Wampiry bez zębów

Po debacie liderów, która miała być przełomem w kampanii wyborczej wiemy jedno: Do studia zamiast krwiożerczych bestii, które miały gryźć się i walczyć nawzajem, przybyły wampiry bez zębów, które tylko „podgryzały” swoich oponentów. Brakło krwi. A debaty jej potrzebują.

Dzień wcześniej miała miejsce „mała debatka – Ewcia i Beatka”, czyli przedstawicielki największych ugrupowań na tę chwilę w sejmie.  Beata Szydło i Ewa Kopacz wymieniły się uwagami, zarzuciły sobie po razie nieprzygotowanie przez sztaby wyborcze i wałkowały swoje obietnice i lały wodę. Przedstawicielka Prawa i Sprawiedliwości raz po raz zarzucała swoją oponentkę planami gotowych ustaw, które trzeba przecież tylko złożyć do sejmu i już ciach-prach będzie nam się żyło dostatniej, oponentka natomiast – przedstawicielka Platformy Obywatelskiej odbijała piłkę do swojej interlokutorki sugerując, że przecież jest tak dobrze, że jej partia się rozkręca, że tylko trzeba na nich zagłosować, a będzie fantastycznie,  a to, a tamto.  Obie Panie wypadły blado, chociaż w moim odczuciu Szydło wyszła ciut lepiej, ale to może ten wewnętrzny impuls zmiany, jakiejkolwiek – ale zmiany – dał o sobie znać w momencie oceny. „Remis ze wskazaniem” jak to określiły media.  Słuchając jednak prowadzącego dżentelmena – Piotra Kraśko, który stwierdził, że „jedna z obecnych pań będzie przecież rządzić naszym krajem”, miałem ochotę wyciągnąć jego postać z monitora i spuścić w klozecie. Ot, całe polskie media zamknięte w jednym zdaniu. A co z innymi partiami? Czy im nie należy się prawo głosu? Dlaczego faworyzuje się dwa największe ugrupowania? Co w przypadku gdyby do władzy doszedł Janusz Piechociński? No dobra, to tylko przykład. Ale istotny. Debata Szydło – Kopacz nie miała prawa się odbyć w takiej formie.

Dzień później druga debata, w której wzięli już udział wszyscy partyjni liderzy (pierwotnie Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska miały wystawić innych kandydatów) pokazała nam cały wachlarz frakcji od prawa do lewa.  O Polsce rozmawiali: Ewa Kopacz (PO), Beata Szydło (PiS), Janusz Piechociński (PSL), Barbara Nowacka (ZLEW), Adrian Zandberg (Razem), Janusz Korwin-Mikke (KORWiN), Paweł Kukiz (Kukiz ’15) oraz Ryszard Petru (.Nowoczesna). Jak można było się spodziewać Ameryka odkryta nie została, a forma debaty w mojej opinii pozostawiała wiele do życzenia. Minutowe odpowiedzi na często złożone pytania (Redaktor Gugała) czy  kompletnie nieistotne dla przeciętnego Polaka nie dawały tak naprawdę szansy na swobodne wyrażenie poglądu na daną kwestię.

