Konserwatywna tęsknota

Donald Trump został 45 prezydentem Stanów Zjednoczonych. Szok Demokratów, euforia Republikanów, cały świat wstrzymuje oddech, a ja stawiam pytanie: Czy powinniśmy faktycznie czuć się zaskoczeni?

Otóż nie. Nie powinniśmy się czuć w najmniejszym stopniu zaskoczeni lub zszokowani takim obrotem sprawy, z bardzo prostej przyczyny: Na świecie wraca trend na konserwatyzm i jest on również odczuwalny mocno w Polsce.

Pierwszym takim sygnałem, były wybory do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku, w którym to ówczesne ugrupowanie Janusza Korwin-Mikkego – Kongres Nowej Prawicy (KNP) uzyskało zaskakujący wynik i wprowadziło do PE 4 posłów. Od tamtej pory w Polsce, szczególnie wśród najmłodszej grupy wyborców, czyli 18-24 popularna stała się moda na konserwatyzm i patriotyzm czyli: propagowanie symboli narodowych, nawiązywanie do religii, mówienie i dyskutowanie o narodzie oraz podkreślanie swojego pochodzenia. Na fali tego trendu wypłynął również Paweł Kukiz i jego ugrupowanie Kukiz’15, chociaż jego ruch obywatelski zrzesza w swoich szeregach ludzi zarówno prawicy jak i lewicy, to sam fakt wyboru Kukiza – jako postaci antysystemowej, która odrzuca działanie establishmentu pokazał nam wprost, że w społeczeństwie polskim zachodzą duże zmiany.

Te zmiany na płaszczyźnie politycznej dotyczyły głównie utraty wiary w ówczesną władzę. Społeczeństwo polskie przestało ufać aferałom z Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego i zwróciło się w stronę Prawa i Sprawiedliwości oraz wyżej wspomnianego Kukiza. Ludzie powiedzieli: Stop! Na miejsce skompromitowanego i rozbiotego PO wyłoniła się .Nowoczesna Ryszarda Petru, jako twór, który w następnych wyborach będzie miał bić się o władzę, o ile jej lider nie skompromituje się doszczętnie. Platforma jest jednak dalej obecna w sondażach dosyć wysoko, jednak na tę chwilę nie ma zagrożenia dla partii Jarosława Kaczyńskiego.

Amerykanie zorientowali się o co chodzi. Hilary Clinton miała zostać pierwszą panią prezydent w Białym Domu, ale jak mawiają: Pycha kroczy przed upadkiem. Kandydatka Demokratów miała wszystko, żeby te wybory wygrać. Nieograniczona ilość pieniędzy, nieosiągalny dla oponenta dostęp do mediów, który kreował wizerunek przyszłej pani prezydent i to co Donald Trump wielokrotnie podkreślał: niemożliwa amoralność otoczenia Hilary Clinton. I mimo tych wszystkich atrybutów, Clinton poniosła klęskę. Amerykanie sprzeciwili się poprawności politycznej i propagandzie medialnej. Trump udowodnił, że słowo jest jest silniejsze od miecza, którym media chciały ściąć jego karierę. To również przypomina wybory prezydenckie w Polsce. Sondaże  telewizji TVN były tak przychylne Bronisławowi Komorowskiemu, że gdyby mogły to w studiu ogłosiłyby jego zaprzysiężenie tuż po wydaniu faktów. Polacy podobnie jednak jak Amerykanie odrzucili medialny bełkot i zagłosowali według własnego uznania, spychając Grzegorza Schetynę, Ewę Kopacz i ich Platformę z piedestału władzy i wystawili niemą naganę mediom, które zamiast opisywać rzeczywistość, zaczęły ją nieobiektywnie tworzyć.

Zastanawiające jest to również jak bardzo zwolennicy demokracji nie mogą pogodzić się z wynikami wyborów. Czy nie o to przecież chodzi? Wygrywa większość wedle ściśle określonych reguł, znanych każdemu przed głosowaniem. Niezrozumiałe są więc pochody KOD-u w Polsce jak i protesty Amerykanów po wyborze Donalda Trumpa. Demokraci powinni raczej bez kręcenia nosem zaakceptować wyniki demokratycznych wyborów, prawda? Skoro nie są w stanie tego uczynić, wniosek jest bardzo prosty: „Demokracja jest wtedy, kiedy my wygrywamy”. A na to ludność czy to Stanów Zjednoczonych, czy Polski się nie zgodzi, czego wyraz wydali podczas wyborów.

Nie tylko Polska i Stany Zjednoczone zwracają się w stronę konserwatyzmu. Przez Europę przechodzi fala eurosceptyków, którzy rok w rok rosną w siłę. Już dzisiaj skrajnie prawicowy Front Narodowy wyrasta na najsilniejsze ugrupowanie we Francji, gdzie ilość zwolenników Unii Europejskiej jest dwukrotnie mniejsza od jej przeciwników. Już w 2014 roku podczas wyżej wymienionych przeze mnie wyborach do Parlamentu Europejskiego eurosceptycy z Danii (Duńska Partia Ludowa) oraz Austrii (Partia Wolności) uzyskali bardzo korzystne wyniki. Jeżeli chodzi o Austrię to za miesiąc urząd prezydenta Austrii może zdobyć skrajnie prawicowy Norbert Hofer, który ma za sobą bardzo mocny elektorat, a wynik jego starcia z lewicowym Alexandrem Van der  Bellenem nie jest jednoznaczny do rozstrzygnięcia. Europa przecież dopiero co wyszła z szoku po Brexicie. Dodajemy do tego Węgry Victora Orbana i coraz głośniej słyszalny sprzeciw Słowacji i Czech w sprawie przyjęcia określonej liczby uchodźców i mamy tutaj naprawdę niezły orzech do zgryzienia. Bo tego typu działania prowadzą do jednego. Zamknięcia granic i niech każdy sobie rzepkę skrobie u siebie.

Trump to duże zmiany w Stanach Zjednoczonych. Jakie? O tym się przekonamy wkrótce. Jego zwycięstwo ma również dużą wartość symboliczną, pokazującą, że nawet mając nieograniczone zasoby gotówki i mediów, w dzisiejszych czasach można się temu przeciwstawić i wygrać. Na to oczywiście składa się wiele czynników włącznie ze szczęściem, ale czy nie jest to historia podobna do klasycznego „American dream”? Oczywiście na dużo wyższej płaszczyźnie niż to ma się w zwyczaju mówić, ale mimo wszystko, nowy prezydent może służyć jako przykład nieugiętości i konsekwencji w dążeniu do celu. Trump to przede wszystkim chęć obniżenia podatków i walka z nielegalnymi imigrantami.Wielu ekspertów twierdzi, że na miejscu byłby reset stosunków z Władimirem Putinem. Wydaje mi się, że byłby chętny na takie spotkanie, które mogłoby być owocne dla każdej ze stron. Gdzie u Trumpa jest Polska? Wspominał, że zniesienie wiz dla Polaków będzie jednym z priorytetów jego obozu rządzącego, wypowiadał się w wielu superlatywach o Polonii mieszkającej w Stanach Zjednoczonych, ale jak będzie naprawdę, przekonamy się już niedługo. Jak widać po Polsce i USA, historia lubi się powtarzać. Kilkanaście lat temu dążyliśmy do wspólnoty, dzisiaj tęskno nam do konserwatywnych wartości i skupiania się na sobie. I tak w kółko.

P.

Reklamy

Platformy pogrzeb własny

Zapowiadana od dawna dyskusja w Parlamencie Europejskim na temat „zamachu na demokrację”, który rzekomo miał i ma miejsce w Polsce zakończyła się totalną porażką Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej – króla Ryszarda Petru i jego samozwańczych rycerzy herbu KOD. Debata w PE wzmocniła pozycję Beaty Szydło, Jarosława Kaczyńskiego i całego ugrupowania Prawa i Sprawiedliwości.

Zamieszanie wokół Trybunału Konstytucyjnego, ustawa medialna – to tematy, które zaniepokoiły świeżą opozycję czyli Platformę Obywatelską i Nowoczesną. Sam fakt może i nie był dla nich zaskakujący, ale tempo i rozmach z jakim Prawo i Sprawiedliwość zaczęła „porządki” po poprzedniej ekipie, spowodował spazmy wśród posłów wyżej wymienionej opozycji. Ci, znajdujący się w nowej sytuacji zaczęli tracić grunt pod nogami. Ponieważ samemu głupio protestować o odbicie władzy, powołali więc sobie Komitet Obrony Demokracji (mający być oddolnym ruchem społecznym zaniepokojonym wydarzeniami w Polsce) z niejakim Mateuszem Kijowskim na czele, który stał się tak zażartym obrońcą wartości demokratycznych, że zapomniał biedak płacić alimenty na dzieci, tak się wkręcił! Do niemieckiej prasy zaczął latać Tomasz Lis, narzekając i cicho popłakując, jak to w sieci użytkownicy Twittera nie dają mu żyć i go przezywają oraz jak ten średniowieczny PiS zawłaszcza sobie kolejne atrybuty władzy!
Koniec końców, sprawa trafiła na pierwsze strony gazet w wielu europejskich państwach, co nie umknęło uwadze tęgich głów z PE. I tak oto pojawiły się wypowiedzi między innymi przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Martina Schulza, który stwierdził, że w Polsce dochodzi do „zamachu stanu” i zapowiedział dyskusję na ten temat na posiedzeniu PE. Swoje grosze dołożyli: Donald Tusk i Elżbieta Bieńkowska, którzy smutnymi frazesami tylko potwierdzili w czyim imieniu działają.

I tak dochodzimy do momentu, kiedy w Strasburgu doszło do debaty na temat polskiego „zamachu stanu”.  Wydawać by się mogło, że w PiS będą bili wszyscy zwolennicy „postępowej Europy”.  Jakież zdziwienie musiało towarzyszyć obserwatorom z KOD-u (sami nie wiedzą dzięki komu dostali wejściówki do PE), gdy europosłowie innych państw okazywali wsparcie rządowi Beaty Szydło.
Zrobił to między innymi francuski Front Narodowy Marine Le Pen. Wyrazili oni aprobatę dla działań rządu Szydło i wspomnieli, że Polska przechowuje chrześcijańskie wartości, co z pewnością wywołało odruch wymiotny u części lewicy. Czeski europoseł Petr Mach wystąpił  w PE z plakietką „Jestem Polakiem”, co spotkało się z dużym poklaskiem i życzliwymi komentarzami. Po wystąpieniu profesora Ryszarda Legutko, KODowcy mogli się w zasadzie spakować i wrócić do domu jak zrobili to prawdopodobnie europosłowie Platformy (jeszcze nie potwierdzone). Legutko w spokojny, merytoryczny sposób obnażył wszystkie braki i niedociągnięcia tej debaty, która nie tylko w jego odczuciu, nie powinna się w ogóle odbyć.
Swoje dołożył Janusz Korwin-Mikke, który nie omieszkał wspomnieć, że „gardzi demokracją” i „większość z obecnych europosłów jest demokratami, a PiS został wybrany w demokratycznych wyborach”, co niejako powinno zamknąć dyskusję.

