Diabły Hitlera: Alfred Naujocks

Alfred Helmut Naujocks urodził się 20 września 1911 roku w miejscowości Kiel, stolicy kraju związkowego Szlezwik-Holsztyn (Była to również nazwa pancernika który od 1 września ostrzeliwał Westerplatte) i był z pochodzenia Litwinem pruskim. Ten niepozorny student budowy maszyn, z biegiem czasu miał się stać jednym z wysoko postawionych ludzi III Rzeszy. Z uwagi na fakt, że był dowódcą tak zwanej „prowokacji gliwickiej”, wielu historyków uważa go za człowieka, który rozpoczął II wojnę światową.

W sierpniu 1939 roku, Adolf Hitler wciąż liczył, że uda się zrzucić winę za agresję Niemiec, na Polskę. Führer przeprowadził dwie maskarady, które przypieczętowały los Polski w tej okrutnej wojnie. Pierwszą z nich było udawanie Hitlera, że zgadza się na negocjacje – z Wielką Brytanią, Francją oraz Polską. Odrzuciwszy ofertę mediacyjną Mussoliniego, oraz odmówienie przedstawienia jakichkolwiek warunków do przedyskutowania z polskim rządem i nieprzyjęcie jego emisariuszy mogło oznaczać jedno – wojna pukała już do polskich drzwi. Hitler dał czas Polakom do 30 sierpnia, ale już 28 nakazał przygotowanie armii do ataku 1 września, co oznaczało, że decyzja o całkowitym zniszczeniu Polski zapadła wcześniej.

Sytuację próbował ratować jeszcze brytyjski ambasador Neville Henderson, który spotkał się o północy 30 sierpnia z Joachimem von Ribbentropem w momencie kiedy mijał czas ultimatum dla Polski. Henderson zażądał od Niemca przedstawienia warunków pokojowych. Ribbentrop, zdenerwowany, wybełkotał szybko jak to możliwe warunki pokojowe, a następnie rzucił je Hendersonowi przed twarz mówiąc: „To już i tak nieaktualne”. Hitler wydał wówczas dyrektywę nr 1, która rozpoczynała Fall Weiss – inwazję na Polskę, która nie zdawała sobie sprawy z tajnej dyrektywy zawartej na pakcie Ribbentrop – Mołotow, która miała doprowadzić kraj do unicestwienia.

31 sierpnia o godzinie 16 ze swojego biura w Berlinie, Reinhard Heydrich prosi o telefon. Z hotelu Haus Oberschlesien oddzwania do niego Alfred Naujocks. „Grossmutter gestorben” – mówi Heydrich i rozłącza się z rozmówcą. Dla Naujocksa był to sygnał, że akcja prowokacyjna przeciwko Polakom właśnie się rozpoczęła, a on stoi na straży jej powodzenia. Warto dodać, że akcja dywersyjna nie miała miejsca tylko w gliwickiej radiostacji. Prowokacje miały miejsce również między innymi w Byczynie oraz Stodołach.

Do gmachu gliwickiej radiostacji znajdującej się około 10km od granicy z Polską wpuszczeni zostali napastnicy udający powstańców śląskich. Na osobisty rozkaz Himmlera, z radiostacji usunięto ochronę i zastąpiono ją dwoma policjantami. Napastnicy weszli tylnymi drzwiami i zastali pracowników radiostacji z pilnującym ich policjantem, słuchających reemisji wiadomości nadawanych z Wrocławia. Po przejęciu radiostacji okazało się ,że nie ma w niej mikrofonów oprócz tych burzowych, które ostrzegały mieszkańców okolicy o nadchodzących burzach. Mężczyzna, który wchodził w skład grupy Naujocksa odczytał kilkuminutowy komunikat po polsku, jednak do radiosłuchaczy dotarły tylko słowa: „Uwaga, tu Gliwice. Radiostacja znajduje się w polskich rękach…”. Niektóre źródła mówią o tym ,że komunikat usłyszeli tylko obecni w radiostacji prowokatorzy oraz… centrum nasłuchowe francuskiego wywiadu.

By uwiarygodnić przekaz potrzebne były trupy. Zamordowano wtedy między innymi Franciszka Honioka, polskiego Ślązaka, który jest uważany za pierwszą ofiarę II wojny światowej. Prawda o prowokacji gliwickiej wyszła na jaw dopiero na procesie zbrodniarzy hitlerowskich w Norymberdze, gdzie obecny był również Alfred Naujocks. Zeznawał wtedy: „”30 sierpnia 1939 roku otrzymałem od szefa SD Reinharda Heydricha rozkaz upozorowania ataku na radiostację pod Gliwicami, w pobliżu granicy polskiej. Miało to być wykonane tak, by wyglądało, że napastnikami są Polacy. Dla prasy zagranicznej i dla niemieckiej propagandy potrzebny był dowód rzeczowy polskiej napaści (…) Heinrich Müller powiedział mi, że ma do rozporządzenia 13 skazanych przestępców, których należy ubrać w polskie mundury, a ich trupy należy pozostawić na placu boju planowanych utarczek, aby pokazać, że zostali zabici w czasie ataku”.

W istocie więźniów obozu ubrano w polskie mundury a następnie podano śmiercionośne zastrzyki. Zadano im również rany postrzałowe by uwiarygodnić napaść. Zdjęcia tych ludzi pokazywane były w zagranicznej i niemieckiej prasie, by przedstawić Polaków jako oprawców.
„Dziś w nocy Polska po raz pierwszy na naszym terytorium kazała strzelać do nas swym regularnym żołnierzom. Od godziny 5.45 odpowiada się im strzałami, a od tej chwili na bombę odpowie się bombą” – mówił Führer. Hitler osiągnął swój cel. Skutecznie zapobiegł realizacji zobowiązań sojuszniczych Wielkiej Brytanii i Francji wobec Polski. Zwycięzcą tej akcji dywersyjnej był również Alfred Naujocks, który na dobre zadomowił się w szeregach SS-Sicherheitsdienst, a przyjmując sygnał od Reinharda Heydricha „Grossmutter gestorben” stał się, według wielu historyków człowiekiem, który rozpoczął II wojnę światową.

Kolejnym dużym wydarzeniem, w którym brał udział Alfred Naujocks był tak zwany „incydent w Venlo”, podczas którego SS-mani pojmali jednych z najlepszych brytyjskich oficerów MI6 – Richarda Henry’ego Stevensa oraz Sigismunda Payne’a Besta. Brytyjczycy pewni, że komunikują się z opozycją hitlerowską, podjęli negocjacje i zaufali między innymi Walterowi Schellenbergowi – szefowi wywiadu SS – Sicherheitsdienst oraz jego przyjacielowi profesrowoi Maxowi de Crinisowi. Obydwoje nie wzbudzali najmniejszych zastrzeżeń wśród Brytyjczyków, którzy zapłacili ogromną cenę za swoją naiwność.

Negocjacje z Brytyjczykami trwały w najlepsze, ale zostały przerwane przez decyzję samego Adolfa Hitlera, na którego 8 listopada, 1939 roku miał miejsce zamach w „Bürgerbräukeller”, w której co roku Führer przemawiał do starych członków partyjnych. Hitler powiązał negocjacje Schellenberga z zamachem i kazał je przerwać. Schellenberg nie krył rozczarowania. Miał on również swój powód, dla którego podjął negocjacje z Brytyjczykami. Chciał on zdemaskować swojego zaciekłego wroga, szefa Abwehry – Wilhelma Canarisa, będący przekonanym jego zdrady. Rozkaz przyszedł jednak z samej góry, a niesubordynacja mogła mieć dla niego nieprzyjemne konsekwencje.

SS-mani postanowili zastawić zasadzkę podczas jednej z kolejnych wizyt, do której tym razem miało dojść 9 listopada 1939 roku, w „Cafe Backus” w przygranicznej miejscowości Venlo. Do schwytania Brytyjczyków, z Düsseldorfu wyruszyła w stronę granicy grupa 12 uzbrojonych SS-manów, którym przewodził Alfred Naujocks. Podczas przejęcia Brytyjczyków doszło do wymiany ognia, w której Naujocks, według świadków miał zastrzelić Dirka Kloppa – oficera holenderskiej służby bezpieczeństwa, odpowiedzialnego za ochronę brytyjskich agentów (Według innej wersji, Klop postrzelił się sam w trakcie strzelaniny). Cała zasadzka zakończyła się wielkim sukcesem SS-manów, którzy wywlekli Brytyjczyków z samochodu i na wstecznym biegu, dojechali do bezpiecznej dla siebie niemieckiej granicy. Jeszcze tego samego dnia Stevens oraz Henry trafili do katowni Gestapo, na Prinz Albrechtstrasse w Berlinie, gdzie zdradzili wiele cennych informacji takich jak nazwiska brytyjskich agentów w Niemczech. Do dzisiaj nie są znane jednak akta oficerów wywiadu MI6, które wskazywałyby na posiadaną przez nich wiedzę o spisku generałów przeciwko Adolfowi Hitlerowi i jakiekolwiek informacje o tak zwanej „Schwarze Kapelle” – Czarnej Orkiestrze, której miał przewodniczyć Canaris –  którego tak bardzo chciał schwytać Schellenberg. W kancelarii III Rzeszy, Adolf Hitler osobiście podziękował SS-manom, biorącym udział w akcji, nagradzając ich Krzyżami Żelaznymi. Jednym z tych, którzy go otrzymali był oczywiście człowiek dowodzący całą akcją – Alfred Naujocks.  Obaj schwytani agenci brytyjscy trafili do obozów koncentracyjnych i zostali uwolnieni przez wojska amerykańskie dopiero w 1945 roku.

Urodzony w Kiel Naujocks był doskonałym fałszerzem i to właśnie on stał za pomysłem sparaliżowania brytyjskiej gospodarki, wprowadzając do jej obiegu niezliczoną ilość fałszywych banknotów o nominałach: 5,10,20 oraz 50 funtów. Operacja „Bernhard” – bo taki kryptonim miała akcja destabilizacyjna, jest przez historyków uważana za największe fałszerstwo w historii.  Cała akcja miała miejsce jednak już bez czynnego udziału Naujocksa, którego kariera zaczęła staczać się po równi pochyłej. Ciekawostką jest, że to ogromne fałszerstwo nie rozegrało się w bankach lub giełdzie, ale w… obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, gdzie więźniowie dokonali niesamowitych podróbek brytyjskich banknotów.