Cała debata przebiegała w sennej atmosferze, najczęściej liderzy odwoływali się do ośmioletnich rządów koalicji PO-PSL. Ewa Kopacz już niejednokrotnie udowadniała, że jest tylko sztucznym tworem, który ma problem z powtarzaniem wcześniej wyuczonych zdań i fraz, co ma też odzwierciedlenie w sondażach. Platforma traci do PiS już bardzo dużo  i jeżeli debata miała być dla niej „gejmczendżerem”, to niestety ale fani rządów Tuska i Kopacz mogą być zawiedzeni. Ewa Kopacz wypadła bardzo blado. Zarówno premier jak i liderka Prawa i Sprawiedliwości – Beata Szydło nie powiedziały nic co nie padło dzień wcześniej, stąd może ich słabsza dyspozycja, chociaż przedstawicielka Prawa i Sprawiedliwości sprzedała się kolejny raz lepiej od Ewy Kopacz. Wicepremier Janusz Piechociński z kolei odegrał rolę dobrego wujka Sama z sadu reklamy soków Fortuny. Jabłko na jego stoliku zrobiło furorę na portalu Twitter. To zabawne, że tylko przez 3 lata PSL nie był w rządzie III RP, a zostaliśmy zasypani przez niego listą rzeczy które trzeba zrobić. Hipokryzja? Nie. Nie od dzisiaj wiadomo, że PSL jest elastyczny jak plastelina. Dostosuje się do rządów każdego za parę stołków. Po waśniach i wojach z debaty prezydenckiej można było podejrzewać, że Janusz Korwin-Mikke oraz Paweł Kukiz będą dla siebie oponentami. Zdziwiłem się gdy obydwoje przytakiwali sobie, ba! Nawet brawo bili! Korwin-Mikke tym razem nie wypalił autodestrukcyjnej bomby, jak to ma w zwyczaju, natomiast powiedział jedną bardzo istotną rzecz skierowaną do Barbary Nowackiej, mianowicie: „Kościół to sojusznik w walce z lewicową głupotą”. Być może była to jedna z najlepszych jego wypowiedzi od miesięcy.  Ciekawie również podsumował swój występ „My państwu nic nie damy, ale też nic nie zabierzemy”.  Paweł Kukiz z kolei postanowił emocjonalnie doprowadzić dziennikarzy do porządku, ustawowo napominając, że pytania są durne (Sprawdzone, potwierdzam) i zaapelował, że w koalicję z nikim nie wejdzie.  Wyżej wymieniona Barbara Nowacka, poza postkomunistycznymi standardami, które wygłosiła na temat równości i pomocy, została osunięta w cień, przez (podobno) rewelację debaty – Adriana Zandberga z szerzej nieznanej partii Razem. Kulturalny, miły głos mówiący ile trzeba zmienić, gdzie trzeba dołożyć, zyskał wielu zwolenników po debacie, którzy jednak przyglądając się programowi jego partii mogą poczuć lekkie rozczarowanie. Program partii Razem życzy sobie między innymi karać przedsiębiorczych i bogatych podatkiem 75%! O tym, że to nie funkcjonuje przekonali się już Francuzi.  Do oceny został Ryszard Petru, którego .Nowoczesna pompowana w mediach niczym balon będzie musiała się tłumaczyć  (według Przemysława Wiplera) z niedozwolonych środków na kampanię wyborczą. Sam Petru wypadł podobnie jak Janusz Piechociński, tyle, że bez jabłka, za to z tabliczką, z której powstało już milion memów. Bez kolorów. Bez wyraźnego zaznaczenia swojej obecności.

Brakło w starciu liderów gorących dyskusji, żywiołowych reakcji (poza Kukizem), adrenaliny, celnych ataków i szybkich ripost, czegoś co mogłoby mnie skłonić do napisania, że debata nie była nudna. Ale była. Forma debaty pozostawia również wiele do życzenia, jak już wspominałem wcześniej  – 60 sekund na przekonanie do siebie potrafią nieliczni, którzy wstrzelą się w klucz oczekiwań każdego głosującego. Nie każdy to potrafi, ale każdy powinien mieć szansę pokazania czegoś, sprzedania się. Ta forma mi nie odpowiada. Debata nie miała zwycięzcy. Każdy sztab ogłosił swoją wygraną, każdy wrócił do domu zadowolony, stwierdzając, że jego wampirze zęby zostały w szklance.  Pytanie kto będzie ucztował w sunday, bloody sunday?

P.

 

Czy mamy kopacz dalej ?

O tragicznej sytuacji polskiego górnictwa wiadomo nie od dzisiaj. Od wielu dni, w kopalniach, zarówno na powierzchni, jak i pod ziemią, strajkują górnicy. W nocy z 14/15 stycznia, w Sejmie, dzięki głosom koalicji rządzącej, przegłosowano projekt nowelizacji ustawy górniczej, która dotyczy Kompanii Węglowej. Głosowanie ma się odbyć dzisiaj (tj. 15 stycznia 2015). Projekt, trafił do Sejmu jako poselski, by przyspieszyć procedowanie. To oznacza, że rząd chce w 3 dni zamknąć kopalnie: KWK Bobrek-Centrum, KWK  Sośnica-Makoszowy, KWK Brzeszcze o KWK Pokój.

Strajkuje 14 kopalń należących do koncernu Kompanii Węglowej. Pod ziemią jest ok. 1,100 górników. Najwięcej z nich, jest w kopalni Brzeszcze – 460.  W KWK Sośnica-Makoszowy, 5 osób prowadzi na powierzchni strajk głodowy. W Katowickim Holdingu Węglowym, związki zawodowe organizowały „masówki” i zachęcały do czynnego udziału w proteście od piątku.