Jedynym orężem przeciwko zmianom w Polsce był Guy Verhofstadt, belgijski liberał, który domagał się wyjaśnień od Szydło na temat paraliżu Trybunału Konstytucyjnego. Robił to tak zaciekle, że Martin Schulz musiał upomnieć krewkiego Belga: „Będzie Pan musiał z tym żyć”. Po tym Belg pokazał zaciśniętą pięść, co nie uszło uwadze wielu dziennikarzy.
Platforma w debacie nie istniała. Nieprzygotowane, nieprecyzyjne, ospałe i czytane analizy w ogóle nie trafiały do europosłów z innych państw. Eurodeputowani z PO mieli pogrzebać PiS, a okazało się, że pogrzebali samych siebie. Grzegorz Schetyna piszący po debacie o tym ,że „PO broni demokracji i pozycji Polski w Europie” to znak, że nie ma pomysłu na odbicie władzy PiSowi. Łabędzi śpiew człowiek przegranego. I to po raz 3 w przeciągu 12 miesięcy (Wybory prezydenckie, parlamentarne i debata w KE). Platforma zrobiła to w czym jest najlepsza, czyli nie zrobiła nic by tę debatę wygrać.
I tylko Verhofstadt nie dał za wygraną. Razem z nie byle kim bo Ryszardem Petru ma zamiar przedłożyć do PE rezolucję dotyczącą zmian w polskim Trybunale Konstytucyjnym.  Widząc to światełko w tuneli obudzili się europosłowie Platformy i PSL, którzy stawiają ultimatum prezydentowi Andrzejowi Dudzie – jeżeli nie odbędzie się ślubowanie 3 sędziów Trybunału Konstytucyjnego, poprą rezolucję. Jak widać batalia o Polskę nabiera tempa, chociaż wydawać by się mogło, że wszystko zostało już powiedziane i dalsza dyskusja na ten temat nie ma sensu. Komisja Europejska oczekuje dalszych wyjaśnień, szczególnie jeżeli chodzi o ten nieszczęsny Trybunał Konstytucyjny, ale także ustawę medialną, co jest kolejnym powodem, że ta dyskusja bez sensu na pewno się przedłuży. PiS wygrał demokratyczne wybory, jest to wybór Polaków, jakikolwiek by nie był – trzeba to uszanować. I Parlament Europejski też musi się do tego dostosować. Na oceny przyjdzie czas mniej więcej za dwa lata.

P.

Dmuchanie na zimne

Ponieważ w ostatnim czasie, po każdym wejściu na FB, zostaje zalany lewacko-hipsterskim lamentem o tym, jak to w koło sami rasiści i ksenofoby, zero tolerancji dla drugiego człowieka, ale jak tak można? Ale jak tak można?
Postanowiłem rownież podzielić sie z Wami dlaczego nie zgadzam się na to by salaficcy bracia żyli na moim osiedlu.
Zdjęcie małego martwego chłopca, którego smierć okazała sie portretem problemu stała sie smutną propagandą, mająca na celu zmiękczenie naszych serc na problem imigrantów. Dlaczego smutną? Bo wykorzystującą smierć dziecka, stąd uważam, ze jest to najobrzydliwsza z możliwych propagand, słanych nam przez media, które w 80% należą do Niemiec. A winę za smierć malucha nie ponosi, jak to zawyrokowały tabloidy – Europa, tylko tatuś chłopca, który chciał naprawić sobie za europejskie pieniądze ząbki.
Dlaczego w ogóle postanowiłem sie odezwać ? Sprowokował mnie Martin Schulz, który stwierdził, że skoro Polaki nie chcą po dobroci, narzucimy siłą. Otóż Szanowny Panie, swoją siłą to może Pan w domu kluski ugniatać, a nie nam-Polsce, która nie chce tego typu osób i żadną siłą nas do tego nie zmusicie, narzucać czegoś wbrew naszej woli. Następny pomysłowy dobrodziej-Pan Juncker zagaił czy Polacy nie zapomnieli o tym, ze 20 mln potomków Polaków mieszka za granica w wyniku emigracji, przesiedleń, wysiedleń? Otóż nie Panie Juncker, doskonale pamiętamy. Pamiętamy rownież jak to nasi sąsiedzi postanowili, ze Polska zniknie z mapy Europy, jak to w imię europejskiej solidarności oddano Polskę pod wodze Stalina w Jałcie oraz to, ze plan Marshalla trafił do Niemiec, gdy upodlona Polska gniła w biedzie pod sowiecka batutą przez prawie 50 lat. Gdy napadano nas, polscy mężczyźni, skazywani na pożarcie, szli walczyć o wolność, zostawiajac żony i dzieci. Dzisiaj tacy sami mezczyzni zostawiają takie same kobiety i dzieci pod obstrzałem, bo podróż podobno jest zbyt niebezpieczna. 75% tych ludzi to mężczyźni w wieku poborowym, którzy w lwiej części maja ochotę żyć u cioci Angie na socjalu. Żyje obok takich ludzi 3 rok i mam moralne prawo ich oceniać. Mam ochotę rownież wrócić do Polski, wiec mam też prawo mieć obawy przed ich najazdem na Polskę. Bo to jest najazd na Europę. Zdaje się, że jesteśmy w Unii Europejskiej a nie Unii Bliskiego Wschodu. Dobra wiadomość jest taka, ze Ci ludzie nie maja ochoty mieszkać w Polsce, bo jesteśmy biedni, co jest jasnym sygnałem, ze większości z nich zależy na pieniądzach europejskiego podatnika. Ostatnio bodajże Łukasz Warzecha próbował porozmawiać z pierwszymi Syryjczykami na polskiej ziemi. Okazało sie, ze został… jeden. Kiedy pisałem, ze nie damy rady pomóc wszystkim, zostałem zrugany i nazwany „człowiekiem o lodowym sercu”, dzisiaj kiedy Kanzlerin Merkel mówi,ze sie myliła-te osoby siedzą cicho. Z drugiej strony chciałbym zeby przyjechali tylko po to by lewicowe autorytety jak Szczuka („Jeżeli sie okaże, ze wsród nich sa terroryści to wtedy sie będziemy martwić”) i Basia Nowacka oraz oderwana od rzeczywistości Joasia Mucha po wysadzeniu np naszej cudownej drugiej linii metra w Warszawie lub wielkiej drace w muzułmańskiej dzielnicy mogły stanąć przed nami i powiedzieć: „Myliliśmy sie”, tak jak Angie, która nie panuje już nad sytuacja, czego dowodem są wzmożone kontrole na granicach. Musimy odróżnić rasizm i ksenofobię od zwykłego zapobiegania problemowi. Nie mam nic przeciwko wysyłaniu jedzenia, pieluch (Ale bez logo Czerwonego Krzyża, inaczej znajdzie sie w śmietniku) i innych rzeczy, lub osobistym przyjmowaniu imigrantów, droga wolna, każdy moze przyjąć rodzinkę sześciu chłopa i kobiety, mamy podobno wolny kraj. Nie jestem zwolennikiem narzucania siłą czegoś wbrew woli obywateli. Skoro nasz rząd przerosło sprowadzenie setki Polaków z ogarniętego wojną Donbasu, nie podejmujemy w ogóle tematu pomocy Polakom z Kazachstanu, których armia Andersa nie zdołała zabrać ze sobą, a deklaruje on przyjęcie już nie dwoch tysięcy a dziesięciu tysięcy ludzi (Z biegiem lat w wyniku łączenia rodzin to będzie sześć razy więcej ludzi) na darmową strawę, trzeba powiedzieć jasno, że ci ludzie poupadali na głowy. Jeżeli dla Was ten wpis jest objawem rasizmu i ksenofobii to oznacza, że mylimy pewne pojęcia. Tu potrzeba społecznego dialogu i zarówno teksty takie jak: przyjmować wszystkich oraz biegunowo odległe: odpalamy oświęcimskie piece są niewskazane. Osobiście wole dmuchać na zimne niż płakać nad rozlanym mlekiem.

P.

Więźniowie emocjonalnego szantażu

W  ostatnich dniach cały świat obiegło zdjęcie malutkiego, martwego chłopca, którego fale wyrzuciły na plaży w tureckim Bodrum. Reakcja mediów była jednoznaczna: „Wstyd”, „Europo obudź się”. Polskie fora internetowe, portale społecznościowe, dzienniki i ich wydania internetowe wydały jasny,  jednoznaczny przekaz – Nie możemy przejść obojętnie obok tragedii uchodźców.  Moje pytanie jednak brzmi: Czy jesteśmy na to gotowi ? I dlaczego nie jesteśmy ?

Śmierć dziecka zawsze działa na nas jak cios w twarz.  Bodziec, od którego otwierają się nam oczy, adrenalina pulsuje w żyłach.  Zdjęcie małego ciałka, którego raz po raz przykrywają fale,  jest silnym impulsem, który uderza nie tylko w nasze głowy, ale także, a może i przede wszystkim – sumienia. Kolejny raz nie uszło to uwadze mediów, które wykorzystując podatność „szarego Kowalskiego” na brutalność i dosłowność zdjęcia, jednogłośnie orzekły, że „Europa powinna otworzyć oczy”.  Donald Tusk potępił wszystkich, którzy nie chcą przyjmowac imigrantów do Unii Europejskiej:

– Jakichkolwiek wyzwań nie niosłaby za sobą migracja, nie ma żadnego usprawiedliwienia dla wrogich, rasistowskich i ksenofobicznych reakcji na imigrantów .

To jasny przekaz. Jesteś przeciwko ? Musisz być rasistą lub ksenofobem. Polityczna poprawność Tuska, ulubieńca niemieckiej kanclerz – Angeli Merkel, pokazuje wyraźnie pod jakie dyktando gra były premier Polski.  Jako dodatek przypomnę, że 80% mediów w Polsce jest w posiadaniu Niemców. Tak tylko napisałem.

By dalej rozmawiać o problemie, przede wszystkim musimy odróżnić uchodźcę od imigranta. Jest to dosyć istotne by  nie było później nieporozumień związanych  z nomenklanturą. Otóż uchodźca to osoba, która ucieka ze swojego kraju z powodu panującej w tym kraju wojny lub prześladowań. Tak więc osoby uciekające z Syrii były uchodźcami w momencie kiedy znalazły sie w bezpiecznym miejscu, na terenie Grecji lub Francji, gdzie ich życiu nie zagrażało żadne niebezpieczeństwo. Ich dalsza wędrówka po Europie nie była więc ucieczką podyktowaną względami bezpieczeństwa – stała się ona migracją. Uchodźcę i imigranta różni jeszcze jedna ważna rzecz  – chęc powrotu. Dopóki jednak na granicy syryjsko-tureckiej nie będzie spokojnie, dopóty Europa będzie miała ogromny problem z imigrantami z tego regionu. Kłopot polega na tym, że Turcy mają swoje interesy w tym, by wojna w Syrii dalej trwała. Wspierajac dżihadystów oraz blokując wsparcie militarne dla Kurdów, którzy mogliby powstrzymać to szaleństwo i umożliwić Syryjczykom wrócić do domu, Turcja chce dokonać na tych ziemiach czystki etnicznej, a ludność wyekspediować do Europy. Tym sposobem liczba imigrantów, którzy w tym roku przybędą do Europy sięgnie miliona. To oczywiście dane, które zostały zarejestrowane. Ile osób znalazło się w Europie nielegalnie nie sposób zliczyć. Następny rok według prognoz ma być jeszcze gorszy.  O incydentach z udziałem imigrantów z bliskiego wschodu i ich występkach pisałem w ubiegłym roku tutaj: Diagnoza: Rak Europy

Zastanawiacie się Państwo zapewne: Dlaczego syryjscy uchodźcy/imigranci wybierają drogę ponad 3,5 tysiąca kilometrów w stronę Europy, zamiast skierować się m.in do bogatych krajów Zatoki Perskiej takich jak Arabia Saudyjska ? Odpowiedź znalazłem w wypowiedzi Pana Sławomira Ozdyka, eksperta do spraw bezpieczeństwa:

„Taka Arabia Saudyjska to jest prawie faszystowski kraj. Tam oni nic nie dają dla przybyszy, a jeszcze są bardzo rygorystyczni. Uchodźca – Arab i muzułmanin byłby gorzej traktowany niż w Europie i o tym oni wiedzą. Tutaj w Berlinie jest główne skupisko salafitów – najbardziej rygorystycznego odłamu sunnickiego islamu, który chciałby cofnąć czas do VII wieku”.

