Konserwatywna tęsknota

Donald Trump został 45 prezydentem Stanów Zjednoczonych. Szok Demokratów, euforia Republikanów, cały świat wstrzymuje oddech, a ja stawiam pytanie: Czy powinniśmy faktycznie czuć się zaskoczeni?

Otóż nie. Nie powinniśmy się czuć w najmniejszym stopniu zaskoczeni lub zszokowani takim obrotem sprawy, z bardzo prostej przyczyny: Na świecie wraca trend na konserwatyzm i jest on również odczuwalny mocno w Polsce.

Pierwszym takim sygnałem, były wybory do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku, w którym to ówczesne ugrupowanie Janusza Korwin-Mikkego – Kongres Nowej Prawicy (KNP) uzyskało zaskakujący wynik i wprowadziło do PE 4 posłów. Od tamtej pory w Polsce, szczególnie wśród najmłodszej grupy wyborców, czyli 18-24 popularna stała się moda na konserwatyzm i patriotyzm czyli: propagowanie symboli narodowych, nawiązywanie do religii, mówienie i dyskutowanie o narodzie oraz podkreślanie swojego pochodzenia. Na fali tego trendu wypłynął również Paweł Kukiz i jego ugrupowanie Kukiz’15, chociaż jego ruch obywatelski zrzesza w swoich szeregach ludzi zarówno prawicy jak i lewicy, to sam fakt wyboru Kukiza – jako postaci antysystemowej, która odrzuca działanie establishmentu pokazał nam wprost, że w społeczeństwie polskim zachodzą duże zmiany.

Te zmiany na płaszczyźnie politycznej dotyczyły głównie utraty wiary w ówczesną władzę. Społeczeństwo polskie przestało ufać aferałom z Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego i zwróciło się w stronę Prawa i Sprawiedliwości oraz wyżej wspomnianego Kukiza. Ludzie powiedzieli: Stop! Na miejsce skompromitowanego i rozbiotego PO wyłoniła się .Nowoczesna Ryszarda Petru, jako twór, który w następnych wyborach będzie miał bić się o władzę, o ile jej lider nie skompromituje się doszczętnie. Platforma jest jednak dalej obecna w sondażach dosyć wysoko, jednak na tę chwilę nie ma zagrożenia dla partii Jarosława Kaczyńskiego.

Amerykanie zorientowali się o co chodzi. Hilary Clinton miała zostać pierwszą panią prezydent w Białym Domu, ale jak mawiają: Pycha kroczy przed upadkiem. Kandydatka Demokratów miała wszystko, żeby te wybory wygrać. Nieograniczona ilość pieniędzy, nieosiągalny dla oponenta dostęp do mediów, który kreował wizerunek przyszłej pani prezydent i to co Donald Trump wielokrotnie podkreślał: niemożliwa amoralność otoczenia Hilary Clinton. I mimo tych wszystkich atrybutów, Clinton poniosła klęskę. Amerykanie sprzeciwili się poprawności politycznej i propagandzie medialnej. Trump udowodnił, że słowo jest jest silniejsze od miecza, którym media chciały ściąć jego karierę. To również przypomina wybory prezydenckie w Polsce. Sondaże  telewizji TVN były tak przychylne Bronisławowi Komorowskiemu, że gdyby mogły to w studiu ogłosiłyby jego zaprzysiężenie tuż po wydaniu faktów. Polacy podobnie jednak jak Amerykanie odrzucili medialny bełkot i zagłosowali według własnego uznania, spychając Grzegorza Schetynę, Ewę Kopacz i ich Platformę z piedestału władzy i wystawili niemą naganę mediom, które zamiast opisywać rzeczywistość, zaczęły ją nieobiektywnie tworzyć.

Zastanawiające jest to również jak bardzo zwolennicy demokracji nie mogą pogodzić się z wynikami wyborów. Czy nie o to przecież chodzi? Wygrywa większość wedle ściśle określonych reguł, znanych każdemu przed głosowaniem. Niezrozumiałe są więc pochody KOD-u w Polsce jak i protesty Amerykanów po wyborze Donalda Trumpa. Demokraci powinni raczej bez kręcenia nosem zaakceptować wyniki demokratycznych wyborów, prawda? Skoro nie są w stanie tego uczynić, wniosek jest bardzo prosty: „Demokracja jest wtedy, kiedy my wygrywamy”. A na to ludność czy to Stanów Zjednoczonych, czy Polski się nie zgodzi, czego wyraz wydali podczas wyborów.