Kariera Naujocksa załamała się w 1941 roku, kiedy to został wyrzucony z Sicherheitsdienst za niesubordynacje i niepodporządkowanie się swoim szefom. Pojawiły się również zarzuty korupcji. Rozkaz wydał sam Reynhard Heydrich, a powodem była zbyt duża wiedza jaką gromadził przez lata Naujocks podczas wizyt w „Salonie Kitty” – ekskluzywnym domu uciech, gdzie za pomocą podsłuchów wyciągano od wysoko postawionych gości informacje.  Jedna wersja mówi również o tym, że Heydrich z Naujocksem pokłócili się o… kobietę. Nie ma jednak dokumentów, które mogłyby to poświadczyć.

Po zdegradowaniu przez Heydricha, Naujocks wysłany został na front wschodni razem z Waffen SS, jednak po pewnym czasie – z uwagi na stan jego zdrowia, wysłano go do Belgii jako zarządcę ekonomicznego, który mimo sporej utraty wpływów, zdołał przyczynić się do śmierci kilku ważnych członków belgijskiego podziemia. Pod koniec 1943 roku Naujocks przeniósł się do Danii, gdzie spędził dłuższy okres czasu. Był on tam członkiem „Petergruppen” – Grupy Petera – której nazwa pochodziła od  pomysłodawcy SS-Untersturmführera Otto Schwerdta pseudonim „Peter Schäfer”. Zadaniem grupy były akcje przeciwko organizowaniu dywersji i sabotażu na terenie Danii. Do najgłośniejszych akcji Grupy Petera należało bez wątpienia zabójstwo antyhitlerowskiego pisarza i pastora – Kaja Munka, którego zabito 4 stycznia 1944 roku. Ogólnie członkowie tej grupy, z Naujocksem na czele dokonali prawie 100 akcji wymierzonych w duńskie podziemie.

W 1944 roku Naujocks, prawdopodobnie zdający sobie sprawę ze zbliżającej się klęski III Rzeszy Adolfa Hitlera, postanowił poddać się Amerykanom, którzy uważali go za „prawdopodobnego” zbrodniarza wojennego. W międzyczasie oskarżano go o bycie członkiem organizacji ODESSA, która umożliwiała nazistowskim zbrodniarzom skuteczną ucieczkę przed ścigającymi ich aliantami oraz zapewniała im spokojne życie w krajach takich jak Argentyna. W procesie norymberskim stwierdził, że atak na radiostację w Gliwicach miał miejsce na rozkaz Heinricha Müllera – szefa Gestapo oraz Reynharda Heydricha, czym prawdopodobnie wykupił sobie życie. Po ucieczce z więzienia, zaczął pracować jako biznesmen. Naujocks po wojnie wydał również książkę pod tytułem: „Ten, który rozpoczął wojnę”, na czym również zarobił sporo pieniędzy. Data jego śmierci nie jest dokładnie znana. Niektóre źródła mówią o roku 1960, drugie o tym, że Naujocks odszedł 4 kwietnia 1966 roku w Hamburgu. Po tylu latach zastanawiające jest to, jakim cudem prawa ręka Reynharda Heydricha uniknęła sprawiedliwości?

Fot.: commons.wikimedia.org
Reklamy

Hipokryzja Zachodu

Podczas regularnych debat cienkoszyich intelektualistów z Parlamentu Europejskiego: które państwo, ilu uchodźców powinno przyjąć, zapominają oni o jednej bardzo ważnej kwestii. My już przyjęliśmy uchodźców. Z Ukrainy. I jest ich około miliona.

Szacuje się, że tylko w zeszłym roku Niemcy przyjęli ponad milion uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Rozlokowano ich po różnych miejscowościach, w których trzymani są w obozach koncentracyjnych (odpowiadam na oburzenie: obozy koncentrujące osoby w jednym miejscu to nie obozy zagłady), halach lub specjalnie wyznaczonych do tego placówkach, gdzie znakomita większość z nich robi to co Ferdynand Kiepski – czyli nic.

Z drugiej strony, za wschodnią granicą Polski mamy kolejny problem i wojnę na Ukrainie. Eskalacja konfliktu doprowadziła do tego, że wielu Ukraińców zdecydowało się na migrację w stronę polskiej granicy.  W ubiegłym roku wydano w Polsce około 800 tysięcy pozwoleń dla pracę dla obywateli Ukrainy. Szacuje się, że legalnie zatrudnionych jest ich w Polsce obecnie 650 tysięcy, natomiast w szarej strefie jest to liczba sięgająca możliwie nawet 270 tysięcy osób.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) dba o to, by Ukraińcom pomóc w możliwości znalezienia zatrudnienia w Polsce i optuje za liberalizacją przepisów, które będą dotyczyć imigrantów zza naszej wschodniej granicy.  Są to między innymi dokumenty zalegalizowania pobytu w Polsce i  szereg ułatwień w dążeniu do uzyskania obywatelstwa polskiego. Prezes ZPP – Cezary Kaźmierczak twierdzi, że w przeciągu 10 lat, Polska przyjmie nawet 5 milionów Ukraińców w swoje granice.

Bardzo krytycznie na ten temat wypowiada się ekonomista i były wiceminister finansów: Cezary Mech: „Ukraińcy obniżają wynagrodzenia pracownikom polskim i tak naprawdę też wymuszają emigrację polskiej młodzieży za granicę”.

ZPP twierdzi, że ich pomysły znajdują uznanie na poziomie wiceministerialnym. Wiceminister pracy, rodziny i polityki społecznej Bartosz Marczuk stwierdził, że program „Rodzina 500+ celowo jest kierowany również do imigrantów – w tym także do Ukraińców”.

Ostatnie sondaże pokazują, że 2/3 młodych Ukraińców zamierza wyjechać z kraju i podaje Polskę jako kraj docelowy. Prawdziwe „oblężenie” Ukraińców przeżywa Wrocław, gdzie pojawił się problem z wynajęciem mieszkań. Z danych Dolnośląskiego Wojewódzkiego Urzędu Pracy wynika, że tylko w pierwszym półroczu tego roku wpłynęło do nich 60 tysięcy oświadczeń o chęci powierzenia pracy cudzoziemcowi, w tym 99% przypadków dotyczyło Ukraińców. Prezydent Rafał Dutkiewicz już zaapelował, że w dwóch szkołach podstawowych wprowadzone zostaną lekcje języka ukraińskiego oraz zajęcia z kultury i historii Ukrainy.

Rosnąca liczba pracowników z Ukrainy na ziemiach polskich spowodowała, że OPZZ oraz Ukraińcy zainicjowali powołanie dla nich związku zawodowego, który miałby walczyć  o prawa ukraińskich pracowników w Polsce i przeciwdziałać nierównościom ich dotyczących. Siedziba ma mieć miejsce w Warszawie.

Oczywistym jest, że większość Ukraińców się zintegruje z Polakami, w tej kwestii niewiele różnią się oni od naszych rodaków, którzy wyjechali za chlebem do państw Europy Zachodniej. Czego należy się jednak obawiać to rosnący na Ukrainie banderowski nacjonalizm, który z chęcią zainstalowałby nam swoją V kolumnę w Polsce. W tej chwili ten problem nie istnieje, ale należy go mieć z tyłu głowy.

Hipokryzja zachodniej Europy polega na tym, że postrzega nas ona jako naród niechętny obcym, co mija się z prawdą. Przyjęcie prawie miliona Ukraińców stawia nas praktycznie na równi z Niemcami, którzy chcą się uchodźcami „podzielić” z innymi krajami. Na to nie zgadzają się ani Węgry, ani Słowacja jak i Czechy. Narracja niemieckich mediów jakoby nie wiązać zamachów terrorystycznych z exodusem bliskowschodnim też nie przekonuje Polaków.

 Prezydent Niemiec – Joachim Gauck powiedział swego czasu: „Polaków dotyczy to, co zauważyłem już u mieszkańców wschodnich Niemiec: potrzeba czasu, by nauczyć się żyć z obcymi i zamienić obcość w zażyłość”. Otóż Panie Gauck, my doskonale wiemy jak to jest żyć z obcymi. Na ich zasadach. Może zapomniał Pan ale kiedy Niemcy rosły w siłę za amerykańskie pieniądze z planu Marschala, my gniliśmy pod komunistyczną batutą przez 50 lat. My doskonale wiemy jak to jest żyć z obcymi, może dlatego, nauczeni historią, jesteśmy bardziej powściągliwi w tej kwestii.

Platformy pogrzeb własny

Zapowiadana od dawna dyskusja w Parlamencie Europejskim na temat „zamachu na demokrację”, który rzekomo miał i ma miejsce w Polsce zakończyła się totalną porażką Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej – króla Ryszarda Petru i jego samozwańczych rycerzy herbu KOD. Debata w PE wzmocniła pozycję Beaty Szydło, Jarosława Kaczyńskiego i całego ugrupowania Prawa i Sprawiedliwości.

Zamieszanie wokół Trybunału Konstytucyjnego, ustawa medialna – to tematy, które zaniepokoiły świeżą opozycję czyli Platformę Obywatelską i Nowoczesną. Sam fakt może i nie był dla nich zaskakujący, ale tempo i rozmach z jakim Prawo i Sprawiedliwość zaczęła „porządki” po poprzedniej ekipie, spowodował spazmy wśród posłów wyżej wymienionej opozycji. Ci, znajdujący się w nowej sytuacji zaczęli tracić grunt pod nogami. Ponieważ samemu głupio protestować o odbicie władzy, powołali więc sobie Komitet Obrony Demokracji (mający być oddolnym ruchem społecznym zaniepokojonym wydarzeniami w Polsce) z niejakim Mateuszem Kijowskim na czele, który stał się tak zażartym obrońcą wartości demokratycznych, że zapomniał biedak płacić alimenty na dzieci, tak się wkręcił! Do niemieckiej prasy zaczął latać Tomasz Lis, narzekając i cicho popłakując, jak to w sieci użytkownicy Twittera nie dają mu żyć i go przezywają oraz jak ten średniowieczny PiS zawłaszcza sobie kolejne atrybuty władzy!
Koniec końców, sprawa trafiła na pierwsze strony gazet w wielu europejskich państwach, co nie umknęło uwadze tęgich głów z PE. I tak oto pojawiły się wypowiedzi między innymi przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Martina Schulza, który stwierdził, że w Polsce dochodzi do „zamachu stanu” i zapowiedział dyskusję na ten temat na posiedzeniu PE. Swoje grosze dołożyli: Donald Tusk i Elżbieta Bieńkowska, którzy smutnymi frazesami tylko potwierdzili w czyim imieniu działają.

