.05.2014) i z każdym dniem tych fanów przybywa. Dla porównania, oficjalny profil Platformy Obywatelskiej ma niespełna 50 tysięcy. Internet stał się jego imperium. Prezes KNP jest bardzo aktywny. Dziennie podaje kilka newsów na temat swojej działalności. M.in. informuje o spotkaniach, które odbywa na terenie całego kraju, debatach, w których bierze udział, komentuje słowa ludzi, którzy go oczerniają etc.

Nie śmiałbym nikomu zaglądać w metrykę, ale sam fakt ilości spotkań, jakie odbył Korwin-Mikke przez ostatnie miesiące, mając na karku prawie 72 lata uważam za niesamowity. Umówmy się, że na scenie politycznej ludzi, którzy równie długo i ochoczo bronią swoich pogladów można policzyć na palcach, to również stoi za jego fenomenem, który wdarł się w świadomość młodych ludzi. Warto zauważyć, że wynik skrajnej prawicy w polskich wyborach europarlamentarnych nie jest wyjątkiem. W wielu innych krajach prawica uzyskała ponad 20% głosów, w niektórych zwyciężyła. W Europarlamencie uniosceptyków/euroceptyków będzie około 150. Tej liczby nie nazywałbym zagrożeniem. Nazwałbym ją raczej czerwoną kartką dla rządzących, którzy w  swoim braku pomysłu na Europę, skazali ją na stagnację. Jeżeli chodzi o  Polskę zaś, jest to wyraźny sygnał, że młodzi mają dosyć i mówią STOP, a partie PO i PiS jeżeli chcą utrzymać się u władzy muszą zacząć działać i przestać lekceważyć potężny młody elektorat, który pójdzie za  prezesem KNP. Bo nazywanie młodych troglodytami i debilami  a Janusza Korwin-Mikkego hańbą Polski tylko jeszcze bardziej ich rozjuszy i będzie miało efekt odwrotny do zamierzonego.  Na tą chwilę Janusz Korwin Mikke jest eurodeputowanym i wreszcie może trzymać na muszce ludzi, którzy szkodzą Polsce. Dostał razem ze swoją partią pokaźny zastrzyk zaufania, teraz czekamy na rezultaty.

P.