Jednym z głównych tematów są oczywiście pieniądze, jakie mieliby płacić podatnicy na imigrantów. Od liczb można dostać zawrotu głowy. Przy założeniu, że liczba imigrantów w tym roku sięgnie miliona – koszt tylko nowoprzybyłych zamknie się w okolicy 4,5 miliarda euro. Weźmy pod uwagę również liczne akcje humanitarne jak „Operacja Tryton”, zajmująca sie ochroną południowej morskiej granicy. Ta pochłania „tylko” 120 milionów euro. Szok. Jeżeli chodzi o Polskę, kwota przeznaczona na jednego uchodźcę miałaby sięgnąć ok. 1400 zł. Dokładnie tyle, ile wielu ludzi zarabia przepracowując pełen etat. Łatwo policzyć, że 1000 uchodźców w ciągu roku, wygeneruje koszty około 14/15 milionów złotych. Do tego dostaną socjalne mieszkania (W Gdyni już są szykowane) oraz pełną opiekę lekarską. Czy mając na uwadze, że wielu Polaków żyje jako „pokolenie 1500” (Jest to kwota jaką zarabiają), tak ochocze rozdawanie pieniędzy uchodźcom jest na miejscu ?  Warto dodać, że nie będą  to głównie kobiety i dzieci, ale w dużej mierze tłum zdrowych mężczyzn z roszczeniową postawą. Kilka dni temu wszedłem w dyskusję na Twitterze z Konradem Niklewiczem,  który w swoim CV ma między innimi bycie rzecznikiem prasowym polskiej prezydentury w Radzie Europejskiej oraz prace w takich instytucjach jak: Centrum Informacyjne Rządu oraz Kancelaria Premiera Rady Ministrów. Wykorzystał on to samo zdjęce, co wiele mediów. Przekaz był jasny: Nie możemy być obojętni.  Zapytałem wprost czego oczekuje. „Publicznej debaty, chwili zastanowienia nad losem uchodźców”. Gdy jednak zasugerowałem, że publiczna debata mogłaby obnażyć niechęć Polaków do przyjmowania uchodźców, zostałem nazwany „człowiekiem o lodowym sercu”, który „na swojej ścieżce myślenia jest samotny”. Ja wiem, że samotny w tej kwestii nie jestem. Wystarczy spojrzeć na komentarze w internecie pod tym tematem, by dostrzec, że nastroje w tej kwestii są przeważnie negatywne. Okazywanie miłosiedzia innym jest wielką rzeczą, nas jednak w tej chwili na nie po prostu nie stać. I to jest niepodważalny fakt.

Palący się grunt pod nogami Angeli Merkel nie wywołuje u niej żadnych negatywnych emocji.  Liczne zamieszki na terenie Niemiec nie wzruszają pani kanclerz, wręcz przeciwnie, kontynuuje swoją politykę poprawności. Nawołuje ona do wspólnej polityki imigracyjnej, co za tym idzie – Polska, która pierwotnie miała przyjąć 2 tysiące uchodźców, może ich przyjąć zgodnie z nowymi zasadami około sto tysięcy. A to początek. Liczba imigrantów będzie stale się zwiększać, a wtedy nastąpi katastrofa – kompletna destabilizacja Europy.

Nie wszystkim jednak ta polityka się podoba. Głównym jej przeciwnikiem jest Victor Orban – premier Węgier. Niespotykana już dziś u polityków charyzma Orbana, jego reformy i stricte patriotyczne podejście spowodowały, że Polska może z podziwem patrzeć Węgry, które – jeżeli się nic nie zmieni, mogą stać się ostatnim symbolem chrześcijańskiej Europy w obliczu nadchodzącej katastrofy. Słowacja z kolei mimo narzucanych im kwot uchodźczych przyjmie tylko 100 imigrantów, pod warunkiem, że będą chrześcijanami. Ich premier – Robert Fico powiedział wprost, że polityka Unii Europejskiej poniosła klęskę i nie można udawać, że możemy przyjmować imigrantów z otwartymi ramionami. Wobec nasilających się problemów, Szwajcaria zastanawia się nad wyjściem ze strefy Schengen, a Brytyjczycy w 2017 będa głosowali za tym czy chcą dalej być członkiem Unii Europejskiej. Do tego mamy również Australię, gdzie po przeprowadzeniu reform i stwierdzeniu, że prawo szariatu nie będzie przestrzegane na terenie Australii, od 7 miesięcy nie przyjęto żadnego imigranta.

Europę czeka burzliwy przyszły rok. Być może najtrudniejszy w historii. W tej chwili mamy polaryzację nastrojów: Skrajnie prawicowe ugrupowania, które w sondażach górują m.in we Francji, Danii i Szwecji nieprzychylne imigrantom z Bliskiego Wschodu oraz polityka multi-kulti, która coraz bardziej traci na popularności. Na Bliskim Wschodzie mamy nie dające o sobie zapomnieć Państwo Islamskie, syryjskie piekło wojny domowej oraz w samym sercu Europy NAS – więźniów emocjonalnych szantaży, serwowanych przez media.

Musimy zacząć postrzegać sprawy szerzej. Nie jesteśmy zachodnim supermocarstwem, które stać na utrzymywanie imigrantów. Nawet nie jestem w stanie podać długu publicznego, ponieważ z każdą minutą kwota jest coraz większa. Pół miliona polskich maluchów nie dojada. 10% ludzi poniżej 18 roku życia żyje na granicy minimum egzystencji. Kilkaset tysięcy ludzi zza zachodniej granicy chce wrócić do swoich bliskich. Zza wschodniej Polacy chcą uciec od ogarniętej wojną Ukrainy. Może warto zastanowić się nad problemami własnego kraju i własnych obywateli, zanim zaczniemy ślepo spełniać wszystkie rozkazy z Berlina i przyjmować już nie grupkę kilkunastu uciekinierów z terenów ogarniętych wojną,  ale  grupę ludzi, która często siłą  domaga się swoich praw.

P.

Krawędź krymska

W Europie trwa wojna. Nie zgadzacie się ?  Więc jak inaczej nazwać sytuację, w której na ulicach strzelają do siebie ludzie a granice geograficzne zostają zatarte ? Trudno powiedzieć kiedy ta wojna się zaczęła. Ten dzień nadszedł, budził się jak każdy inny by w końcu stać się początkiem historii, która dzieje się aż po dziś dzień na naszych oczach. I aby znaleźć sens co się dzieje i dlaczego musimy sięgnąć wgłąb tej burzliwej historii Europy.

Kiedyś

Powstały w 1427 r. Chanat Krymski po rozpadzie Złotej Ordy (znanej również jako Chanat Kipczacki – historyczne państwo mongolskie powstałe w 1240 r.) przez ponad 350 lat swojego istnienia mocno zapisał się w historii Europy Wschodniej. Ten niewielki bo liczący zaledwie około 250 tysięcy lud w 1475 r. przyjął zwierzchnictwo Imperium Osmańskiego a najlepiepiej rozwijał się w XVI wieku, w momencie kiedy pokonano Ordę Bodziacką – najgroźniejszego rywala spośród Tatarów. Po tym wydarzeniu wszystkie ordy uznały Chanat Krymski jako zwierzchnika. Zwycięstwa militarne zbiegły się w czasie z reformami wezyra – Sefera Gazy agi, które wzmacniały władzę centralną Chanatu.

W latach 1648-1654 powstało przymierze Chanatu Krymskiego z naszym dawnym sojusznikiem – Zaporoską Kozaczyzną. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że to właśnie z Kozakami Zaporoskimi mieliśmy podbijać Chanat. W wyniku konfliktu na linii: Król-Sejm (konflikty polsko-polskie, skąd my to znamy ?), do podboju nie doszło, a Kozacy sprzysięgli się przeciwko Rzeczpospolitej.  W roku 1654 miała miejsce ugoda perejesławska, na mocy której Ukraina została poddana władzy Cara Rosji. Ugodę podpisali: w imieniu Hetmanatu – Bohdan Chmielnicki i w imieniu Cara Rosji – dyplomata Wasilij Buturlin. W wyniku niebezpieczeństw związanych z sytuacją polityczną i ugodą perejesławską, Chan krymski – Islam III Girej zmuszony był w 1667 r. zawrzeć sojusz z Rzeczpospolitą, skierowany przeciwko Rosji i Hetmanatowi, który później do sojuszu z Rzeczpospolitą dołączył. (Wiem, to jeszcze bardziej skomplikowane niż obecna polityka).

Po konflikcie polsko-rosyjskim, po raz kolejny nastąpiła zmiana sojuszy. Chanat Krymski wziął udział z Turcją  w wojnach przeciwko Rzeczpospolitej (1672-1676 zakończone pokojem w Żurawnie)  a potem i z Ligą Świętą (1683 r. – rozpoczęta Odsieczą Wiedeńską – do 1699 r.  i zakończona pokojem w Karłowicach, na mocy którego Rzeczpospolita odzyskała ziemie stracone w poprzedniej wojnie z Turkami.). Chanat nie robił sobie nic z porażek i  po Karłowickim pokoju doszło do tarć z Imperium Rosyjskim, na rzecz którego Chanat stracił Azow. W wyniku wojen w latach:  1710-1711 , w 1735-1739 oraz 1768-1774, które zakończył pokój w Kuczuk Kajnardży, Chanat Krymski odzyskał niepodległość, ale tylko na papierze. Od tamtej pory władzę w Chanacie sprawowała Rosja, która w cztery lata po pokoju przeprowadziła masową emigrację ludności chrześcijańskiej na stepowe tereny Noworosji. Ludność krymsko-tatarska niezadowolona z rządów rosyjskich władz stopniowo emigrowała do Turcji, w drugą zaś stronę napływali głównie Rosjanie, którzy zasiedlali opuszczone terytoria.  Gospodarka Chanatu w szybkim tempie zaczęła bardzo słabnąć, ponieważ większość kupców i rzemieślników musiała opuścić tereny Chanatu, który miał stać się państwem wyłącznie muzułmańskim i tararskim. Nastąpiły bunty, czego efektem było powstanie przeciwko nowemu chanowi, które się nasilały z biegiem czasu. Niepokoje dały Rosji pretekst (przecież ona zawsze się broni !) do aneksji Chanatu (1783 r.). Od tej pory Chanat znajdował się na terytorium Imperium Rosyjskiego. (Region – Noworosja). Parę lat później Turcja chciała odtworzyć Chanat i odbić zbrojnie zagrabione terytoria, ale poległa w 1792 r.