I tak dochodzimy do momentu, kiedy w Strasburgu doszło do debaty na temat polskiego „zamachu stanu”.  Wydawać by się mogło, że w PiS będą bili wszyscy zwolennicy „postępowej Europy”.  Jakież zdziwienie musiało towarzyszyć obserwatorom z KOD-u (sami nie wiedzą dzięki komu dostali wejściówki do PE), gdy europosłowie innych państw okazywali wsparcie rządowi Beaty Szydło.
Zrobił to między innymi francuski Front Narodowy Marine Le Pen. Wyrazili oni aprobatę dla działań rządu Szydło i wspomnieli, że Polska przechowuje chrześcijańskie wartości, co z pewnością wywołało odruch wymiotny u części lewicy. Czeski europoseł Petr Mach wystąpił  w PE z plakietką „Jestem Polakiem”, co spotkało się z dużym poklaskiem i życzliwymi komentarzami. Po wystąpieniu profesora Ryszarda Legutko, KODowcy mogli się w zasadzie spakować i wrócić do domu jak zrobili to prawdopodobnie europosłowie Platformy (jeszcze nie potwierdzone). Legutko w spokojny, merytoryczny sposób obnażył wszystkie braki i niedociągnięcia tej debaty, która nie tylko w jego odczuciu, nie powinna się w ogóle odbyć.
Swoje dołożył Janusz Korwin-Mikke, który nie omieszkał wspomnieć, że „gardzi demokracją” i „większość z obecnych europosłów jest demokratami, a PiS został wybrany w demokratycznych wyborach”, co niejako powinno zamknąć dyskusję.

Jedynym orężem przeciwko zmianom w Polsce był Guy Verhofstadt, belgijski liberał, który domagał się wyjaśnień od Szydło na temat paraliżu Trybunału Konstytucyjnego. Robił to tak zaciekle, że Martin Schulz musiał upomnieć krewkiego Belga: „Będzie Pan musiał z tym żyć”. Po tym Belg pokazał zaciśniętą pięść, co nie uszło uwadze wielu dziennikarzy.
Platforma w debacie nie istniała. Nieprzygotowane, nieprecyzyjne, ospałe i czytane analizy w ogóle nie trafiały do europosłów z innych państw. Eurodeputowani z PO mieli pogrzebać PiS, a okazało się, że pogrzebali samych siebie. Grzegorz Schetyna piszący po debacie o tym ,że „PO broni demokracji i pozycji Polski w Europie” to znak, że nie ma pomysłu na odbicie władzy PiSowi. Łabędzi śpiew człowiek przegranego. I to po raz 3 w przeciągu 12 miesięcy (Wybory prezydenckie, parlamentarne i debata w KE). Platforma zrobiła to w czym jest najlepsza, czyli nie zrobiła nic by tę debatę wygrać.
I tylko Verhofstadt nie dał za wygraną. Razem z nie byle kim bo Ryszardem Petru ma zamiar przedłożyć do PE rezolucję dotyczącą zmian w polskim Trybunale Konstytucyjnym.  Widząc to światełko w tuneli obudzili się europosłowie Platformy i PSL, którzy stawiają ultimatum prezydentowi Andrzejowi Dudzie – jeżeli nie odbędzie się ślubowanie 3 sędziów Trybunału Konstytucyjnego, poprą rezolucję. Jak widać batalia o Polskę nabiera tempa, chociaż wydawać by się mogło, że wszystko zostało już powiedziane i dalsza dyskusja na ten temat nie ma sensu. Komisja Europejska oczekuje dalszych wyjaśnień, szczególnie jeżeli chodzi o ten nieszczęsny Trybunał Konstytucyjny, ale także ustawę medialną, co jest kolejnym powodem, że ta dyskusja bez sensu na pewno się przedłuży. PiS wygrał demokratyczne wybory, jest to wybór Polaków, jakikolwiek by nie był – trzeba to uszanować. I Parlament Europejski też musi się do tego dostosować. Na oceny przyjdzie czas mniej więcej za dwa lata.

P.

Przerzuty

W listopadzie 2014 roku napisałem tekst pod tytułem: „Rak Europy”. Miało to miejsce parę miesięcy przed ogromnym exodusem ludzi z Bliskiego Wschodu oraz Afryki w kierunku Europy Zachodniej. Dzisiaj to co się dzieje w Europie, coś co wtedy nazwałem rakiem Europy, można nazwać przerzutami tego raka i efektami polityki migracyjnej jaką serwuje nam Frau Merkel.
Wydarzeń z Kolonii nie sposób nie komentować. Poszkodowanych przez grupy imigrantów na tą chwilę jest już ponad 500 kobiet, które zgłosiły się na policję. I czekano tylko na reakcję lewicowych autorytetów, a ta, jak nigdy – nie nadchodziła. W momencie kiedy jednak się pojawiła, szczęka opadła mi do samej ziemi.

Pani redaktor Kinga Dunin z Krytyki Politycznej w dość luźny sposób podeszła do tematu i napisała felieton, z którego można się dowiedzieć wielu ciekawych informacji, między innymi tego, że „W Niemczech jest milion nowych uchodźców, z tego, powiedzmy, połowa to kobiety i dzieci, czyli pół miliona to mężczyźni”, co jest totalną bzdurą i przynajmniej mijaniem się z prawdą. Otóż z danych biura UNHCR wynika, że mężczyźni stanowią 75% całej grupy migracyjnej. Kobiety – 12%, dzieci 13%.  Jak widać błędy w rachunkach się zdarzają. Nawet na nieomylnej lewicy!
Dosyć popularne jest wyśmiewanie się oraz wypisywanie sarkastycznych komentarzy na temat religii (koniecznie religia katolicka), więc w myśl trendu pani redaktor Dunin pisze dalej: „Oczywiście Polacy to bogobojni katolicy, więc wszyscy, co do jednego, modliliby się nawet w czasie Sylwestra. Zbieraliby się, aby wspólnie odmówić różaniec. Z pewnością nie wybraliby się większą grupą na miasto, nie napili i nie narozrabiali. Żaden z nich”. Sarkazm i ironia aż kipi. Koń by się uśmiał. A teraz spróbuj czytelniku napisać coś niedobrego o ciemnoskórych, muzułmanach, opowiedz dowcip o homoseksualistach. W minutę zostaniesz: faszystą, średniowiecznym radykałem o małym, ptasim móżdżku.
Nie brakło również bezradnego rozłożenia rąk: „Niestety, panowie, tam, gdzie jest dużo wyrwanych z naturalnego środowiska, sfrustrowanych mężczyzn, takie rzeczy mogą się zdarzyć”. Ciekawe.  Nie słyszałem do tej pory o bezrobotnych Polakach na Wyspach Brytyjskich, grupowo i masowo gwałcących Brytyjki.  Przecież taki Polak jest pozbawiony również swojego środowiska naturalnego: polskiej wódki, fajki, języka polskiego z naciskiem na wulgaryzmy, golonki, sąsiada podpinającego się pod jego kablówkę oraz żony w brudnym fartuchu, zmywającej naczynia, czyż nie? A może polscy mężczyźni mają po prostu mózgi?
Sam finał to oczywiście wisienka na lewicowym torcie: „…etyka, np. świecka, ale też chrześcijańska, a nawet jej katolicka odmiana, mówi nam, że wszyscy jesteśmy ludźmi, że bliźniego należy kochać, nawet jeśli nie kochamy jego uczynków, że potrzebującym trzeba pomagać”. Kochajmy się więc wszyscy!
Komentarz pani Magdaleny Środy to osobne wydarzenie. Koniecznie do przebadania przez socjologów i psychiatrów. Etyczka uznała, że problem gwałtów, które miały miejsce w Kolonii leży… w różnicach kulturowych i przekonuje, że „… źródłem problemu jest nierówne traktowanie kobiet i mężczyzn w ogóle”.
Dostało się również polskim kibicom: „Dla tej sytuacji w Niemczech nie ma żadnych usprawiedliwień. Trzeba jednak zastanowić się, jak zachowują się np. nasi kibole. Przecież to też potężne zagrożenie dla porządku publicznego”.  Pasuje jak pięść do oka.

Za naszą zachodnią granicą furorę zrobiła wypowiedź burmistrz Kolonii, pani Henriette Reker, która sugeruje, że winne całemu zajściu są… kobiety. Oburzająca wypowiedź miała miejsce na specjalnie zwołanej konferencji prasowej. Sugerowała ona, że kobiety powinny dostosować się do imigrantów (!?), że  zostaną opublikowane (także w internecie) wytyczne: jak uniknąć gwałtu oraz jak nie zostać narażonym na atak ze strony imigrantów. Ta wypowiedź byłaby naprawdę zabawna, gdyby nie była prawdziwa.  W internecie na panią burmistrz posypały się gromy. Zasugerowano, że pani Reker broni sprawców a nie ofiary. Po lewej stronie nie brakło oczywiście informacji o tym, że atak w Kolonii to pożywka dla rasistowskiej prawicy.

Co się dzieje w Niemczech? Na ulicach niemieckich dochodzi do demonstracji antyrządowych, gdzie ludzi policja traktuje armatkami wodnymi. Dostało się również polskim kibicom (kibolom, przepraszam!) którzy nieśli na owej demonstracji transparent z napisem: „Chrońcie swoje kobiety, nie naszą demokrację”, nawiązując do informacji o tym, że polska demokracja zostanie „sprawdzona”, czy przypadkiem nie łamie się u nas standardów demokratycznych. Polecam władzom niemieckim zastanowienie się nad swoją demokracją, bo nastroje wśród społeczeństwa nie są najlepsze. Sam fakt,że informacja o napaści w Kolonii została podana parę dni po wydarzeniach jest zastanawiająca, czy ktoś nie chciał przypadkiem wyciszyć sprawy. Dziewczyna poszkodowana w Kolonii, tłumacząc w telewizji co miało miejsce, została oskarżona o rasizm. W internecie pojawiła się cenzura na portalach społecznościowych: Twitter i Facebook, w myśl której ludzie będą ścigani przez organy władzy za „mowę nienawiści”. Coraz więcej pojawia się głosów szarych obywateli, że nie należy przyjmować w niekontrolowany sposób ludzi, którzy okazują się w wielu przypadkach barbarzyńcami rodem z filmów o Conanie, przy jednoczesnym zapewnieniu, że jeżeli ktoś przyjeżdża (z obojętnie jakiego powodu: wojna, polepszenie jakości życia) i wykazuje chęć integracji i podjęcia pracy, drzwi stoją przed nim otworem. Niemcy powoli zdają sobie sprawę, że coś co miało uratować ich starzejące się społeczeństwo, jest puszką Pandory.  Ośrodki dla uchodźców stały się celem regularnych podpaleń. Na ulicy dochodzi do pobić. Policja bezradnie rozkłada ręce i mówi, że nad niektórymi dzielnicami w miastach takich jak: Berlin, Gelsenkirchen czy Duisburg nie panuje, a strach sieją tam kryminaliści wiadomego pochodzenia. Niemcy stają się powoli drugą Szwecją, która w odmętach poprawności politycznej gubi swoją tożsamość. Na Europę pada blady strach, wizja romantycznej wycieczki do Paryża zamienia się w szereg pytań o bezpieczeństwo, przez Bałkany masowo ludzie wędrują w stronę Niemiec, masowy exodus przecież jeszcze się nie skończył, w Austrii  z kolei rząd prosi kobiety, by nie wychodziły same z domu. Tych ludzi będzie coraz więcej. Będzie coraz więcej gwałtów, kryminalnych występków i z drugiej strony podpaleń ośrodków i pobić imigrantów. To wszystko przypomina ogromny wir, który może doprowadzić Niemcy do wojny domowej, spowodowanej przez nich samych.  Coraz więcej słychać głosów oburzenia na migracyjny problem, który może zatopić Angelę Merkel. Wraz z nią na dno może pójść ulubiona przez lewicę polityka równości, czyli coś czym Unia Europejska karmi nas od wielu lat,  na co zgadzał się ochoczo cały czas rząd Platformy Obywatelskiej.