Demonstracje obejmują coraz więcej miejsc. Największa odbyła się w Bytomiu. Zorganizowało się tam ok. 10 tysięcy ludzi, warto podkreślić, że to nie tylko górnicy i ich rodziny, ale również zwykli mieszkańcy, nie mający z kopalniami nic wspólnego. Ludzie organizują manifestacje, pikiety, blokady dróg. Samorządowcy z Rudy Śląskiej podjęli specjalną uchwałę, w której wskazali, że decyzje o wygaszeniu kopalń, których :„nieodwracalne gospodarcze i społeczne skutki pogrążą w ubóstwie tysiące śląskich rodzin”.

Plan naprawczy o którym mowa  zakłada sprzedaż nowej, zawiązanej przez Węglokoks spółce celowej 9 z 14 kopalń Kompanii. Jedną z kopalń ma kupić Węglokoks (Piekary), a cztery wcześniej wymienione: Bobrek-Centrum, Sośnica-Makoszowy, Pokój i Brzeszcze mają być przekazane Spółce Restrukturyzacji Kopalń, co w praktyce oznacza ich „wygaśnięcie”, a mówiąc po ludzku –  likwidację. Innego zdania jak zwykle jest Pani Premier Ewa Kopacz, która sugeruje, że nie chce kopalń likwidować, a restrukturyzować, dodając w późniejszym wywiadzie, że: „ma plan dotyczący polityki energetycznej w perspektywie  30-letniej”. Wcześniejsze negocjacje z przedstawicielami górników, spełzły na niczym. 12 godzin rozmów nie przyniosły porządanych efektów.

– Przyjechałam tu na Śląsk z bardzo konkretną propozycją – propozycją ochrony miejsc pracy dla górników, dla których pracy mam olbrzymi szacunek (…) Rozstaliśmy się w atmosferze, że propozycja, którą złożyliśmy, pozostaje nadal na stole. Tych, którzy będę chcieli z niej skorzystać, zapraszam do kolejnych rozmów, tym bardziej, że taką deklarację również usłyszałam – powiedziała premier.

Przedłużający się prostest nie służy nikomu, a Premier Kopacz zaczyna chyba brakować argumentów, w starciu z silną związkową opozycją, która otrzymała wsparcie od innych grup, między innymi: stoczniowców i kolejarzy. Fakt, że na dzisiejszym posiedzeniu sejmu Kopacz w ogóle się nie pojawiła i wysłała w bój wicepremiera i ministra gospodarki – Janusza Piechocińskiego, na którego spadła również krytyka ze strony Janusza Palikota, który po totalnej porażce Twojego Ruchu, stara się wrócić do politycznej ektraklasy, nie kryjąc sympatii do PO i rządając dymisji wicepremiera.

Piechociński kajał się z kolei u Moniki Olejnik w RadiuZET:

Czuję, że zabrakło mi determinacji, żeby wyjść z rozmów w Katowicach i powiedzieć ówczesnemu premierowi, że to jest błąd, że deklaruje wobec związków zawodowych coś, co jest nie do zrealizowania”. 

Czy poniesie konsekwencje ? Czas pokaże. Nie spodziewam się jednak ustąpienia z rentownej posady Pana wicepremiera.

 Może zadajmy sobie pytanie: Dlaczego polskie górnictwo jest w tak fatalnej sytuacji  ?

Trochę statystyk. Polska posiada ponad 80% zasobów węgla kamiennego w Unii Europejskiej. Współczynnik nagromadzenia zasobów (zasoby/powierzchnia) jest ponad 60 razy większy w stosunku do pozostałej części Europy. Oznacza to, że w praktyce powinniśmy być „węglowym krezusem”, „surowcowo-energetyczną bazą” i głównym eksporterem węgla w UE. W rzeczywistości produkcja węgla, z roku na rok spada, przy rosnącym imporcie, który stanowi już 20% rynku w Polsce, głównie detalicznego – a więc tego, który przynosi zyski. Brzmi jak paradoks prawda ?

Wielu ludzi zarzuca górnikom ogromne pensje, „13”, „14”, „barbórkowe” ,oraz szereg innych przywilejów, których nie posiadają inni. Można się spierać o wysokośc pensji, jednak to nie to jest głównym problemem. Umówmy się, że praca w kopalni do najłatwiejszych i najbezpieczniejszych nie należy i bądźmy szczerzy: to nie górnicy są przyczyną kryzysu polskiego górnictwa. Co w takim razie ? Odpowiedź rozgałęzia się na pare wątków. Pierwszym z nich jest fatalne zarządzanie spółkami węglowymi. Ludzie mianowani na te stanowiska są niekompetentni, często są to lobbowani przez polityków managerowie, którzy nie potrafią i nie mają pojęcia o górnictwie, czego dowodem są obecne protesty i manifestacje. W moim odczuciu najważniejszą z przyczyn jest jednak podpisanie przez rząd Donalda Tuska pakietu energetyczno-klimatycznego w 2008 roku, który uderza w polską gospodarkę niczym kowadło spadające na głowę kojota w kreskówkach z cyklu „Looney Toones”. Donald Tusk swoją nieprzemyślaną decyzją doprowadził do katastrofy ekonomicznej naszego kraju. Efekty ? Wg. Doktora Tomasza Teluka (Instytut Globalizacji) to: dwukrotny wzrost cen prądu, wzrost bankructwa i bezrobocia, spadek konkurencyjności polskiego przemysłu, który bazuje na węglu przecież. Na koniec wzrastają wydatki fiskalne państwa, które, żeby móc powiązać koniec z końcem, zaciąga kredyty w prywatnych bankach komercyjnych.  Idąc dalej za Dr Telukiem:

„Nasz kraj nie prowadzi profesjonalnego lobbingu swoich interesów narodowych w Brukseli. (…) Polscy politycy są albo słabymi negocjatorami, albo działają z premedytacją, za obietnice jakichś lukratywnych miejsc w Brukseli po zakończeniu kadencji.”

I bezpośrednio pod nim cytat ze strony http://www.niewygodne.info.pl z dnia 28.02.2012.

„Oby nigdy nie okazało się, że w przypadku pakietu klimatycznego premier naszego państwa, w zamian za swoją zgodę, był wodzony jakimś europejskim stanowiskiem. Z drugiej jednak strony – i tak nie ma to już żadnego znaczenia, bowiem katastrofa gospodarcza wydaje się być nieunikniona”.

Działa na wyobraźnię, prawda ?

Kolejny punkt który jest powodem upadku polskiego górnictwa to szereg: firm, firemek, spółek, spółeczek w okół kopalń, które je wysyssają, dziwnym trafem świetnie współpracując ze zmieniającymi się zarządami tych własnie kopalń. Nakładanie dodatkowych kosztów na kopalnie przy jednoczesnym kupowaniu gazu od Rosji, również nie wpływa dobrze na ten sektor gospodarki. Na jedną tonę węgla podatki dzisiaj siegają powyżej 90 złotych, gdzie 15 lat temu było to ok. 25 złotych. Do tego mamy między innymi odprawy jak np. dla Pana Mirosława Tarasa, który tak fatalnie zarządzał Kompanią Węglową, że zdymisjonowany został nagrodzony odprawą… 960 000 złotych, zarabiając wcześniej 80 000 złotych. Wysokie pensje górników możecie Państwo włożyć między bajki. Powstała nawet strona na Facebooku: „Tyle zarabia górnik, koniec kłastw”, gdzie górnicy z różnych regionów wklejają swoje paski z wypłatą.

Jedną z niewielu opcji ratunku dla polskiego górnictwa jest prywatyzacja kopalń. Dla górników nie ma znaczenia czy właścicielem jest prywatny inwestor czy państwo. Oni chcą mieć pracę, poczucie stabilizacji i chcą by kopalnie działały. Kopalnia „Silesia”.Tam związkowcy z inżynierami skrzyknęli się i założyli spółkę pracowniczą, składając się na mały kapitał początkowy.  Zainwestowali w firmę doradczą z Warszawy, która napisała im biznes plan: ile potrzebują, jakie złoża mają i na sam koniec rozesłali informację na cały świat. Jak to jest, że ta kopalnia, której prywatnym inwestorem  zostali w końcu Czesi, w 4 lata ze skraju bankructwa doprowadziła do tego, że po pewnym czasie zaczęła zarabiać ? Może przyczyną jest, że w „Silesii” są 4 związki zawodowe a w Kompanii Węglowej 160 ? Może aparat administracyjno-urzędniczy wsparty małymi spółkami w okół kopalni, nie grabiący kopalni ma na to wpływ ?

Dziwne, że wszystko co w naszym kraju przynosi zysk, musi zostać tak opodatkowane, że w pewnym momencie tego zysku nie przynosi (szykuje się kolejny podatek do paliwa!). Znalazłaem sugestię, że doprowadzanie kopalni do skraju bankructwa i wyprzedaż ich ma na celu łatanie dziury finansowej jaka powstała po kompletnie nieudanym OFE. Jak to jest, że kupujemy węgiel nawet z Australii ? Mam dziwne wrażenie, że nasz rząd nawet z kopalni złota nie potrafiłby zysków czerpać, a co dopiero z węglem. Górnicy pytaja dalej panią Premier, która zaczyna ich unikać: czy mamy KOPACZ dalej ?

P.