1921 r. władze radzieckie oderwały Krym od jego lądowego zaplecza i przyłączyły je do Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej jako Krymską Autonomoczną Socjalistyczną  Republikę Radziecką.  Ludność rosyjska stanowiła już wtedy ok. 50% całej ludności. Mimo tego doszło do kolejnego wysiedlenia Tatarów i ludności nierosyjskiej. Czystkę przeprowadził nie kto inny jak Józef Stalin, który uważał, że Tatarzy krymscy kolaborowali z III Rzeszą i deportował ich do Uzbekistanu. Stalin nie oszczędził nikogo. Czeczeni, Niemcy Nadwołżańscy, Ingusze oraz Kałmuki musieli opuścić tereny Krymu. Nikita Chruszczow miał powiedzieć kiedyś,że Stalin chciał wysiedlić całą ukraińską ludność na Syberię, ale odwiódł go od tego tylko ogrom tego przedsięwzięcia.  w 1946 r. KASRR przekształcono w Obwód Krymski, a następnie w 1954 r. połączono go z ziemiami ukraińskimi w ramach Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej z okazji trzechsetnej rocznicy ugody perejesławskiej i polecenia Nikity Chruszczowa. Autonomię Krym odzyskał w 1992 r. po rozpadzie ZSRR jako Autonomiczna Republika Krymu.

Jak widać w wyniku burzliwej historii, wysiedleń i wojen, Krym odbiega kulturowo, etnicznie i historycznie od Ukrainy. Ze spisu powszechnego z 2001 r. wynika, że Krym zamieszkiwało ponad 58% Rosjan a już tylko 24% to Ukraińcy. W mieście wydzielonym – Sewastopolu (wchodzącemu również w skład Krymu) gdzie stacjonuje Flota Czarnomorska, Rosjan jest ponad 70%.

1992-2013

Lata ’90 XX wieku są dla Ukrainy równie burzliwe co jej wcześniejsza historia. Unia Europejska nie darzyła Ukrainy zaufaniem z powodu jej niechęci do oddania poradzieckiej broni atomowej. Sytuacja zmieniła się gdy w 1994 r. rząd Ukrainy postanowił rozwiązać kwestie sporne. W tym samym roku podpisano wstępną umowę o współpracy i określono wspólne cele i warunki na jakich umowa będzie obowiązywać. Przez lata organizowao kolejne szczyty UE-Ukraina, w myśl  których wdrażano coraz to szersze metody wspierające ukraińską demokrację i jej dążenie do bycia częścią wspólnoty. Współpraca dotyczyła m.in. wsparcia wolnego rynku, gospodarki, kultury, bezpieczeństwa wewnętrznego oraz ustanowiono strefę wolnego handlu. Unia Europejska wspierała również ukraińską opozycję podczas tzw. „Pomarańczowej Rewolucji”, gdzie pomogła doprowadzić do drugiej tury wyborów, którą wygrał Wiktor Juszczenko . Wydawać się mogło, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Niestety na Ukrainie doszło do wewnętrznych tarć, podczas których frakcja prezydenta Juszczenki popadła w konflikt z blokiem Julii Tymoszenko czego efektem było rozwiązanie parlamentu.  Pomoc w ugaszeniu wewnętrznego pożaru pojawiłą się ze strony bloku Wołodymira Łytwina, który został przewodniczącym Rady Najwyższej, a Julia Tymoszenko  – Premierem. Do tej pory Rosjanie biernie obserwowali sytuację, jaka rozwijała się na Ukrainie, by w pewnym momencie uderzyć z premedytacją i rękami  Gazpromu domagać się spłaty długów, rosnących przez kryzys gospodarczy. Wykorzystując wewnętrzny kryzys Rosjanie wymusili na Ukrainie podpisanie niekorzystne dla nich warunki cen gazu, które zwiększyłyby wpływy do rosyjskiego budżetu w okresie kryzysu. Doszło do gazowej wojny na linii: Ukraina-Rosja. Po 3 tygodniach braku dostaw gazu, podpisano porozumienie.

Jakby tego było mało, w 2010 r. doszlo do zmiany kierunku politycznego. W wyborach prezydenckich zwyciężył Wiktor Janukowycz, a Tymoszenko została odwołana i oskarżona o defraudację podczas podpisywania umowy z Rosją. Nowym premierem został Mykoła Azarow. Postępowanie karne, jej osadzenie w więzieniu w Charkowie, nie sprzyjało kontaktom z Unią Europejską, która apelowała w procesie o bezstronność. Podczas XV szczytu: UE-Ukraina, postawiono jasny przekaz, że podpisanie umowy stowarzyszeniowej dotyczącej wolnego handlu z Unią Europejską, będzie zależało od poziomu demokracji na Ukrainie. Mimo wielu nieścisłości, rok po negocjacjach powstał gotowy projekt reformujący ukraińskie prawo, co spotkało się z kolejnym ochłodzeniem relacji z Rosją, która wycofała się ze wsólnej współpracy gospodarczej.

Dzisiaj

I gdy po raz kolejny wszystko wydawało się iść zgodnie z planem, 21 listopada 2013 r. rząd wstrzymał przygotowania do podpisania umowy stowarzyszeniowej. Po ogłoszeniu tej decyzji, na Ukrainie doszło do serii prounijnych demonstracji. 30 listopada 2013 r., jednostki specjalne policji – Berkut  brutalnie rozpędziło protestujących. To zaowocowało zaostrzeniem konfliktu, zradykalizowaniem prostestu i rozlaniem się manifestacji po całym kraju. Plac Niepodległości w Kijowie stał się miejscem codziennych manifestacji, które z biegiem czasu stały się ogólnonarodową rewolucją, którą nazwano – Euromajdan. Opozycjoniści (w tym Arsenij Jaceniuk i Władymir Kliczko) domagali się usunięcia prezydenta Janukowycza. Wystraszony prezydent pod naciskiem protestów i zachodu postanowił przywrócić konstytucję z 2004 r. i doprowadził do wcześniejszych wyborów. Po wielu dniach krwawych walk i manifestacji, 21 lutego Janukowycz uciekł ze stolicy do Rosji, a dzień później parlament usunął go z urzędu. Ciekawa sytuacja miała miejsce 28 lutego. Na konferencji prasowej w Rostowie nad Donem (Rosja), Janukowycz oznajmił, że został odsunięty od władzy nielegalnie i, że  dalej czuje się prezydentem Ukrainy.

Tymczasem na Krymie wybuchły protesty przeciwko nowym władzon Ukrainy, które były ujściem separatystycznych nastrojów, które z biegiem czasu stawały się coraz większe. Separatyści ściągnęli ze wszystkich urzędów flagi ukraińskie, wywieszając rosyjskie. Pierwsza wzmianka o rosyjskich żołnierzach na Ukrainie pojawiła się 26 lutego, przed budynkiem krymskiego parlamentu w Symferopolu, który dzień później został zajęty przez separatystów. Z kolei 1 marca, Władymir Putin zażądał od Rady Federacji zgody na wysłanie wojsk na Ukrainę. Rada Federacji oczywiście zgodziła się z prezydentem. 16 marca odbyło się referendum na temat statutu Republiki Autonomicznej Krymu. Według danych, ponad 96% zagłosowało za przyjęciem Krymu wraz z Sewastopolem do Rosji. Rada Najwyższa Republiki Autonomicznej Krymu dzień później przyjęła niepodległośc Krymu, jego suwerenność uznała Rosja i dzień później podpisano umowę o włączenie Republiki Krymu i Sewastopolu do Rosji, jako nowe podmioty federacji. Umowę ratyfikowano 21 marca 2014 r. Poza Krymem, w południowo-wschodniej Ukrainie również doszło do konfrontacji militarnych pomiędzy separatystami prorosyjskimi z samozwańczych republik ludowych: donieckiej i ługańskiej oraz ukraińskimi siłami bezpieczeństwa. Konflikty trwają de facto po dziś dzień, mimo wielokrotnego zapewnienia o nieagresji. Tymczasem w maju 2014 r., nowo wybrany prezydent – Petro Poroszenko dążył za wszelką cenę do podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską co udało mu się już 27 czerwca 2014 r. Czy jednak Putin zajmując Krym myślał tylko kategoriami politycznymi ? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Mówi się coraz głośniej, że półwysep krymski, do tej pory bazujący na turystyce, posiada ogromne złoża gazu, które w pewnym stopniu mogłyby Ukrainę uniezależnić gazowo od Rosji. Na to Putin nie mógłby sobie pozwolić. Jego wizja unii euroazjatyckiej z udziałem byłych republik radzieckich nie może się powieść w momencie, gdy Ukraina zdecydowałaby się na integrację z Unią Europejską.

Echo

Reakcja świata na aneksję Krymu mogła być tylko jedna i można się jej było spodziewać.  Potępienie. Rada Europy jak i Zgromadzenie Ogólne ONZ nie uznało ważności referendum na Krymie. Wyrażono ubolewanie nad Tatarami krymskimi, którzy znaleźli się w epicentrum kryzysu. Wśród krajów potępiających działania rosyjskie znalazły się również między innymi: USA, Kanada, Australia oraz Gruzja (która przecież również była ofiarą Rosji. Osetia i Abchazja są obecnie rosyjskie).  Kryzys krymski miał ogromne odbicie w gospodarce. Rubel poleciał na głowę,  akcje Gazpromu o 15%. Na Rosję sukcesywnie nakładano sankcje, które mocno odbiły się na gospodarce rosyjskiej, która oparta przecież jest na imporcie, nawet podstawowych produktów takich jak pomidory.

Pat

Rosyjska gospodarka osuwa się w ekonomiczną przepaść, a Władymir Putin ma poparcie tak ogromne, jak nigdy. Praktyka rodem z ZSRR, propagandowy show serwowany przez telewizję i karmiący wyprane mózgi Bogu ducha winnych Rosjan powoduje, że Putin stał się dla nich niemal obiektem kultu.  Taki wpływ na masową wyobraźnię umacnia jego pozycję prezydenta-cara, który chce przecież „tylko” wyzwolić bratni naród.  Borys Niemcow, który został zastrzelony 28 lutego 2015 r. w niejasnych okolicznościach powiedział w jednym z wywiadów: „Dopóki naród nie będzie łączył kryzysu z działaniami prezydenta, poparcie dla niego się nie zmieni”. Trafił w sedno. Putin napędzany silnikiem propagandy znalazł się tak naprawdę w sytuacji bez wyjścia, bo każde rozwiązanie pokojowe w Rosji jest nie do przyjęcia. Nastąpił impas.