Jeżeli ta wędrówka ludów będzie trwała dalej, tym większe prawdopodobieństwo, że Niemcy, a za nimi cała Europa pogrąży się w chaosie. W kulminacyjnym momencie do wyboru zostaną prawdopodobnie dwie drogi: radykalnie prawicowa z powrotem do kontroli granic, eksponowanie tożsamości narodowej oraz poszanowanie własnej historii i cywilizacyjnych korzeni, oraz radykalnie lewicowa, czyli: wymieszanie się społeczeństw, cywilizacji europejskiej z bliskowschodnią, brak zgody na krytykę czegokolwiek oraz powszechne dążenie do równości. Same problemy!
Cóż, pozostaje nam wierzyć w to, że pani Dunin ma rację i zostaje nam tylko kochać i być kochanym.

P.

 

 

Dmuchanie na zimne

Ponieważ w ostatnim czasie, po każdym wejściu na FB, zostaje zalany lewacko-hipsterskim lamentem o tym, jak to w koło sami rasiści i ksenofoby, zero tolerancji dla drugiego człowieka, ale jak tak można? Ale jak tak można?
Postanowiłem rownież podzielić sie z Wami dlaczego nie zgadzam się na to by salaficcy bracia żyli na moim osiedlu.
Zdjęcie małego martwego chłopca, którego smierć okazała sie portretem problemu stała sie smutną propagandą, mająca na celu zmiękczenie naszych serc na problem imigrantów. Dlaczego smutną? Bo wykorzystującą smierć dziecka, stąd uważam, ze jest to najobrzydliwsza z możliwych propagand, słanych nam przez media, które w 80% należą do Niemiec. A winę za smierć malucha nie ponosi, jak to zawyrokowały tabloidy – Europa, tylko tatuś chłopca, który chciał naprawić sobie za europejskie pieniądze ząbki.
Dlaczego w ogóle postanowiłem sie odezwać ? Sprowokował mnie Martin Schulz, który stwierdził, że skoro Polaki nie chcą po dobroci, narzucimy siłą. Otóż Szanowny Panie, swoją siłą to może Pan w domu kluski ugniatać, a nie nam-Polsce, która nie chce tego typu osób i żadną siłą nas do tego nie zmusicie, narzucać czegoś wbrew naszej woli. Następny pomysłowy dobrodziej-Pan Juncker zagaił czy Polacy nie zapomnieli o tym, ze 20 mln potomków Polaków mieszka za granica w wyniku emigracji, przesiedleń, wysiedleń? Otóż nie Panie Juncker, doskonale pamiętamy. Pamiętamy rownież jak to nasi sąsiedzi postanowili, ze Polska zniknie z mapy Europy, jak to w imię europejskiej solidarności oddano Polskę pod wodze Stalina w Jałcie oraz to, ze plan Marshalla trafił do Niemiec, gdy upodlona Polska gniła w biedzie pod sowiecka batutą przez prawie 50 lat. Gdy napadano nas, polscy mężczyźni, skazywani na pożarcie, szli walczyć o wolność, zostawiajac żony i dzieci. Dzisiaj tacy sami mezczyzni zostawiają takie same kobiety i dzieci pod obstrzałem, bo podróż podobno jest zbyt niebezpieczna. 75% tych ludzi to mężczyźni w wieku poborowym, którzy w lwiej części maja ochotę żyć u cioci Angie na socjalu. Żyje obok takich ludzi 3 rok i mam moralne prawo ich oceniać. Mam ochotę rownież wrócić do Polski, wiec mam też prawo mieć obawy przed ich najazdem na Polskę. Bo to jest najazd na Europę. Zdaje się, że jesteśmy w Unii Europejskiej a nie Unii Bliskiego Wschodu. Dobra wiadomość jest taka, ze Ci ludzie nie maja ochoty mieszkać w Polsce, bo jesteśmy biedni, co jest jasnym sygnałem, ze większości z nich zależy na pieniądzach europejskiego podatnika. Ostatnio bodajże Łukasz Warzecha próbował porozmawiać z pierwszymi Syryjczykami na polskiej ziemi. Okazało sie, ze został… jeden. Kiedy pisałem, ze nie damy rady pomóc wszystkim, zostałem zrugany i nazwany „człowiekiem o lodowym sercu”, dzisiaj kiedy Kanzlerin Merkel mówi,ze sie myliła-te osoby siedzą cicho. Z drugiej strony chciałbym zeby przyjechali tylko po to by lewicowe autorytety jak Szczuka („Jeżeli sie okaże, ze wsród nich sa terroryści to wtedy sie będziemy martwić”) i Basia Nowacka oraz oderwana od rzeczywistości Joasia Mucha po wysadzeniu np naszej cudownej drugiej linii metra w Warszawie lub wielkiej drace w muzułmańskiej dzielnicy mogły stanąć przed nami i powiedzieć: „Myliliśmy sie”, tak jak Angie, która nie panuje już nad sytuacja, czego dowodem są wzmożone kontrole na granicach. Musimy odróżnić rasizm i ksenofobię od zwykłego zapobiegania problemowi. Nie mam nic przeciwko wysyłaniu jedzenia, pieluch (Ale bez logo Czerwonego Krzyża, inaczej znajdzie sie w śmietniku) i innych rzeczy, lub osobistym przyjmowaniu imigrantów, droga wolna, każdy moze przyjąć rodzinkę sześciu chłopa i kobiety, mamy podobno wolny kraj. Nie jestem zwolennikiem narzucania siłą czegoś wbrew woli obywateli. Skoro nasz rząd przerosło sprowadzenie setki Polaków z ogarniętego wojną Donbasu, nie podejmujemy w ogóle tematu pomocy Polakom z Kazachstanu, których armia Andersa nie zdołała zabrać ze sobą, a deklaruje on przyjęcie już nie dwoch tysięcy a dziesięciu tysięcy ludzi (Z biegiem lat w wyniku łączenia rodzin to będzie sześć razy więcej ludzi) na darmową strawę, trzeba powiedzieć jasno, że ci ludzie poupadali na głowy. Jeżeli dla Was ten wpis jest objawem rasizmu i ksenofobii to oznacza, że mylimy pewne pojęcia. Tu potrzeba społecznego dialogu i zarówno teksty takie jak: przyjmować wszystkich oraz biegunowo odległe: odpalamy oświęcimskie piece są niewskazane. Osobiście wole dmuchać na zimne niż płakać nad rozlanym mlekiem.

P.

Więźniowie emocjonalnego szantażu

W  ostatnich dniach cały świat obiegło zdjęcie malutkiego, martwego chłopca, którego fale wyrzuciły na plaży w tureckim Bodrum. Reakcja mediów była jednoznaczna: „Wstyd”, „Europo obudź się”. Polskie fora internetowe, portale społecznościowe, dzienniki i ich wydania internetowe wydały jasny,  jednoznaczny przekaz – Nie możemy przejść obojętnie obok tragedii uchodźców.  Moje pytanie jednak brzmi: Czy jesteśmy na to gotowi ? I dlaczego nie jesteśmy ?

Śmierć dziecka zawsze działa na nas jak cios w twarz.  Bodziec, od którego otwierają się nam oczy, adrenalina pulsuje w żyłach.  Zdjęcie małego ciałka, którego raz po raz przykrywają fale,  jest silnym impulsem, który uderza nie tylko w nasze głowy, ale także, a może i przede wszystkim – sumienia. Kolejny raz nie uszło to uwadze mediów, które wykorzystując podatność „szarego Kowalskiego” na brutalność i dosłowność zdjęcia, jednogłośnie orzekły, że „Europa powinna otworzyć oczy”.  Donald Tusk potępił wszystkich, którzy nie chcą przyjmowac imigrantów do Unii Europejskiej:

– Jakichkolwiek wyzwań nie niosłaby za sobą migracja, nie ma żadnego usprawiedliwienia dla wrogich, rasistowskich i ksenofobicznych reakcji na imigrantów .

To jasny przekaz. Jesteś przeciwko ? Musisz być rasistą lub ksenofobem. Polityczna poprawność Tuska, ulubieńca niemieckiej kanclerz – Angeli Merkel, pokazuje wyraźnie pod jakie dyktando gra były premier Polski.  Jako dodatek przypomnę, że 80% mediów w Polsce jest w posiadaniu Niemców. Tak tylko napisałem.