Jutro

Europa znalazła się u krawędzi wojny, a na scenie politycznej mamy szachy. Porozumienie w Mińsku, dzięki któremu Angela Merkel i Francois Hollande mogli oszacować faktyczne zamiary Putina przyniosło na ten moment chwilowy, względny spokój na granicy (tylko gdzie ona teraz przebiega ?), poza paroma przypadkami pogwałcenia zawieszenia broni. Putin potrzebuje oddechu. Przyparty do muru, zdający sobie sprawę z ekonomicznej przepaści nad którą się znalazł, zyskuje na czasie i liczy na poluzowanie stosunków z Europą. Ale nie chce się wycofać ponieważ nie może. Machina propagandy musi dalej pracować. Pokój będzie dla niego porażką, a dla narodu zawodem – a na to nie może sobie pozwolić. Jego celem jest federalizacjia Ukrainy, na co jej rząd się nie zgodzi, stąd jego reakcja agresją. Ale zaczyna brakować mu argumentów. Zdaniem historyka Jurija Felsztyńskiego zachód musi dozbrajać Ukrainę oraz wspierać ją finansowo. To jedyne wyjście, dzięki któremu nie ulegnie ona humanitarnej katastrofie . Swoją pomoca deklarował rownież prezydent USA – Barack Obama. Putin w odpowiedzi na pomoc zachodu grozi, że konflikt rozleje się po całym regionie, w tym w Polsce.  Chodzą słuchy, że Kreml przygotowuje się do wojny, która zdaje się być nieunikniona i na którą paradoksalnie go nie stać. Rosjanie deklarują, że są gotowi walczyć, ale bądźmy szczerzy: Armia rosyjska mimo potencjału ludzkiego jest zacofana technologicznie i walka z sojuszem mogłaby być brutalna dla Kremla. Ostatnim argumentem Putina i niewykluczone, że nim będzie jest broń jądrowa. Dimitri Kisielow, znany dziennikarz powiedział, że „Rosja to jedyny kraj, który może zamienić Stany Zjednoczone w radioaktywny popiół”. Szantaż jądrowy jest prawdopodobny. W przypadku, w którym konflikt trwałby kilka lat powstrzymanie Putina mogłoby być możliwe dzięki coraz ostrzejszym i bardziej zdecydowanym  sankcjom, które w dłuższym okresie mogłyby okazać się dla Rosji zabójcze. Bądźmy jednak szczerzy, w rok od rozpoczęcia konfliktu zarówno Unia europejska jak i USA były bardzo opieszałe w temacie sankcji. Muszą być one bardziej rygorystyczne. Odcięcie Kremla od dostaw dałoby odpowiedź na pytanie:  Jak długo Rosjanie są w stanie iść w strone ognia za swoim prezydenem ?

Polska a konflikt na Krymie

„Ukraina chce dzisiaj ekspertów, oficerów, bo buduje armię, prowadzi wojnę. Byłbym za tym, żeby takich oficerów im posłać. Byłoby fantastycznie, gdyby polscy żołnierze walczyli w Doniecku. Wtedy pokazujemy, że budujemy głęboki, trwały, strategiczny sojusz, który będzie gwarantem bezpieczeństwa nie tylko naszego, ale i  Europy”– powiedział w „Kontrwywiadzie RMF FM” Zbigniew Bujak.

„Ministerstwo Obrony Ukrainy zwróciło się do krajów NATO o pomoc w szkoleniu podoficerów. Polska odpowiedź będzie pozytywna. Szkolenie bardzo potrzebne … Polska od wielu miesięcy bierze udział w reformie edukacji oficerów Ukrainy. Zaangażowanych jest 5 polskich uczelni wojskowych i kilkudziesięciu ekspertów” – informował z kolei gen. Bogusław Pacek, doradca szefa MON na Twitterze.

Zastanawiające jest to, że tak wielu ludzi z górnych szczebli naszej władzy tak bardzo chce dozbrajać Ukrainę, szkolić jej oficerów i wysyłać naszych żołnierzy. Dlaczego jest to zastanawiające ? Ponieważ stan naszej armii jest delikatnie mówiąc średni na jeża. Nasza armia liczy wg Tomasza Siemoniaka ok. 120 tysięcy żołnierzy działających na nienowym już sprzęcie. Czy aby na pewno ? Z licznych źródeł można wyczytać, że Polska posiada ok. 30 tysięcy szeregowców przy jednoczesnie dwukrotnie większej liczbie kadr dowódczych (!?). Romuald Szeremietiew wspominał, że Polsce potrzebna jest zmiana systemu obrony narodowej. Szkoda, że w tak wielkim państwie jak Polska nikt wcześniej nie wpadł na pomysł jak zorganizować wojsko, by w przypadku (odpukać) gdyby Rosjanie utorowali sobie korytarz i weszli przez Kalingrad do Polski miałby nas kto bronić i wiedział w jaki sposób ma to robić. Generał Skrzypczak powiedział w jednym z wywiadów, że Polska bez wsparcia broniłaby się 3 dni. Nasza sytuacja z uwagi na geograficzne położenie jest w tej chwili bardzo trudna, ponieważ u naszego sąsiada jest wojna, i nastrój ten również czuć w Polsce. Polacy sie boją. NATO powinno zrozumieć sytuację, w której odmówilibyśmy pomocy wysyłania wojsk/oficerów na Ukrainę właśnie ze względów na specyficzną sytuację w jakiej się znajdujemy. Nie zapominajmy, że wysyłając oficerów na Ukrainę, automatycznie zajmujemy jedną ze stron w sporze. Nam na tym konflikcie nie zależy. Czy głoszenie neutralności w tej kwestii byłoby odpowiednim posunięciem ? Jestem tego zwolennikiem. Kompromitujące wypowiedzi naszych polityków jak te Grzegorza Schetyny o tym, że to głównie ukraińscy żołnierze wyzwalali Auschwitz  maja ogromną siłę rażenia, działają w Rosji  jak płachta na byka i nie służą nam kompletnie w relacjach z nimi. Umówmy się, że nie mamy żadnego interesu w tym by wysyłać na Ukrainę wojska. Najbardziej przykre w całej tej sytuacji jest to, że w przypadku konfliktu na ziemiach polskich będziemy uzależnieni nie od własnych sił zbrojnych, ale od sojuszy, sąsiadów i pseudonegocjatorów. Już kiedyś w naszej historii też czekaliśmy na wsparcie naszych sojuszników, które miało nadejść. Jak się to skończyło wszyscy wiemy.

P.

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

Na portalu Twitter w ostatnim czasie popularna była akcja z hashtagiem #wygaszone. Ludzie wysyłali zdjęcia z zamkniętymi zakładami przemysłowymi. Był to drwiący efekt na słowa Ewy Kopacz, która poczas górniczych protestów informowała, że : „w restrukturyzacji Kompanii Węglowej nie chodzi o likwidację, a o wygaszanie kopalni”. Dziesiątki zdjęć pokazały smutny obraz polskiego przemysłu. Dzisiaj (tj. 6.02.2015) w Sejmie mocą większości koalicyjnej PO-PSL przegłosowano ustawę ws. Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Za było 254 posłów, przeciw 175, 8 wstrzymało się od głosu. Wygaszono tym razem polski, tradycyjny model rodziny.

Zanim zostanę nazwany średniowiecznym ciemnym ludem i człowiekiem, który „skoro jest przeciw musi nienawidzić kobiet” odpowiem, że każda forma walki z przemocą jest ważna i to niezależnie od tego czy dotyczy kobiet, dzieci czy mężczyzn, których również ten problem dotyczy (zdziwiliby się Państwo w jak wielu przypadkach), należy ją podjąć. Problem polega nie tyle na samej walce, co na instrumentach, którymi dzisiaj możemy się posługiwać.  Polskie prawo karne jest dalekie od idealnego, ale może zacznijmy od jego zmiany zamiast podpisywać jak leci wszystkie dekrety unijne. Kolejny raz podpisaliśmy unijny dokument, który tak naprawdę uderza w tradycyjny model rodziny. Dlaczego ? Otóż proszę Państwa wg. badań Unii Europejskiej w Polsce mamy najmniej przypadków przemocy wobec kobiet spośród wszystkich krajów UE. Powodem jest to, że u nas w kraju panuje przekonanie, wywodządze się oczywiście z tradycji o klasycznym modelu rodziny: mama+tata+dziecko/dzieci. Konwencja natomiast oparta jest na feministycznej ideologii gender, która z kolei wymaga od kraju przyjmującego ów konwencję na zmianę definicji płci z biologicznej na… kulturowo-społeczną. Ten konwencyjny bełkot prowadzi tylko do tego, że w szkołach dzieciaki będa się uczyły o „niestereotypowej roli plci”, co prowadzi tylko do promowania homoseksualizmu i innych dewiacji oraz orientacji płciowych (LGBT), za którymi w ostatnim czasie chętnie wstawiał się były polsko-niemiecki mistrz świata w boksie – Dariusz Michalczewski.

Posłowie PO i PSL pokazali tylko swoją miałkość i brak chęci do zmian, które mogliby sami zaproponować, bo konwencja nie wnosi żadnych nowy prawnych rozwiązań problemu przemocy domowej oraz żadnej nowej ochrony dla poszkodowanych. Jest to tylko kawałeczek papieru, który dzięki mediom został okrzyknięty „panaceum na wszelka przemoc”. To nieprawda. Podpisanie konwencji będzie kosztowało kieszenie podatników bagatela 200 mln złotych, za które nie otrzymamy praktycznie nic w zamian poza kolejnym „wypraniem” polskiej kultury i zastąpieniem jej „europejskim dobrem wspólnym”. Polska podpisując kolejne traktaty, konwencje i inne dokumenty staje się kolejnym „bezłpciowym województwem Europy”. Najsmutniejsze, że  podczas głosowania nad konwencją zastosowano tzw. „sleight of hand” czyli rzucenie tematu, który budzi kontrowersje i po cichu głosowanie/przepychanie czegoś innego. Dzisiaj miało miejsce również głosowanie za podwyższeniem kwoty wolnej od podatku i dzięki tej samej koalicji, która głosowała za uchwaleniem konwencji, została ona odrzucona. Co za tym idzie ? Po raz kolejny dobranie się do kieszeni, tym razem tych najbiedniejszych, żyjących najskromniej Polaków…

P.

Czy mamy kopacz dalej ?

O tragicznej sytuacji polskiego górnictwa wiadomo nie od dzisiaj. Od wielu dni, w kopalniach, zarówno na powierzchni, jak i pod ziemią, strajkują górnicy. W nocy z 14/15 stycznia, w Sejmie, dzięki głosom koalicji rządzącej, przegłosowano projekt nowelizacji ustawy górniczej, która dotyczy Kompanii Węglowej. Głosowanie ma się odbyć dzisiaj (tj. 15 stycznia 2015). Projekt, trafił do Sejmu jako poselski, by przyspieszyć procedowanie. To oznacza, że rząd chce w 3 dni zamknąć kopalnie: KWK Bobrek-Centrum, KWK  Sośnica-Makoszowy, KWK Brzeszcze o KWK Pokój.

Strajkuje 14 kopalń należących do koncernu Kompanii Węglowej. Pod ziemią jest ok. 1,100 górników. Najwięcej z nich, jest w kopalni Brzeszcze – 460.  W KWK Sośnica-Makoszowy, 5 osób prowadzi na powierzchni strajk głodowy. W Katowickim Holdingu Węglowym, związki zawodowe organizowały „masówki” i zachęcały do czynnego udziału w proteście od piątku.

Demonstracje obejmują coraz więcej miejsc. Największa odbyła się w Bytomiu. Zorganizowało się tam ok. 10 tysięcy ludzi, warto podkreślić, że to nie tylko górnicy i ich rodziny, ale również zwykli mieszkańcy, nie mający z kopalniami nic wspólnego. Ludzie organizują manifestacje, pikiety, blokady dróg. Samorządowcy z Rudy Śląskiej podjęli specjalną uchwałę, w której wskazali, że decyzje o wygaszeniu kopalń, których :„nieodwracalne gospodarcze i społeczne skutki pogrążą w ubóstwie tysiące śląskich rodzin”.