By dalej rozmawiać o problemie, przede wszystkim musimy odróżnić uchodźcę od imigranta. Jest to dosyć istotne by  nie było później nieporozumień związanych  z nomenklanturą. Otóż uchodźca to osoba, która ucieka ze swojego kraju z powodu panującej w tym kraju wojny lub prześladowań. Tak więc osoby uciekające z Syrii były uchodźcami w momencie kiedy znalazły sie w bezpiecznym miejscu, na terenie Grecji lub Francji, gdzie ich życiu nie zagrażało żadne niebezpieczeństwo. Ich dalsza wędrówka po Europie nie była więc ucieczką podyktowaną względami bezpieczeństwa – stała się ona migracją. Uchodźcę i imigranta różni jeszcze jedna ważna rzecz  – chęc powrotu. Dopóki jednak na granicy syryjsko-tureckiej nie będzie spokojnie, dopóty Europa będzie miała ogromny problem z imigrantami z tego regionu. Kłopot polega na tym, że Turcy mają swoje interesy w tym, by wojna w Syrii dalej trwała. Wspierajac dżihadystów oraz blokując wsparcie militarne dla Kurdów, którzy mogliby powstrzymać to szaleństwo i umożliwić Syryjczykom wrócić do domu, Turcja chce dokonać na tych ziemiach czystki etnicznej, a ludność wyekspediować do Europy. Tym sposobem liczba imigrantów, którzy w tym roku przybędą do Europy sięgnie miliona. To oczywiście dane, które zostały zarejestrowane. Ile osób znalazło się w Europie nielegalnie nie sposób zliczyć. Następny rok według prognoz ma być jeszcze gorszy.  O incydentach z udziałem imigrantów z bliskiego wschodu i ich występkach pisałem w ubiegłym roku tutaj: Diagnoza: Rak Europy

Zastanawiacie się Państwo zapewne: Dlaczego syryjscy uchodźcy/imigranci wybierają drogę ponad 3,5 tysiąca kilometrów w stronę Europy, zamiast skierować się m.in do bogatych krajów Zatoki Perskiej takich jak Arabia Saudyjska ? Odpowiedź znalazłem w wypowiedzi Pana Sławomira Ozdyka, eksperta do spraw bezpieczeństwa:

„Taka Arabia Saudyjska to jest prawie faszystowski kraj. Tam oni nic nie dają dla przybyszy, a jeszcze są bardzo rygorystyczni. Uchodźca – Arab i muzułmanin byłby gorzej traktowany niż w Europie i o tym oni wiedzą. Tutaj w Berlinie jest główne skupisko salafitów – najbardziej rygorystycznego odłamu sunnickiego islamu, który chciałby cofnąć czas do VII wieku”.

Jednym z głównych tematów są oczywiście pieniądze, jakie mieliby płacić podatnicy na imigrantów. Od liczb można dostać zawrotu głowy. Przy założeniu, że liczba imigrantów w tym roku sięgnie miliona – koszt tylko nowoprzybyłych zamknie się w okolicy 4,5 miliarda euro. Weźmy pod uwagę również liczne akcje humanitarne jak „Operacja Tryton”, zajmująca sie ochroną południowej morskiej granicy. Ta pochłania „tylko” 120 milionów euro. Szok. Jeżeli chodzi o Polskę, kwota przeznaczona na jednego uchodźcę miałaby sięgnąć ok. 1400 zł. Dokładnie tyle, ile wielu ludzi zarabia przepracowując pełen etat. Łatwo policzyć, że 1000 uchodźców w ciągu roku, wygeneruje koszty około 14/15 milionów złotych. Do tego dostaną socjalne mieszkania (W Gdyni już są szykowane) oraz pełną opiekę lekarską. Czy mając na uwadze, że wielu Polaków żyje jako „pokolenie 1500” (Jest to kwota jaką zarabiają), tak ochocze rozdawanie pieniędzy uchodźcom jest na miejscu ?  Warto dodać, że nie będą  to głównie kobiety i dzieci, ale w dużej mierze tłum zdrowych mężczyzn z roszczeniową postawą. Kilka dni temu wszedłem w dyskusję na Twitterze z Konradem Niklewiczem,  który w swoim CV ma między innimi bycie rzecznikiem prasowym polskiej prezydentury w Radzie Europejskiej oraz prace w takich instytucjach jak: Centrum Informacyjne Rządu oraz Kancelaria Premiera Rady Ministrów. Wykorzystał on to samo zdjęce, co wiele mediów. Przekaz był jasny: Nie możemy być obojętni.  Zapytałem wprost czego oczekuje. „Publicznej debaty, chwili zastanowienia nad losem uchodźców”. Gdy jednak zasugerowałem, że publiczna debata mogłaby obnażyć niechęć Polaków do przyjmowania uchodźców, zostałem nazwany „człowiekiem o lodowym sercu”, który „na swojej ścieżce myślenia jest samotny”. Ja wiem, że samotny w tej kwestii nie jestem. Wystarczy spojrzeć na komentarze w internecie pod tym tematem, by dostrzec, że nastroje w tej kwestii są przeważnie negatywne. Okazywanie miłosiedzia innym jest wielką rzeczą, nas jednak w tej chwili na nie po prostu nie stać. I to jest niepodważalny fakt.

Palący się grunt pod nogami Angeli Merkel nie wywołuje u niej żadnych negatywnych emocji.  Liczne zamieszki na terenie Niemiec nie wzruszają pani kanclerz, wręcz przeciwnie, kontynuuje swoją politykę poprawności. Nawołuje ona do wspólnej polityki imigracyjnej, co za tym idzie – Polska, która pierwotnie miała przyjąć 2 tysiące uchodźców, może ich przyjąć zgodnie z nowymi zasadami około sto tysięcy. A to początek. Liczba imigrantów będzie stale się zwiększać, a wtedy nastąpi katastrofa – kompletna destabilizacja Europy.

Nie wszystkim jednak ta polityka się podoba. Głównym jej przeciwnikiem jest Victor Orban – premier Węgier. Niespotykana już dziś u polityków charyzma Orbana, jego reformy i stricte patriotyczne podejście spowodowały, że Polska może z podziwem patrzeć Węgry, które – jeżeli się nic nie zmieni, mogą stać się ostatnim symbolem chrześcijańskiej Europy w obliczu nadchodzącej katastrofy. Słowacja z kolei mimo narzucanych im kwot uchodźczych przyjmie tylko 100 imigrantów, pod warunkiem, że będą chrześcijanami. Ich premier – Robert Fico powiedział wprost, że polityka Unii Europejskiej poniosła klęskę i nie można udawać, że możemy przyjmować imigrantów z otwartymi ramionami. Wobec nasilających się problemów, Szwajcaria zastanawia się nad wyjściem ze strefy Schengen, a Brytyjczycy w 2017 będa głosowali za tym czy chcą dalej być członkiem Unii Europejskiej. Do tego mamy również Australię, gdzie po przeprowadzeniu reform i stwierdzeniu, że prawo szariatu nie będzie przestrzegane na terenie Australii, od 7 miesięcy nie przyjęto żadnego imigranta.

Europę czeka burzliwy przyszły rok. Być może najtrudniejszy w historii. W tej chwili mamy polaryzację nastrojów: Skrajnie prawicowe ugrupowania, które w sondażach górują m.in we Francji, Danii i Szwecji nieprzychylne imigrantom z Bliskiego Wschodu oraz polityka multi-kulti, która coraz bardziej traci na popularności. Na Bliskim Wschodzie mamy nie dające o sobie zapomnieć Państwo Islamskie, syryjskie piekło wojny domowej oraz w samym sercu Europy NAS – więźniów emocjonalnych szantaży, serwowanych przez media.

Musimy zacząć postrzegać sprawy szerzej. Nie jesteśmy zachodnim supermocarstwem, które stać na utrzymywanie imigrantów. Nawet nie jestem w stanie podać długu publicznego, ponieważ z każdą minutą kwota jest coraz większa. Pół miliona polskich maluchów nie dojada. 10% ludzi poniżej 18 roku życia żyje na granicy minimum egzystencji. Kilkaset tysięcy ludzi zza zachodniej granicy chce wrócić do swoich bliskich. Zza wschodniej Polacy chcą uciec od ogarniętej wojną Ukrainy. Może warto zastanowić się nad problemami własnego kraju i własnych obywateli, zanim zaczniemy ślepo spełniać wszystkie rozkazy z Berlina i przyjmować już nie grupkę kilkunastu uciekinierów z terenów ogarniętych wojną,  ale  grupę ludzi, która często siłą  domaga się swoich praw.

P.

Chwała Bohaterom

71 lat temu, 1 sierpnia 1944 na rozkaz Tadeusza „Bora” Komorowskiego miało miejsce największe zbrojne wystąpieniem podziemia przeciwko nazistowskiej III Rzeszy w okupowanej przez nich Europie. Militarnie przeciwko III Rzeszy, politycznie przeciwko ZSRR.

Powstanie, w założeniu mające trwać parę dni, zakończone zostało 2 października 1944 r. Określane jest często „63 dniami chwały”. Na wieść o jego wybuchu , Hitler wydał rozkaz Himmlerowi:

„Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy”

W Powstaniu Warszawskim zginęło od 150 do 200 tysięcy ludności cywilnej, 16 tysięcy powstańców (10 tysięcy zginęło, 6 tysięcy zaginęło, uznano ich za zabitych). Warszawę zamieniono w pył, stracono niesamowicie cenny dorobek kulturowy.

W dzisiejszych czasach, gdzie prawdziwym problemem ludzi jest ich dochód, zazdrość wobec drugiego człowieka i szalona gonitwa za czymś nieuchwytnym, dzisiaj – 1 sierpnia, a także za rok, za dwa lata i zawsze – o godzinie  17.00,  godzinie „W”, możemy stanąć na chwilę ,pomyśleć, zadumać się, że ktoś, kiedyś oddał życie za to by Polska była wolna.  Cześć i chwała Bohaterom.

P.

Taki mamy klimat

Sytuacja sprzed paru dni pokazuje nam, że nie trzeba znajdować się na Haiti , w Japonii czy Nepalu by przeżyć prawdziwe trzęsienie ziemi . Polityczny klimat Polski znalazł się pod wpływem rozległego niżu służb (nie wiemy niestety skąd nadciągnął), a wstrząsy sejsmiczne przy ul. Wiejskiej połączone z silnym wiatrem spowodowały wywianie niektórych polityków. Niestety prawdopodobne jest, że nie na długo. Tacy cyniczni ludzie zawsze znajdą sobie ciepłe miejsce w cieniu, przeczekując, by po kilku latach, kiedy ludzie zapomną, bo ludzie z reguły zapominają – uderzyć ponownie w politykę.

Ujawnienie 13 tomów akt z afery podsłuchowej przez Zbigniewa Stonogę spowodowało lawinę dymisji  w rządzie Ewy Kopacz. Głową zapłacili m.in. minister zdrowia – Bartosz Arłukowicz, minister skarbu – Włodzimierz Karpiński, ale także szef doradców politycznych premier Ewy Kopacz – Jan Rostowski i tak bardzo wyśmiewany w internecie – marszałek sejmu – Radosław Sikorski, który podobno opierał się najbardziej. Dziw nie bierze. Ktoś z aspiracjami na sekretarza generalnego NATO, w tej chwili musi zadowolić się  jako 1 w Bydgoszczy na listach do parlamentu, a i to nie jest jeszcze pewne. Rozczarowanie. Upadek.