Plan naprawczy o którym mowa  zakłada sprzedaż nowej, zawiązanej przez Węglokoks spółce celowej 9 z 14 kopalń Kompanii. Jedną z kopalń ma kupić Węglokoks (Piekary), a cztery wcześniej wymienione: Bobrek-Centrum, Sośnica-Makoszowy, Pokój i Brzeszcze mają być przekazane Spółce Restrukturyzacji Kopalń, co w praktyce oznacza ich „wygaśnięcie”, a mówiąc po ludzku –  likwidację. Innego zdania jak zwykle jest Pani Premier Ewa Kopacz, która sugeruje, że nie chce kopalń likwidować, a restrukturyzować, dodając w późniejszym wywiadzie, że: „ma plan dotyczący polityki energetycznej w perspektywie  30-letniej”. Wcześniejsze negocjacje z przedstawicielami górników, spełzły na niczym. 12 godzin rozmów nie przyniosły porządanych efektów.

– Przyjechałam tu na Śląsk z bardzo konkretną propozycją – propozycją ochrony miejsc pracy dla górników, dla których pracy mam olbrzymi szacunek (…) Rozstaliśmy się w atmosferze, że propozycja, którą złożyliśmy, pozostaje nadal na stole. Tych, którzy będę chcieli z niej skorzystać, zapraszam do kolejnych rozmów, tym bardziej, że taką deklarację również usłyszałam – powiedziała premier.

Przedłużający się prostest nie służy nikomu, a Premier Kopacz zaczyna chyba brakować argumentów, w starciu z silną związkową opozycją, która otrzymała wsparcie od innych grup, między innymi: stoczniowców i kolejarzy. Fakt, że na dzisiejszym posiedzeniu sejmu Kopacz w ogóle się nie pojawiła i wysłała w bój wicepremiera i ministra gospodarki – Janusza Piechocińskiego, na którego spadła również krytyka ze strony Janusza Palikota, który po totalnej porażce Twojego Ruchu, stara się wrócić do politycznej ektraklasy, nie kryjąc sympatii do PO i rządając dymisji wicepremiera.

Piechociński kajał się z kolei u Moniki Olejnik w RadiuZET:

Czuję, że zabrakło mi determinacji, żeby wyjść z rozmów w Katowicach i powiedzieć ówczesnemu premierowi, że to jest błąd, że deklaruje wobec związków zawodowych coś, co jest nie do zrealizowania”. 

Czy poniesie konsekwencje ? Czas pokaże. Nie spodziewam się jednak ustąpienia z rentownej posady Pana wicepremiera.

 Może zadajmy sobie pytanie: Dlaczego polskie górnictwo jest w tak fatalnej sytuacji  ?

Trochę statystyk. Polska posiada ponad 80% zasobów węgla kamiennego w Unii Europejskiej. Współczynnik nagromadzenia zasobów (zasoby/powierzchnia) jest ponad 60 razy większy w stosunku do pozostałej części Europy. Oznacza to, że w praktyce powinniśmy być „węglowym krezusem”, „surowcowo-energetyczną bazą” i głównym eksporterem węgla w UE. W rzeczywistości produkcja węgla, z roku na rok spada, przy rosnącym imporcie, który stanowi już 20% rynku w Polsce, głównie detalicznego – a więc tego, który przynosi zyski. Brzmi jak paradoks prawda ?

Wielu ludzi zarzuca górnikom ogromne pensje, „13”, „14”, „barbórkowe” ,oraz szereg innych przywilejów, których nie posiadają inni. Można się spierać o wysokośc pensji, jednak to nie to jest głównym problemem. Umówmy się, że praca w kopalni do najłatwiejszych i najbezpieczniejszych nie należy i bądźmy szczerzy: to nie górnicy są przyczyną kryzysu polskiego górnictwa. Co w takim razie ? Odpowiedź rozgałęzia się na pare wątków. Pierwszym z nich jest fatalne zarządzanie spółkami węglowymi. Ludzie mianowani na te stanowiska są niekompetentni, często są to lobbowani przez polityków managerowie, którzy nie potrafią i nie mają pojęcia o górnictwie, czego dowodem są obecne protesty i manifestacje. W moim odczuciu najważniejszą z przyczyn jest jednak podpisanie przez rząd Donalda Tuska pakietu energetyczno-klimatycznego w 2008 roku, który uderza w polską gospodarkę niczym kowadło spadające na głowę kojota w kreskówkach z cyklu „Looney Toones”. Donald Tusk swoją nieprzemyślaną decyzją doprowadził do katastrofy ekonomicznej naszego kraju. Efekty ? Wg. Doktora Tomasza Teluka (Instytut Globalizacji) to: dwukrotny wzrost cen prądu, wzrost bankructwa i bezrobocia, spadek konkurencyjności polskiego przemysłu, który bazuje na węglu przecież. Na koniec wzrastają wydatki fiskalne państwa, które, żeby móc powiązać koniec z końcem, zaciąga kredyty w prywatnych bankach komercyjnych.  Idąc dalej za Dr Telukiem:

„Nasz kraj nie prowadzi profesjonalnego lobbingu swoich interesów narodowych w Brukseli. (…) Polscy politycy są albo słabymi negocjatorami, albo działają z premedytacją, za obietnice jakichś lukratywnych miejsc w Brukseli po zakończeniu kadencji.”

I bezpośrednio pod nim cytat ze strony http://www.niewygodne.info.pl z dnia 28.02.2012.

„Oby nigdy nie okazało się, że w przypadku pakietu klimatycznego premier naszego państwa, w zamian za swoją zgodę, był wodzony jakimś europejskim stanowiskiem. Z drugiej jednak strony – i tak nie ma to już żadnego znaczenia, bowiem katastrofa gospodarcza wydaje się być nieunikniona”.

Działa na wyobraźnię, prawda ?

Kolejny punkt który jest powodem upadku polskiego górnictwa to szereg: firm, firemek, spółek, spółeczek w okół kopalń, które je wysyssają, dziwnym trafem świetnie współpracując ze zmieniającymi się zarządami tych własnie kopalń. Nakładanie dodatkowych kosztów na kopalnie przy jednoczesnym kupowaniu gazu od Rosji, również nie wpływa dobrze na ten sektor gospodarki. Na jedną tonę węgla podatki dzisiaj siegają powyżej 90 złotych, gdzie 15 lat temu było to ok. 25 złotych. Do tego mamy między innymi odprawy jak np. dla Pana Mirosława Tarasa, który tak fatalnie zarządzał Kompanią Węglową, że zdymisjonowany został nagrodzony odprawą… 960 000 złotych, zarabiając wcześniej 80 000 złotych. Wysokie pensje górników możecie Państwo włożyć między bajki. Powstała nawet strona na Facebooku: „Tyle zarabia górnik, koniec kłastw”, gdzie górnicy z różnych regionów wklejają swoje paski z wypłatą.

Jedną z niewielu opcji ratunku dla polskiego górnictwa jest prywatyzacja kopalń. Dla górników nie ma znaczenia czy właścicielem jest prywatny inwestor czy państwo. Oni chcą mieć pracę, poczucie stabilizacji i chcą by kopalnie działały. Kopalnia „Silesia”.Tam związkowcy z inżynierami skrzyknęli się i założyli spółkę pracowniczą, składając się na mały kapitał początkowy.  Zainwestowali w firmę doradczą z Warszawy, która napisała im biznes plan: ile potrzebują, jakie złoża mają i na sam koniec rozesłali informację na cały świat. Jak to jest, że ta kopalnia, której prywatnym inwestorem  zostali w końcu Czesi, w 4 lata ze skraju bankructwa doprowadziła do tego, że po pewnym czasie zaczęła zarabiać ? Może przyczyną jest, że w „Silesii” są 4 związki zawodowe a w Kompanii Węglowej 160 ? Może aparat administracyjno-urzędniczy wsparty małymi spółkami w okół kopalni, nie grabiący kopalni ma na to wpływ ?

Dziwne, że wszystko co w naszym kraju przynosi zysk, musi zostać tak opodatkowane, że w pewnym momencie tego zysku nie przynosi (szykuje się kolejny podatek do paliwa!). Znalazłaem sugestię, że doprowadzanie kopalni do skraju bankructwa i wyprzedaż ich ma na celu łatanie dziury finansowej jaka powstała po kompletnie nieudanym OFE. Jak to jest, że kupujemy węgiel nawet z Australii ? Mam dziwne wrażenie, że nasz rząd nawet z kopalni złota nie potrafiłby zysków czerpać, a co dopiero z węglem. Górnicy pytaja dalej panią Premier, która zaczyna ich unikać: czy mamy KOPACZ dalej ?

P.

Charlie, we have a problem

Wolność słowa jest to prawo do swobodnego wyrażania poglądów, mówienia swojego zdania, generalnie wszystkiego co nam ślina na język przyniesie. Wolność słowa to w chwili obecnej norma cywilizacyjna. Jest to standard, który jednak jest obłożony pewnymi ograniczeniami. W Polsce ograniczenia te uwzględniają między innymi: obrażanie innych ludzi na przykład ze względu na kolor skóry lub wyznanie. Partie polityczne nie mogą nawiązywać w swoich programach między innymi do totalitarnych metod takich jak faszyzm czy komunizm. Za niedostosowanie się do wyżej wymienionych ograniczeń grozi kara grzywny lub pozbawienia wolności.

„Charlie Hebdo” to francuski tygodnik satyryczny, ukazujący się co środę. W tygodniku znajdują się reportaże na temat polityki, sekt, islamu, katolicyzmu, judaizmu a także między innymi skrajnej prawicy. Wiele ilustracji (mających satyryczny i ironiczny wydźwięk, rzecz jasna) dotyczy religii. I to właśnie naigrywanie się z Mahometa doprowadziło do rzeźni 7 stycznia, w której zginęło 12 osób.

Andrzej Sapkowski napisał w swojej książce „Krew elfów” coś takiego: „Nie drwij z cudzej religii, ani to ładne, ani grzeczne, ani… bezpieczne”. Mleko się już rozlało, trzech terrorystów (dwóch z nich to francuzi: Cherif i Said – typowe francuskie imiona, prawda?) wkroczyło do redakcji „Charlie Hebdo” i dokonało masakry. Wśród ofiar są między innymi czterej rysownicy: Georges Wolinski, Jean Cabut, Bernard Velhac i Stephane Charbonnier, rysujący pod pseudonimem „Charb”, który swoimi pracami wywoływał sporo kontrowersji, otrzymywał pogóżki, a w świecie Al-Kaidy był wysoko na liście „osób do odnalezienia”. W 2012 r. udzielił wywiadu, w którym powiedział: „Nie boję się odwetu. Nie mam dzieci, nie mam żony, nie mam samochodu, nie mam długów. Wolę umrzeć na nogach niż żyć na kolanach”.

Rozgłośnia Państwa Islamskiego określiła zamachowców mianem „bohaterów”. A Europa dalej milczy. Przynajmniej z wierzchu. Wewnątrz trawią ją protesty, takie jak między innymi w Kolonii, gdzie państwowe instytucje zgasły na jakiś czas. We Francji ludzie wychodzą na ulicę, David Cameron chce wyjść z UE lub radykalnie ograniczyć przepływ ludzi z „krajów trzeciego świata”.