Mnie jako szarego obserwatora martwi coś innego. Dlaczego rok po wybuchu afery, dowiadujemy się o szczegółach od biznesmena, który swoją sławę zbudował na inwektywach skierowanych w policję i rząd ? Co robiła prokuratura przez okrągłe 12 miesięcy  ?  Nie chcę oceniać Stonogi, uważam, że dobrze się stało, że akta ujrzały światło dzienne. By Polacy mogli „poczuć” jak to jest żreć obiad za 1300 zł w restauracji. Jak to jest „usuwać” kogoś ze stanowiska i jak bardzo mamy niską samoocenę jako Polacy –„Murzyńskość” – to już Radosław Sikorski. Pani poseł Bieńkowska z kolei uraczyła nas określeniem „idioci”. Bo przecież tylko „idioci” pracują za mniej niż 6 tysięcy złotych. Pieprzu dodaje obsceniczny język, w jakim te wszystkie rozmowy są prowadzone. Czasami można odnieść wrażenie, że rozmowa jest prowadzona w knajpie o średniej renomie w Sanoku (przy całym szacunku), niż w VIP roomie, jednej z droższych restauracji.

To przykre, że ludzie, którzy reprezentują obywateli zachowują się jak stado troglodytów. A chyba najsmutniejsze dla nas, ludzi, jest to, że gdyby nie Stonoga nigdy byśmy się o tym nie dowiedzieli, politycy nie zgłosiliby swoich dymisji i cała degrengolada trwałaby w najlepsze. Sprawa ciągnęłaby się latami, a koniec końców zostałaby umorzona przez prokuraturę, która pracując w tak opieszały sposób, przy tak ważnej sprawie – po prostu pluje Polakom w twarz. Nastąpiły jednak wstrząsy wtórne, które wywróciły scenę polityczną. Ileż to już było tego typu afer w Polsce. Gdy  taśmy wyciekły, afera nabierała rozpędu, ówczesny premier – Donald Tusk „nie lekceważył problemu” i miał odnieść się do niego po kilku dniach. Są jednak rzeczy ważne i ważniejsze. Posada w Brukseli czekała, trzeba było się wyprowadzić, a przecież wiemy jak to z przeprowadzkami jest. Dużo kurzu, przenoszenia, kto by chciał jeszcze sobie dodatkowo ręce brudzić. I tak sprawa sobie leżała. Aż do teraz.

Stonoga z dnia na dzień stał się bohaterem internautów. Został zatrzymany, konsekwencji nie poniesie prawdopodobnie żadnych. Dokumenty ściągnął podobno z chińskich serwerów na swój komputer (dzięki czyjej infrmacji nie wiadomo dotąd). Prokuratura musiała jednak coś zrobić, więc zatrzymali Stonogę na parę godzin, zarzutów jak dotąd mu nie postawiono. Niezrozumiałe dla wielu ludzi jest to, że posłowie koalicji PO-PSL wraz z wieloma dziennikarzami nawołują do linczu medialnego Stonogi, który obnażył tylko miałkość prokuratury. To wydaje się być ucieczką od głównego problemu, którym niewątpliwie jest zawartość taśm. Dodajmy, że decyzja Ewy Kopacz to nie „załatwienie problemu”, tylko „ucieczka z płonącego burdelu”.  Zdymisjonowani ministrowie niespecjalnie się przejęli i wybornie bawili się na imprezie u Ewy Kopacz w restauracji przy ulicy Parkowej. Kto wie, może i tam coś nagrywano ?Wybory parlamentarne za pasem. Po porażce PO w wyborach prezydenckich, które poprzedziła bardzo słaba kampania wyborcza Bronisława Komorowskiego, partia, którą trawią również wewnętrzne konflikty traci poparcie (w jednym z sondaży – 17% – najsłabiej od wielu lat), nie jest w stanie powstrzymać rosnącej presji i nagonki, głównie internetowej, gdzie młodzi ludzie wylewają nie tylko żale, ale głównie frustracje i złość na Platformę, która w ich odczuciu przez 8 lat zawiodła, przede wszystkim  pokolenie obecnych 30 latków.

Niefortunnie dobierane słowa, zatrudnianie „hejterów” internetowych, którzy mieli prowadzić nagonkę na opozycję, ale także twarze afer (m.in. zegarkowej ze Sławomirem Nowakiem), które po raz kolejny pojawiają się pomiędzy wierszami, nie służą utrzymywaniu nas – wyborców w przekonaniu, że nic się nie dzieje, choć zapewne chcieliby żebyśmy tak myśleli. Cały ten spektakl ma miejsce w scenerii polskiego „piekiełka” i główna rolą wiecznie uśmiechniętego Stonogi mogą przyprawiać Ewę Kopacz o ból głowy. Nic tak nie frustruje jak granie na nosie władzy, dodatkowo z wyszczerzonymi jak u Jokera zębami. Zawsze nam zostaje rozłożyć bezranie ręcę i zacytować posłankę Bieńkowską (który to już raz, ho ho)Sorry, taki mamy klimat”.

P.

10.04.

10 kwietnia nie będzie w Polsce już nigdy taki sam. Wszyscy wiemy dlaczego. Smoleńsk. To najbardziej znienawidzone słowo przez obóz rządzący, w okresie przedwyborczym zyskuje bardzo na znaczeniu. Używany jest w parszywej partyjnej grze, na którą przykro mi patrzeć. Ów słowo według nich (Obóz rządzący) dzieli Polaków na tych normalnych, którzy po katastrofie przywrócili ład społeczny, nie doprowadzili do ruiny państwa i wrócili do porządku dziennego w najszybszy możliwy sposób oraz na tych krzyczących oszołomów, którzy wymyślonym przez siebie spiskiem i zamachem próbują obalić sprawnie przecież działające państwo (wg. tegoż obozu rządzącego),  dlatego ludzie normalni, idąc w sukurs PO muszą zagłosować po raz kolejny na koalicję rządzącą, która dzielnie obroni nas – masy, przed coraz bardziej absurdalnymi atakami opozycji w postaci tego krzyczącego, złego PiS-u !

Lech Kaczyński nie był moim kandydatem na prezydenta i nie głosowałem na niego. Podejrzewam,że nie głosowałbym również i teraz. Nie zmienia to postaci rzeczy, że pełnił urząd prezydenta Polski, został wybrany przez większość i trzeba to uszanować. Dla nas najsmutniejsza wiadomość jest taka: Prezydenci nie spadają na ziemię samolotem. Takie rzeczy się nie zdarzają w krajach, gdzie Państwo jako instytucja dba o swojego prezydenta, chroni go i zapewnia bezpieczeństwo. Katastrofa, w której zginęły  najważniejsze osoby w państwie, łącznie z wszystkimi dowódcami wojska polskiego  (mimo dyrektyw NATO, które zabraniają  ich wspólnych podróży ) każe nam jednak postawić pytanie: Skoro instytucja państwa nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa prezydentowi, w jaki sposób chce chronić własnych obywateli ? Ta tragedia pociągnęła za sobą oczywiście lawinę spekulacji co do przyczyn katastrofy. Poza stratą ludzką, której nie da się zniwelować , boli również to, że Rosjanie ograli nas jak juniorów już po katastrofie. Nie potrafiliśmy zorganizować sztabu ekspertów zdolnych odpowiedzieć nam na nurtujące pytania, BOR nie potrafił sprawdzić gotowości lotniska do lądowania, cała podróż VIP-owska w ogóle nie powinna dojść do skutku w takim składzie personalnym, ale przede wszystkim nie byliśmy w stanie twardo z nimi rozmawiać. Byliśmy i jesteśmy od nich uzależnieni.  Niech najlepszym komentarzem dla całej sytuacji będzie fakt, że wrak Tu-154 i jego czarne skrzynki dalej znajdują się na terenie Rosji. Zgroza.

I tak w 5 lat po katastrofie, kiedy słyszę, że „wrak ma znaczenie przecież tylko symboliczne”, chciałbym spytać przedstawicieli PO: Czy tak ma być prowadzone najważniejsze śledztwo III RP ? Czy wszystko zostało dobrze zorganizowane i przeprowadzone ? Kiedy patrzę na okładkę Newsweeka, pisma Tomcia Lisa, który wspólnie z TVN-em piorą mózgi milionom ludzi, prowadząc swoją brudną indoktrynację obozu rządzącego, która od propagandy rosyjskiej i północnokoreańskiej różni się tylko tym, że jest w języku polskim, czuję wstyd. Nie wiem jak bardzo pozbawionym empatii trzeba być człowiekiem, by pokazać okładkę swojego pisma z takim wydźwiękiem (przypominam: na okładce znajduje się Jarosław Kaczyński z podpisem: „Zamachowiec”) i jak bardzo śmierdzącą politykę uprawia Lis, ale z dziennikarstwem to nie ma nic wspólnego. Swoje do pieca dorzucił oczywiście „Król Europy” Tusk, który nie raczył nawet przybyć z ciepłego fotela z Brukseli złożyć wieniec na grób. To potwierdza tylko jak bardzo Polska jest podzielona i jaki stosunek ma obecna władza do katastrofy. Dla nich jest to wrzód na dupie, który trzeba wyciąć. Ja nie wierzę również w to, że nagłe „pojawienie się” nowych stenogramów to przypadek przed wyborami prezydenckimi. To zręczna gra, którą Platforma Obywatelska opanowała do perfekcji przy użyciu mediów. To ile czasu będziemy jeszcze znosić ludzi pokroju Niesiołowskiego plującego na wszystkich dookoła wraz z rodzinami ofiar smoleńskich zależy wyłącznie od nas. Najbliższa możliwa zmiana już tej jesieni.

Nie jestem wyznawcą teorii zamachu, ale nie jest dla mnie normalne, że po katastrofach lotniczych, nawet tych, które miały miejsce niedawno – wiadomo było wszystko już w 24 godziny od upadku samolotu, tak my w 5 lat po tej tragedii, gdzie zginęła nasza elita polityczna mamy coraz więcej znaków zapytania. A jeżeli są znaki zapytania to pojawiają się i teorie spiskowe. Musimy dalej polegać na Rosjanach, którzy wydają nam stenogramy, dokumenty i zapiski, a my przecież nie dażymy ich w ogóle zaufaniem ! Jak więc ludzie mają dać wiarę temu co mówi nam obóz rządzący ? Nie dziwię się rodzinom ofiar, które 5 lat po tragedii, domagają się np. ekshumacji zwłok i ponownych śledztw. Polska jako państwo nie zdało kompletnie egzaminu po 10 kwietnia. W obliczu tragedii, w czasie zadumy, gdzie wszystkie spory i kłótnie powinny zejść na dalszy plan, politycy pogrążyli się w wojnie polsko-polskiej, a wraz z nimi ludzie podzielili się na dwa obozy. Trwa to 5 lat, przez które nie nauczyliśmy się niczego. Szacunku wobec nas samych, przede wszystkim.

P.