„Cherlie Hebdo” nie oszczędzało nikogo. Dostawało się wszystkim: Papieżowi, Muzułmanom, Katolikom.  W Polsce rysownicy zostaliby ukarani prawdopodobnie grzywną za obrazę uczuć religijnych. Z czasem musieliby stonować swoje kontrowersyjne poczucie humoru, a nakłady prawdopodobnie by spadły i trzeba by było wymyślić coś innego. Ale swoboda wypowiedzi w innych krajach jest trochę inna. Według Koranu ci rysownicy byli wrogiem, którego trzeba było zlikwidować a karą była śmierć. Światowe gazety łączyły się w żałobie z Francją.  Chyba wszystkie oprócz polskich. U nas dzień później „wolność słowa” nabrała nowego wydźwięku. Na konferencji prasowej Jerzego Owsiaka i WOŚP, dziennikarz telewizji Republika Michał Rachoń po zadaniu niewygodnego dla Owsiaka pytania, został prezezeń wyrzucony. Tzn. z rozkazu Jego Królewskiej Mości Owsiaka, banda dresiarzy wyprowadziła dziennikarza za drzwi. W normalnym kraju, gdzie media są bezstronnymi komentatorami, dziennikarze zaprotestowaliby, zrobiliby cokolwiek, by solidarnie z kolegą pokazać, że to nie jest w porządku, że zadawanie niewygodnych pytań nie może być przemilczane. Co się stało zatem ? Nic. Wszyscy siedzieli jak trusie. Wstyd. Nie od dziś wiadomo, że polskie media to jedno wielkie ścierwo. O tym napiszę kolejny tekst.

Wracamy do pytań: Ilu radykalnych muzułmanów jest w Europie ? Czy planują kolejne ataki ? Czy jesteśmy bezpieczni ? W listopadzie pisałem o tym już tekst: https://patrzeiniewierze.wordpress.com/2014/11/20/diagnoza-rak-europy/ . Podawałem w nim statystyki i dane, które mówią nam, że nie jest najlepiej. Jesteśmy w przeddzień wojny religijnej, czy tego chcemy czy nie.  Potrzeba radykalnych zmian, ponieważ bez nich Europa umrze, a wraz z nią wszystkie wartości, jakie udało się nam do tej pory zachować i bogactwo kulturowe, którego nie sposób wycenić.

2015 rok zaczał się tragedią. Co na to nasz nowy Król Europy ? Donald Tusk na tweeterku napisał, że jest teraz z Francją. Zero konkretów. Ale nie czuję się tym rozczarowany, ponieważ niczego się po Tusku nie spodziewałem. Chciałoby się sparafrazować słowa Baracka Obamy: „Dzisiaj wszyscy jesteśmy Charlie”. Nie, nie jesteśmy. Świeczka na twiterze, „Je suis Charlie” na facebooku, nie zrobi z nas orędowników wolności słowa. Potrzeba gruntownych zmian w Europie, bo mit multi-culti nie funkcjonuje, kiedy to do cholery zauważycie  ?

P.

Diagnoza: Rak Europy

Kiedyś

Historycy nie są zgodni co do kwestii najważniejszej bitwy pierwszego najazdu muzułmanów na Europę. W myśl pierwszej grupy, najistotniejszym sukcesem była obrona Konstantynopola przed kalifatem Umajjadów w latach 717/718 dowodzonym przez Maslama ibn Abd al-Malika. Trwająca rok czasu walka między Cesarstwem Bizantyjskim a Arabami zakończyła się odstąpieniem najeźdźców od Konstantynopola. Mimo ogromnej przewagi Arabów nad wojskami Leona III Izauryjczyka i  chana Bułgarii -Terweła (200.000 tys. do 80.000 tys.) nie udało im się pokonać przeciwnika, a główny atak arabski został odparty.

Druga grupa uważa, że to zwycięstwo Karola Młota pod Poitiers w roku 732 nad wojskiem Abda ar-Rahmana i jego 50 tysięcznej armii Maurów i Berberów, było momentem zatrzymania zalewu arabskiego w Europie. Przeciwnicy tej teorii sugerują, że była to tylko łupieżcza wyprawa, a Arabowie byli zbyt słabi na kolejne podboje w Galii. Zdania sa mocno podzielone.

O ile w kwestii pierwszego najazdu Arabów są pewne wątpliwości co do najważniejszej bitwy, tak jeżeli chodzi o drugi najazd  na Europę, nie ma co do tego żadnych pytań. Zwycięstwo Jana III Sobieskiego w 1683 roku, przybywającego z odsieczą w myśl porozumienia polsko-austriackiego przeciwko Turcji, odbiło się szerokim echem w całej Europie. Słowa Sobieskiego: „Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężył Bóg”, które zawarł w liście do Ojca Świętego, informując go o zwycięstwie, były komentowane wszędzie, a Polska, która od dawna była postrzegana m.in. przez Papieża Jana XXII za tarczę, która chroni Europę przed najazdami tatarskimi, po raz kolejny pokazała swoją niezwykłą siłę. Przykrą ciekawostką jest fakt, że austriaccy i niemieccy historycy z XIX wieku marginalizowali udział Polski w jednej z najważniejszych o ile nie najważniejszej bitwie w Europie tamtych czasów. Tłumaczenie braku symbolicznego pomnika Jana III Sobieskiego w Wiedniu niewystarczającymi środkami i innymi mało istotnymi argumentami jest co najmniej zabawne. My wiemy swoje. Jan III Sobieski i jego dzielna armia zatrzymali wyznawców Mahometa przed dalszymi podbojami. Bogu niech będą dzięki.

Wczoraj.

Zaczęło się tak samo jak zwykła emigracja zarobkowa. Po II wojnie światowej, podczas przemian gospodarczych, do krajów Europy Zachodniej przybyli mężczyźni podejmujący różnego rodzaju prace, których rodowici mieszkańcy nie chcieli wykonywać. Kuszące zarobki pozwalały utrzymać im wielodzietne rodziny. Wieści rozchodzą się szybko, dlatego do pracujących już mężczyzn, dołączali następni wraz z wielodzietnymi rodzinami. Ponieważ nie chcieli zostać na stałe, nie asymilowali się z resztą społeczeństwa. Załamanie sie sytuacji w krajach arabskich spowodowało, że zostali na stałe w Europie  Zachodniej.

Ponieważ w Europie obowiązuje prawo ziemi obarczone jednak pewnymi restrykacjami (Francja, Niemcy, Wielka Brytania – czyli ulubione kierunki muzułmanów). Dzieci urodzone przez rodziny muzułmańskie w krajach zachodnich automatycznie stawały się obywatelami kraju, w którym osiedlili się jego rodzice, przy założeniu, że spędzili w danym kraju okreslony czas, z czego nie wynikał zazwyczaj problem.  Mijają lata, a efektem tego procesu są kolejne pokolenia Muzułmanów, swobodnie posługujących się językiem kraju, w którym się wychowali. Stali się oni dużą częścią społeczeństwa, które coraz częściej domaga się swoich praw.

Dzisiaj.

W niektórych państwach europejskich jest po rybach. Jak banalnie by to nie brzmiało, to smutna prawda. Niemcy swoją polityką otwartości doprowadzili do tego, że ludzie boją się głośno mówić o Muzułmanach, ale mimo wszystko ponad 75% odczuwa obawy w związku z coraz większą ekspansją islamu w ich kraju. W ostatnim czasie przeciwko muzułmanom wyszli protestować kibice piłkarscy w Kolonii. Prasa nazwała ich (kibiców, rzecz jasna) „Naszym (niemieckim) największym problemem”. Ludzie mają dość wielogodzinnych bitew m.in. w Hamburgu pomiędzy salafitami a kurdami. Świadkowie opowiadali, że mieli wrażenie „jakby konflikt z Syrii przeniósł się do ich miast”. Tu nie chodzi o grupę Turków, chcących wybudować meczet. Tu chodzi o tych najbardziej zradykalizowanych salafitów, którzy dążą do narzucenia całkowitego prawa szariatu oraz zachęcają do tego młodych Niemców rozdając im egzemplarze Koranu. Do końca roku salafitów ma być u naszych zachodnich sąsiadów ok. 7 tysięcy. Jeszcze parę lat temu była to liczba 2 tysięcy. Kibice, ale i nie tylko oni boją się, że tak szybko rozwijająca się grupa radykałów zrobi w którymś momencie z jednego z niemieckich miast krwawą łaźnię.

Powstały specjalne szkoły (m.in. we Frankfurcie (O nein!),Norynberdze, Munster, oraz w kilku innych krajach Europy), gdzie naucza się już Islamu. Jest to element tzw. „Operacji Trojan Horse”, w myśl której Muzułmanie zaczynają … przejmować europejskie szkoły, narzucając im swoje prawa salafizmu. Dyskredytacja obecnych władz szkół i ich zastępstwo przez „odpowiednie osoby”, które byłyby w stanie dokonać zmian. Taka jest taktyka. Co ciekawe, po raz pierwszy usłyszano o „Operacji Trojan Horse” w Birmingham, w Wielkiej Brytanii, gdzie do władz miasta trafił… anonimowy list. Do jakiego stopnia szkoły zostały już opanowane, tego nie udało się stwierdzić.

Polityka wielokulturowości nie zdała egzaminu w Wielkiej Brytanii. Aż 95% ankietowanych jest zdania, że wielokulturowość zmierza w złym kierunku. Gdy Islamiści zabili brytyjskiego żołnierza na ulicach Londynu, sprawa została zamieciona pod dywan. Również w Londynie pojawiły się patrole szariatu informujące wyznawców innej niż Islam wiary, że nie mogą spożywać alkoholu na danej ulicy. W Birmingham (znowu) muzułmański policjant zabronił dwóm kaznodziejom rozdawania Biblii, ponieważ znajdowali sie w „muzułmańskiej dzielnicy”. Pewna nauczycielka w brytyjskiej szkole nie podała jednemu z dzieci szklanki wody, ponieważ nie chciała by jego rówieśnicy, obchodzący ramadan nie poczuli się urażeni. Dziecko trafiło do szpitala z powodu odwodnienia. W strefach, gdzie dominującą religią jest islam, powstają „muzułmańskie getta”, które wyznawcy innych religii omijają szerokim łukiem. Staliśmy się więźniami własnych państw. 

Francuzi przestają milczeć w kwestii imigrantów m.in. z Maroka i Algierii a także Iranu i Pakistanu. Zaczęło dochodzić do kuriozalnych sytuacji, w których imigranci, zachęceni polityką socjalną Wielkiej Brytanii, próbują dostać się na Wyspy przez port Calais (kanał La Manche). Masowy, nielegalny przepływ ludzi nie mógł ujść z oczu Francuzom, którzy z biegiem czasu przestali radzić sobie ze stale rosnącą liczbą imigrantów. Burmistrz Calais – Natacha Bouchart zagroziła, że zamknie port. Kuriozalna sytuacja, gdzie obydwie strony: francuska jak i brytyjska umywają ręce, nie służy kierowcom, którzy wyraźnie podkreślali, że boją się jeździć trasą przez Calais.

Szwecja w 2010 roku zajmowała 15 miejsce w rankingu ONZ wg. wskaźnika rozwoju. W wyniku procesu przyjmowania imigrantów (100.000 ludzi rocznie!), szacunkowo w 2030 roku, Szwedzi zajmą miejsce… 45 i tym samym dołączą do krajów trzeciego świata.  Duński dziennikarz Mikael Jalving twierdzi, iż asymilacja w Szwecji jest wykluczona, a partie polityczne uznają to słowo za nazistowskie. Politycy milczą, a od nowego roku będzie można karać obywateli za krytykę polityki imigracyjnej. Pod koniec października, szwedzka policja okresliła 55 stref, do których nie wjeżdża jak i karetki oraz straż pożarna. Strefy te znajdują się poza kontrolą władz. Nielegalną władzę pełnia tam muzułmańskie gangi, a proceder handlu narkotykami, wymuszenia i strzelaniny to porządek dzienny. Strefy te znajdują się głównie na przedmieściach wielkich miast takich jak Sztokholm i Goeteborg.

Wisienka na torcie. Rotherham, Wielka Brytania. Między 1997 a 2013 rokiem zgwałconych zostaje 1.400 nieletnich przez pakistański gang pedofilii. Policja i władze przez lata umywały ręce. Nikt nie reagował. Powód? Zaskoczę Was: Ludzie bali się posądzenia o RASIZM. Po tej kompromitacji ze stanowiska rady miejskiej zrezygnował jej przewodniczący. Proces trwa drugi rok. Do tej pory skazano 5 osób, następne 15 złapano i przedstawiono im zarzuty. Podobne procesy toczą się w: Rochdale, Derby i Oksfordzie.

I jeszcze garść danych: wg. szacunków Wiedeńskiego Instytutu Demograficznego w połowie stulecia, w Austrii, dominującą religią wśród uczniów do lat 15 będzie islam. Wpływ islamu na holenderskie społeczeństwo jest taki, że na tą chwilę mamy tam ponad milion wyznawców tej religii i prawie 500 meczetów. Przez długi czas Holendrzy akceptowali muzułmanów, którzy „póki dawali wszystkim spokój, byli nieszkodliwi”. Kompletnie odwrotny nastrój zapanował wśród ludzi, gdy dowiedziano się, że zamordowano polityka Pima Fortuyna i dziennikarza-reżysera Theo Van Gocha (nakręcił głośny film dokumentalny o trudnej pozycji kobiet w islamie) Sprawcami byli fanatyczni muzułmanie. Od tamtej pory konflikt między Holendrami a muzułmanami zaognił się. W lutym 2013 roku radykalny brytyjski islamista Anjem Choudary mówił do swoich zwolenników : „Branie pieniędzy od niemuzułmanów, czyli ludzi kaffir, jest całkowicie w porządku. Bierzemy po prostu zasiłek dla „poszukujących dżihadu”. Potrzebujemy przecież wsparcia” i naśmiewał się z Brytyjczyków, którzy „pracują całe swoje życie od 9 do 17”. Europa  bankrutuje w dużej mierze przez zasiłki dla muzułmanów. Muammar Kadafi, jeszcze za życia oznajmił, że: „Wszystko wskazuje na to, iż Allah zapewni islamowi zwycięstwo w Europie bez użycia miecza czy  broni, bez podboju. Nie potrzebujemy terrorystów, nie potrzebujemy zamachowców. Miliony europejskich muzułmanów zmienią ten kontynent w islamski w ciągu zaledwie kilku dekad”.

Jutro.

Jeżeli nie zatrzymamy tego szaleństwa, za kilkadziesiąt lat nasze dzieci, wnuki, a może nawet i my będziemy w Europie mniejszością religijną. To nie są żarty. Statystyki są zatrważające. Co więcej, nie uczymy się na błędach. Większość państw Europy zachodniej dalej prowadzi „politykę otwartych drzwi”, pozwalając coraz częściej  muzułmanom na dyktowanie swoich praw. Szwedzi we własnym państwie mają mniej praw niż imigranci, a po nowym roku będą mieli ich jeszcze mniej. Zamyka się im usta.

Zderzenie kulturowe nie służy Europie. Hierarchia wartości jest kompletnie inna. Muzułmanie stawiają na pierwszym miejscu Boga, dalej rodzinę i poczucie wspólnoty. Europa to konsumpcjonizm, realizacja własnych prywatnych celów oraz również i nie bójmy sie tego stwierdzić – egoizm. Nie mamy twardego kręgosłupa moralnego, który mógłby to wszystko utrzymać tak jak to robi religia u muzułmanów. Europejczykom brakuje tożsamości. Granice w Unii Europejskiej zniknęły a wraz z nimi poczucie bycia europejczykiem. Płyniemy z prądem rzeki, nie widząc nic dookoła. Kiedyś może być za późno.

Nie wszyscy muzułmanie są zradykalizowani. To oczywiste, że część przyjeżdża tylko i wyłącznie w celach zarobkowych. Problemem jest to, że Ci ludzie nie chcą się asymilować ze „zdegradowanym moralnie” społeczeństwem europejskim. Tworzą oni zamknięte kręgi i struktury w których żyją a właśnie na takie „zagubione dusze” polują fundamentaliści, którzy pomagają im odnaleźć się w nowym świecie, oferują opiekę, wspólnotę, a następnie dokonują indoktrynacji i werbują do samobójczych ataków. Nikt w życiu by nie powiedział, że Muhammad Atta, wzorowy student egipskiego pochodzenia, który obronił doktorat z architektury, odrzuci zachodni system wartości i odnajdzie sens w islamskim radykaliźmie czego efektem będzie zamach z 11 września na World Trade Center w 2001 roku. Nie wiemy kto i gdzie zrobi coś podobnego następnym razem, a ataków terrorystycznych i ich prób przybywa z roku na rok.

Przyszłość

Ciężko pozbyć się z krajów ludzi, którzy drugie pokolenie spędzają na ziemiach europejskich i coraz głośniej domagają się swoich praw. Jedną z opcji zniwelowania liczby muzułmanów jest deportacja. Dlaczego uważam, że jest to dobry pomysł ? Norwegia (w Oslo najpopularniejszym męskim imieniem jest Mohammed) do końca 2014 roku deportuje ok. 7100 osób. Efektem comiesięcznych deportacji jest spadek przestępczości. Przypadek ? Śmiem wątpić. Druga opcja: należy ograniczyć prawa imigrantów w zakresie pomocy socjalnej, z której muzułmanie czerpią całymi garściami. I ciągle im mało. Władimir Putin powiedział: „Jeżeli ktoś woli prawo szariatu, to my proponujemy im aby przenieśli się do krajów, gdzie takie prawo obowiązuje. Rosja nie potrzebuje mniejszości… i my nie damy im specjalnych przywilejów oraz nie zmienimy naszego prawa aby je dopasować do ich pragnień, bez wzglęgu na to jak głośno będą krzyczeć: „dyskryminacja”. Prezydent Rosji trafił w sedno. Powoli zaczyna docierać do polityków, że Europa kopie sobie grób. We Francji podtrzymano zakaz noszenia burek, mimo licznych protestów i skarg jakoby „odsłanianie się w miejscach publicznych jest poniżające i jest to naruszanie praw religijnych”.  W dalekiej Australii słowa Julii Gillard, byłej już Pani Premier odbiły sie szerokim echem na całym świecie. Utrzymane były w podobnym tonie jak te, które wypowiedział Władimir Putin: „Imigranci muszą się zaadoptować lub wyjechać…to jest nasz kraj, nasza ziemia, nasz styl życia i dajemy wam możliwość korzystania z tego wszystkiego. Ale od momentu kiedy zaczynacie narzekać, jęczeć co do naszej flagi, zaangażowania, naszych przekonań chrześcijańskich, gorąco zachęcamy jeszcze do skorzystania z jeszcze jednej australijskiej wolności – prawa do wyjazdu”. Myślę, że warto pamiętać te słowa, jak i fakt, że ktoś już się postawił narzucaniu przez muzułmanów swoich praw w państwach jak widać nie tylko europejskich. To muzułmanie są gośćmi w Europie, nie odwrotnie. Nie możemy się bać funkcjonować w swoim własnym kraju. Otworzyliśmy drzwi, daliśmy wszystko co mieliśmy i jesteśmy dalej posądzani o dyskryminację. Tak być nie może. Jesteś gościem – dostosuj się. Muzułmanów to nie dotyczy. Zapatrzeni w Koran przypominają raka, który trawi przerzutami cały organizm. 

Polski bezpośrednio w chwili obecnej ten problem nie dotyczy. Przyczyna jest prosta. Jesteśmy biedni, a system socjalny tak ochoczo używany przez muzułmanów na zachodzie u nas przypomina konające zwierzę. W każdej stolicy zachodniej Europy poza Warszawą tworzą się muzułmańskie getta. Myślę, że to nasz handicap, ale jeżeli zachód nie zmieni polityki wobec imigrantów z krajów muzułmańskich w przyszłości stanie się to również naszym problemem. Wydaje mi się, że problem ten przyjdzie do nas szybciej niż nam się wydaje. Pytanie tylko: Kto wtedy obroni Polskę i Europę, tak jak kiedyś Jan III Sobieski ?

P.

Ciasteczkowa mafia

Polska sztuka „Zróbmy sobie ustawę” powinna być prezentowana w każdej stolicy eurokołchozu jako fantastyczny przykład, że granice absurdu da przesunąć się o wiele dalej niż nazwanie ślimaka-rybą albo marchewki-owocem. My-Polacy, poszliśmy dalej. Można nawet powiedzieć, że wyprzedziliśmy epokę, jeżeli chodzi o poczucie humoru. Taki Monthy Python, ale po polsku.

Od 1 stycznie 2015 roku z każdej szkoły, przedszkola i innych placówek, w których uczą się młodzi ludzie zniknie „śmieciowe jedzenie”. To koniec osładzania sobie życia Snickersem czy Coca-Colą po kolejnej pale z matematyki czy chemii, to również kres tosów, hamburgerów oraz napojów gazowanych. Dużo uśmiechu spowodowało też powstanie ustawy. Powód ? No bo jak tak naprawdę zdefiniować śmieciowe jedzenie ? Tu pojawiły się problemy, ponieważ niektóre kwestie były sprzeczne ze stosem unijnych dyrektyw, które nasi dzielni rycerze-posłowie dzielnie zaakceptowali.

Nie od dziś wiadomo, że otyłość do choroba XXI wieku. 29% 11 latków jest za gruba, prawie tyle samo 14 latków również. Ja tez jestem gruby. Dodam tylko, że jestem szczęśliwy będąc grubym, ponieważ mam wybór sięgnięcia po Snickersa, Colę albo jabłko czy pomarańczę. Życie to sztuka wyboru, i gdzie jak nie w szkole mali ludzie powinni się uczyć co jest dla nich dobre a co złe. To oczywiste, że dzieciaki lubią łakocie, nie znam jednak takiej osoby, która potrafi zjeść 5 batoników naraz. Żaden ze mnie lekarz ale wydaje mi się, że mogłoby dojść do paskudnych boleści brzucha. I jeżeli by do takich doszło, osoba ta zdając sobie sprawę, że po takiej ilości zjedzonych batoników boli ją brzuch, następnym razem kupi jednego batonika. Wspominam cały czas o małych uczniach, ale weźmy pod uwagę, że do szkół ponadgimnazjalnych uczęszczają równiez ludzie mający po 18 lat, którzy są w świetle prawa dorośli. Dlaczego ludziom dorosłym zabieramy możliwość zakupu np. Red Bulla ?  Człowiek uczy się na błędach i nie zabierajmy mu tej możliwości. Zakazany owoc kusi bardziej, więc podejrzewam, że efekt będzie odwrotny do zamierzonego. Przed szkołami postawione zostaną automaty z „zakazanymi produktami”. Dzieci będą przynosić do szkoły słodycze z domu. Tylko co teraz ? Jak tu wybrnąć z takiej sytuacji ? Kontrolowanie plecaków ? Wpisywanie uwag ?  Parodia. „Mały Jasio przyniósł z domu puszkę Pepsi zamiast jak zdrowy człowiek kupić od pani ze sklepu flaszeczkę soku z kapusty”. Nieźle.

P.