Krawędź krymska

W Europie trwa wojna. Nie zgadzacie się ?  Więc jak inaczej nazwać sytuację, w której na ulicach strzelają do siebie ludzie a granice geograficzne zostają zatarte ? Trudno powiedzieć kiedy ta wojna się zaczęła. Ten dzień nadszedł, budził się jak każdy inny by w końcu stać się początkiem historii, która dzieje się aż po dziś dzień na naszych oczach. I aby znaleźć sens co się dzieje i dlaczego musimy sięgnąć wgłąb tej burzliwej historii Europy.

Kiedyś

Powstały w 1427 r. Chanat Krymski po rozpadzie Złotej Ordy (znanej również jako Chanat Kipczacki – historyczne państwo mongolskie powstałe w 1240 r.) przez ponad 350 lat swojego istnienia mocno zapisał się w historii Europy Wschodniej. Ten niewielki bo liczący zaledwie około 250 tysięcy lud w 1475 r. przyjął zwierzchnictwo Imperium Osmańskiego a najlepiepiej rozwijał się w XVI wieku, w momencie kiedy pokonano Ordę Bodziacką – najgroźniejszego rywala spośród Tatarów. Po tym wydarzeniu wszystkie ordy uznały Chanat Krymski jako zwierzchnika. Zwycięstwa militarne zbiegły się w czasie z reformami wezyra – Sefera Gazy agi, które wzmacniały władzę centralną Chanatu.

W latach 1648-1654 powstało przymierze Chanatu Krymskiego z naszym dawnym sojusznikiem – Zaporoską Kozaczyzną. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że to właśnie z Kozakami Zaporoskimi mieliśmy podbijać Chanat. W wyniku konfliktu na linii: Król-Sejm (konflikty polsko-polskie, skąd my to znamy ?), do podboju nie doszło, a Kozacy sprzysięgli się przeciwko Rzeczpospolitej.  W roku 1654 miała miejsce ugoda perejesławska, na mocy której Ukraina została poddana władzy Cara Rosji. Ugodę podpisali: w imieniu Hetmanatu – Bohdan Chmielnicki i w imieniu Cara Rosji – dyplomata Wasilij Buturlin. W wyniku niebezpieczeństw związanych z sytuacją polityczną i ugodą perejesławską, Chan krymski – Islam III Girej zmuszony był w 1667 r. zawrzeć sojusz z Rzeczpospolitą, skierowany przeciwko Rosji i Hetmanatowi, który później do sojuszu z Rzeczpospolitą dołączył. (Wiem, to jeszcze bardziej skomplikowane niż obecna polityka).

Po konflikcie polsko-rosyjskim, po raz kolejny nastąpiła zmiana sojuszy. Chanat Krymski wziął udział z Turcją  w wojnach przeciwko Rzeczpospolitej (1672-1676 zakończone pokojem w Żurawnie)  a potem i z Ligą Świętą (1683 r. – rozpoczęta Odsieczą Wiedeńską – do 1699 r.  i zakończona pokojem w Karłowicach, na mocy którego Rzeczpospolita odzyskała ziemie stracone w poprzedniej wojnie z Turkami.). Chanat nie robił sobie nic z porażek i  po Karłowickim pokoju doszło do tarć z Imperium Rosyjskim, na rzecz którego Chanat stracił Azow. W wyniku wojen w latach:  1710-1711 , w 1735-1739 oraz 1768-1774, które zakończył pokój w Kuczuk Kajnardży, Chanat Krymski odzyskał niepodległość, ale tylko na papierze. Od tamtej pory władzę w Chanacie sprawowała Rosja, która w cztery lata po pokoju przeprowadziła masową emigrację ludności chrześcijańskiej na stepowe tereny Noworosji. Ludność krymsko-tatarska niezadowolona z rządów rosyjskich władz stopniowo emigrowała do Turcji, w drugą zaś stronę napływali głównie Rosjanie, którzy zasiedlali opuszczone terytoria.  Gospodarka Chanatu w szybkim tempie zaczęła bardzo słabnąć, ponieważ większość kupców i rzemieślników musiała opuścić tereny Chanatu, który miał stać się państwem wyłącznie muzułmańskim i tararskim. Nastąpiły bunty, czego efektem było powstanie przeciwko nowemu chanowi, które się nasilały z biegiem czasu. Niepokoje dały Rosji pretekst (przecież ona zawsze się broni !) do aneksji Chanatu (1783 r.). Od tej pory Chanat znajdował się na terytorium Imperium Rosyjskiego. (Region – Noworosja). Parę lat później Turcja chciała odtworzyć Chanat i odbić zbrojnie zagrabione terytoria, ale poległa w 1792 r.

1921 r. władze radzieckie oderwały Krym od jego lądowego zaplecza i przyłączyły je do Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej jako Krymską Autonomoczną Socjalistyczną  Republikę Radziecką.  Ludność rosyjska stanowiła już wtedy ok. 50% całej ludności. Mimo tego doszło do kolejnego wysiedlenia Tatarów i ludności nierosyjskiej. Czystkę przeprowadził nie kto inny jak Józef Stalin, który uważał, że Tatarzy krymscy kolaborowali z III Rzeszą i deportował ich do Uzbekistanu. Stalin nie oszczędził nikogo. Czeczeni, Niemcy Nadwołżańscy, Ingusze oraz Kałmuki musieli opuścić tereny Krymu. Nikita Chruszczow miał powiedzieć kiedyś,że Stalin chciał wysiedlić całą ukraińską ludność na Syberię, ale odwiódł go od tego tylko ogrom tego przedsięwzięcia.  w 1946 r. KASRR przekształcono w Obwód Krymski, a następnie w 1954 r. połączono go z ziemiami ukraińskimi w ramach Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej z okazji trzechsetnej rocznicy ugody perejesławskiej i polecenia Nikity Chruszczowa. Autonomię Krym odzyskał w 1992 r. po rozpadzie ZSRR jako Autonomiczna Republika Krymu.

Jak widać w wyniku burzliwej historii, wysiedleń i wojen, Krym odbiega kulturowo, etnicznie i historycznie od Ukrainy. Ze spisu powszechnego z 2001 r. wynika, że Krym zamieszkiwało ponad 58% Rosjan a już tylko 24% to Ukraińcy. W mieście wydzielonym – Sewastopolu (wchodzącemu również w skład Krymu) gdzie stacjonuje Flota Czarnomorska, Rosjan jest ponad 70%.

1992-2013

Lata ’90 XX wieku są dla Ukrainy równie burzliwe co jej wcześniejsza historia. Unia Europejska nie darzyła Ukrainy zaufaniem z powodu jej niechęci do oddania poradzieckiej broni atomowej. Sytuacja zmieniła się gdy w 1994 r. rząd Ukrainy postanowił rozwiązać kwestie sporne. W tym samym roku podpisano wstępną umowę o współpracy i określono wspólne cele i warunki na jakich umowa będzie obowiązywać. Przez lata organizowao kolejne szczyty UE-Ukraina, w myśl  których wdrażano coraz to szersze metody wspierające ukraińską demokrację i jej dążenie do bycia częścią wspólnoty. Współpraca dotyczyła m.in. wsparcia wolnego rynku, gospodarki, kultury, bezpieczeństwa wewnętrznego oraz ustanowiono strefę wolnego handlu. Unia Europejska wspierała również ukraińską opozycję podczas tzw. „Pomarańczowej Rewolucji”, gdzie pomogła doprowadzić do drugiej tury wyborów, którą wygrał Wiktor Juszczenko . Wydawać się mogło, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Niestety na Ukrainie doszło do wewnętrznych tarć, podczas których frakcja prezydenta Juszczenki popadła w konflikt z blokiem Julii Tymoszenko czego efektem było rozwiązanie parlamentu.  Pomoc w ugaszeniu wewnętrznego pożaru pojawiłą się ze strony bloku Wołodymira Łytwina, który został przewodniczącym Rady Najwyższej, a Julia Tymoszenko  – Premierem. Do tej pory Rosjanie biernie obserwowali sytuację, jaka rozwijała się na Ukrainie, by w pewnym momencie uderzyć z premedytacją i rękami  Gazpromu domagać się spłaty długów, rosnących przez kryzys gospodarczy. Wykorzystując wewnętrzny kryzys Rosjanie wymusili na Ukrainie podpisanie niekorzystne dla nich warunki cen gazu, które zwiększyłyby wpływy do rosyjskiego budżetu w okresie kryzysu. Doszło do gazowej wojny na linii: Ukraina-Rosja. Po 3 tygodniach braku dostaw gazu, podpisano porozumienie.

Jakby tego było mało, w 2010 r. doszlo do zmiany kierunku politycznego. W wyborach prezydenckich zwyciężył Wiktor Janukowycz, a Tymoszenko została odwołana i oskarżona o defraudację podczas podpisywania umowy z Rosją. Nowym premierem został Mykoła Azarow. Postępowanie karne, jej osadzenie w więzieniu w Charkowie, nie sprzyjało kontaktom z Unią Europejską, która apelowała w procesie o bezstronność. Podczas XV szczytu: UE-Ukraina, postawiono jasny przekaz, że podpisanie umowy stowarzyszeniowej dotyczącej wolnego handlu z Unią Europejską, będzie zależało od poziomu demokracji na Ukrainie. Mimo wielu nieścisłości, rok po negocjacjach powstał gotowy projekt reformujący ukraińskie prawo, co spotkało się z kolejnym ochłodzeniem relacji z Rosją, która wycofała się ze wsólnej współpracy gospodarczej.

Dzisiaj

I gdy po raz kolejny wszystko wydawało się iść zgodnie z planem, 21 listopada 2013 r. rząd wstrzymał przygotowania do podpisania umowy stowarzyszeniowej. Po ogłoszeniu tej decyzji, na Ukrainie doszło do serii prounijnych demonstracji. 30 listopada 2013 r., jednostki specjalne policji – Berkut  brutalnie rozpędziło protestujących. To zaowocowało zaostrzeniem konfliktu, zradykalizowaniem prostestu i rozlaniem się manifestacji po całym kraju. Plac Niepodległości w Kijowie stał się miejscem codziennych manifestacji, które z biegiem czasu stały się ogólnonarodową rewolucją, którą nazwano – Euromajdan. Opozycjoniści (w tym Arsenij Jaceniuk i Władymir Kliczko) domagali się usunięcia prezydenta Janukowycza. Wystraszony prezydent pod naciskiem protestów i zachodu postanowił przywrócić konstytucję z 2004 r. i doprowadził do wcześniejszych wyborów. Po wielu dniach krwawych walk i manifestacji, 21 lutego Janukowycz uciekł ze stolicy do Rosji, a dzień później parlament usunął go z urzędu. Ciekawa sytuacja miała miejsce 28 lutego. Na konferencji prasowej w Rostowie nad Donem (Rosja), Janukowycz oznajmił, że został odsunięty od władzy nielegalnie i, że  dalej czuje się prezydentem Ukrainy.

Tymczasem na Krymie wybuchły protesty przeciwko nowym władzon Ukrainy, które były ujściem separatystycznych nastrojów, które z biegiem czasu stawały się coraz większe. Separatyści ściągnęli ze wszystkich urzędów flagi ukraińskie, wywieszając rosyjskie. Pierwsza wzmianka o rosyjskich żołnierzach na Ukrainie pojawiła się 26 lutego, przed budynkiem krymskiego parlamentu w Symferopolu, który dzień później został zajęty przez separatystów. Z kolei 1 marca, Władymir Putin zażądał od Rady Federacji zgody na wysłanie wojsk na Ukrainę. Rada Federacji oczywiście zgodziła się z prezydentem. 16 marca odbyło się referendum na temat statutu Republiki Autonomicznej Krymu. Według danych, ponad 96% zagłosowało za przyjęciem Krymu wraz z Sewastopolem do Rosji. Rada Najwyższa Republiki Autonomicznej Krymu dzień później przyjęła niepodległośc Krymu, jego suwerenność uznała Rosja i dzień później podpisano umowę o włączenie Republiki Krymu i Sewastopolu do Rosji, jako nowe podmioty federacji. Umowę ratyfikowano 21 marca 2014 r. Poza Krymem, w południowo-wschodniej Ukrainie również doszło do konfrontacji militarnych pomiędzy separatystami prorosyjskimi z samozwańczych republik ludowych: donieckiej i ługańskiej oraz ukraińskimi siłami bezpieczeństwa. Konflikty trwają de facto po dziś dzień, mimo wielokrotnego zapewnienia o nieagresji. Tymczasem w maju 2014 r., nowo wybrany prezydent – Petro Poroszenko dążył za wszelką cenę do podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską co udało mu się już 27 czerwca 2014 r. Czy jednak Putin zajmując Krym myślał tylko kategoriami politycznymi ? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Mówi się coraz głośniej, że półwysep krymski, do tej pory bazujący na turystyce, posiada ogromne złoża gazu, które w pewnym stopniu mogłyby Ukrainę uniezależnić gazowo od Rosji. Na to Putin nie mógłby sobie pozwolić. Jego wizja unii euroazjatyckiej z udziałem byłych republik radzieckich nie może się powieść w momencie, gdy Ukraina zdecydowałaby się na integrację z Unią Europejską.

Echo

Reakcja świata na aneksję Krymu mogła być tylko jedna i można się jej było spodziewać.  Potępienie. Rada Europy jak i Zgromadzenie Ogólne ONZ nie uznało ważności referendum na Krymie. Wyrażono ubolewanie nad Tatarami krymskimi, którzy znaleźli się w epicentrum kryzysu. Wśród krajów potępiających działania rosyjskie znalazły się również między innymi: USA, Kanada, Australia oraz Gruzja (która przecież również była ofiarą Rosji. Osetia i Abchazja są obecnie rosyjskie).  Kryzys krymski miał ogromne odbicie w gospodarce. Rubel poleciał na głowę,  akcje Gazpromu o 15%. Na Rosję sukcesywnie nakładano sankcje, które mocno odbiły się na gospodarce rosyjskiej, która oparta przecież jest na imporcie, nawet podstawowych produktów takich jak pomidory.

Pat

Rosyjska gospodarka osuwa się w ekonomiczną przepaść, a Władymir Putin ma poparcie tak ogromne, jak nigdy. Praktyka rodem z ZSRR, propagandowy show serwowany przez telewizję i karmiący wyprane mózgi Bogu ducha winnych Rosjan powoduje, że Putin stał się dla nich niemal obiektem kultu.  Taki wpływ na masową wyobraźnię umacnia jego pozycję prezydenta-cara, który chce przecież „tylko” wyzwolić bratni naród.  Borys Niemcow, który został zastrzelony 28 lutego 2015 r. w niejasnych okolicznościach powiedział w jednym z wywiadów: „Dopóki naród nie będzie łączył kryzysu z działaniami prezydenta, poparcie dla niego się nie zmieni”. Trafił w sedno. Putin napędzany silnikiem propagandy znalazł się tak naprawdę w sytuacji bez wyjścia, bo każde rozwiązanie pokojowe w Rosji jest nie do przyjęcia. Nastąpił impas.

Jutro

Europa znalazła się u krawędzi wojny, a na scenie politycznej mamy szachy. Porozumienie w Mińsku, dzięki któremu Angela Merkel i Francois Hollande mogli oszacować faktyczne zamiary Putina przyniosło na ten moment chwilowy, względny spokój na granicy (tylko gdzie ona teraz przebiega ?), poza paroma przypadkami pogwałcenia zawieszenia broni. Putin potrzebuje oddechu. Przyparty do muru, zdający sobie sprawę z ekonomicznej przepaści nad którą się znalazł, zyskuje na czasie i liczy na poluzowanie stosunków z Europą. Ale nie chce się wycofać ponieważ nie może. Machina propagandy musi dalej pracować. Pokój będzie dla niego porażką, a dla narodu zawodem – a na to nie może sobie pozwolić. Jego celem jest federalizacjia Ukrainy, na co jej rząd się nie zgodzi, stąd jego reakcja agresją. Ale zaczyna brakować mu argumentów. Zdaniem historyka Jurija Felsztyńskiego zachód musi dozbrajać Ukrainę oraz wspierać ją finansowo. To jedyne wyjście, dzięki któremu nie ulegnie ona humanitarnej katastrofie . Swoją pomoca deklarował rownież prezydent USA – Barack Obama. Putin w odpowiedzi na pomoc zachodu grozi, że konflikt rozleje się po całym regionie, w tym w Polsce.  Chodzą słuchy, że Kreml przygotowuje się do wojny, która zdaje się być nieunikniona i na którą paradoksalnie go nie stać. Rosjanie deklarują, że są gotowi walczyć, ale bądźmy szczerzy: Armia rosyjska mimo potencjału ludzkiego jest zacofana technologicznie i walka z sojuszem mogłaby być brutalna dla Kremla. Ostatnim argumentem Putina i niewykluczone, że nim będzie jest broń jądrowa. Dimitri Kisielow, znany dziennikarz powiedział, że „Rosja to jedyny kraj, który może zamienić Stany Zjednoczone w radioaktywny popiół”. Szantaż jądrowy jest prawdopodobny. W przypadku, w którym konflikt trwałby kilka lat powstrzymanie Putina mogłoby być możliwe dzięki coraz ostrzejszym i bardziej zdecydowanym  sankcjom, które w dłuższym okresie mogłyby okazać się dla Rosji zabójcze. Bądźmy jednak szczerzy, w rok od rozpoczęcia konfliktu zarówno Unia europejska jak i USA były bardzo opieszałe w temacie sankcji. Muszą być one bardziej rygorystyczne. Odcięcie Kremla od dostaw dałoby odpowiedź na pytanie:  Jak długo Rosjanie są w stanie iść w strone ognia za swoim prezydenem ?

Polska a konflikt na Krymie

„Ukraina chce dzisiaj ekspertów, oficerów, bo buduje armię, prowadzi wojnę. Byłbym za tym, żeby takich oficerów im posłać. Byłoby fantastycznie, gdyby polscy żołnierze walczyli w Doniecku. Wtedy pokazujemy, że budujemy głęboki, trwały, strategiczny sojusz, który będzie gwarantem bezpieczeństwa nie tylko naszego, ale i  Europy”– powiedział w „Kontrwywiadzie RMF FM” Zbigniew Bujak.

„Ministerstwo Obrony Ukrainy zwróciło się do krajów NATO o pomoc w szkoleniu podoficerów. Polska odpowiedź będzie pozytywna. Szkolenie bardzo potrzebne … Polska od wielu miesięcy bierze udział w reformie edukacji oficerów Ukrainy. Zaangażowanych jest 5 polskich uczelni wojskowych i kilkudziesięciu ekspertów” – informował z kolei gen. Bogusław Pacek, doradca szefa MON na Twitterze.

Zastanawiające jest to, że tak wielu ludzi z górnych szczebli naszej władzy tak bardzo chce dozbrajać Ukrainę, szkolić jej oficerów i wysyłać naszych żołnierzy. Dlaczego jest to zastanawiające ? Ponieważ stan naszej armii jest delikatnie mówiąc średni na jeża. Nasza armia liczy wg Tomasza Siemoniaka ok. 120 tysięcy żołnierzy działających na nienowym już sprzęcie. Czy aby na pewno ? Z licznych źródeł można wyczytać, że Polska posiada ok. 30 tysięcy szeregowców przy jednoczesnie dwukrotnie większej liczbie kadr dowódczych (!?). Romuald Szeremietiew wspominał, że Polsce potrzebna jest zmiana systemu obrony narodowej. Szkoda, że w tak wielkim państwie jak Polska nikt wcześniej nie wpadł na pomysł jak zorganizować wojsko, by w przypadku (odpukać) gdyby Rosjanie utorowali sobie korytarz i weszli przez Kalingrad do Polski miałby nas kto bronić i wiedział w jaki sposób ma to robić. Generał Skrzypczak powiedział w jednym z wywiadów, że Polska bez wsparcia broniłaby się 3 dni. Nasza sytuacja z uwagi na geograficzne położenie jest w tej chwili bardzo trudna, ponieważ u naszego sąsiada jest wojna, i nastrój ten również czuć w Polsce. Polacy sie boją. NATO powinno zrozumieć sytuację, w której odmówilibyśmy pomocy wysyłania wojsk/oficerów na Ukrainę właśnie ze względów na specyficzną sytuację w jakiej się znajdujemy. Nie zapominajmy, że wysyłając oficerów na Ukrainę, automatycznie zajmujemy jedną ze stron w sporze. Nam na tym konflikcie nie zależy. Czy głoszenie neutralności w tej kwestii byłoby odpowiednim posunięciem ? Jestem tego zwolennikiem. Kompromitujące wypowiedzi naszych polityków jak te Grzegorza Schetyny o tym, że to głównie ukraińscy żołnierze wyzwalali Auschwitz  maja ogromną siłę rażenia, działają w Rosji  jak płachta na byka i nie służą nam kompletnie w relacjach z nimi. Umówmy się, że nie mamy żadnego interesu w tym by wysyłać na Ukrainę wojska. Najbardziej przykre w całej tej sytuacji jest to, że w przypadku konfliktu na ziemiach polskich będziemy uzależnieni nie od własnych sił zbrojnych, ale od sojuszy, sąsiadów i pseudonegocjatorów. Już kiedyś w naszej historii też czekaliśmy na wsparcie naszych sojuszników, które miało nadejść. Jak się to skończyło wszyscy wiemy.

P.