Nie tylko Polska i Stany Zjednoczone zwracają się w stronę konserwatyzmu. Przez Europę przechodzi fala eurosceptyków, którzy rok w rok rosną w siłę. Już dzisiaj skrajnie prawicowy Front Narodowy wyrasta na najsilniejsze ugrupowanie we Francji, gdzie ilość zwolenników Unii Europejskiej jest dwukrotnie mniejsza od jej przeciwników. Już w 2014 roku podczas wyżej wymienionych przeze mnie wyborach do Parlamentu Europejskiego eurosceptycy z Danii (Duńska Partia Ludowa) oraz Austrii (Partia Wolności) uzyskali bardzo korzystne wyniki. Jeżeli chodzi o Austrię to za miesiąc urząd prezydenta Austrii może zdobyć skrajnie prawicowy Norbert Hofer, który ma za sobą bardzo mocny elektorat, a wynik jego starcia z lewicowym Alexandrem Van der  Bellenem nie jest jednoznaczny do rozstrzygnięcia. Europa przecież dopiero co wyszła z szoku po Brexicie. Dodajemy do tego Węgry Victora Orbana i coraz głośniej słyszalny sprzeciw Słowacji i Czech w sprawie przyjęcia określonej liczby uchodźców i mamy tutaj naprawdę niezły orzech do zgryzienia. Bo tego typu działania prowadzą do jednego. Zamknięcia granic i niech każdy sobie rzepkę skrobie u siebie.

Trump to duże zmiany w Stanach Zjednoczonych. Jakie? O tym się przekonamy wkrótce. Jego zwycięstwo ma również dużą wartość symboliczną, pokazującą, że nawet mając nieograniczone zasoby gotówki i mediów, w dzisiejszych czasach można się temu przeciwstawić i wygrać. Na to oczywiście składa się wiele czynników włącznie ze szczęściem, ale czy nie jest to historia podobna do klasycznego „American dream”? Oczywiście na dużo wyższej płaszczyźnie niż to ma się w zwyczaju mówić, ale mimo wszystko, nowy prezydent może służyć jako przykład nieugiętości i konsekwencji w dążeniu do celu. Trump to przede wszystkim chęć obniżenia podatków i walka z nielegalnymi imigrantami.Wielu ekspertów twierdzi, że na miejscu byłby reset stosunków z Władimirem Putinem. Wydaje mi się, że byłby chętny na takie spotkanie, które mogłoby być owocne dla każdej ze stron. Gdzie u Trumpa jest Polska? Wspominał, że zniesienie wiz dla Polaków będzie jednym z priorytetów jego obozu rządzącego, wypowiadał się w wielu superlatywach o Polonii mieszkającej w Stanach Zjednoczonych, ale jak będzie naprawdę, przekonamy się już niedługo. Jak widać po Polsce i USA, historia lubi się powtarzać. Kilkanaście lat temu dążyliśmy do wspólnoty, dzisiaj tęskno nam do konserwatywnych wartości i skupiania się na sobie. I tak w kółko.

P.

Platformy pogrzeb własny

Zapowiadana od dawna dyskusja w Parlamencie Europejskim na temat „zamachu na demokrację”, który rzekomo miał i ma miejsce w Polsce zakończyła się totalną porażką Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej – króla Ryszarda Petru i jego samozwańczych rycerzy herbu KOD. Debata w PE wzmocniła pozycję Beaty Szydło, Jarosława Kaczyńskiego i całego ugrupowania Prawa i Sprawiedliwości.

Zamieszanie wokół Trybunału Konstytucyjnego, ustawa medialna – to tematy, które zaniepokoiły świeżą opozycję czyli Platformę Obywatelską i Nowoczesną. Sam fakt może i nie był dla nich zaskakujący, ale tempo i rozmach z jakim Prawo i Sprawiedliwość zaczęła „porządki” po poprzedniej ekipie, spowodował spazmy wśród posłów wyżej wymienionej opozycji. Ci, znajdujący się w nowej sytuacji zaczęli tracić grunt pod nogami. Ponieważ samemu głupio protestować o odbicie władzy, powołali więc sobie Komitet Obrony Demokracji (mający być oddolnym ruchem społecznym zaniepokojonym wydarzeniami w Polsce) z niejakim Mateuszem Kijowskim na czele, który stał się tak zażartym obrońcą wartości demokratycznych, że zapomniał biedak płacić alimenty na dzieci, tak się wkręcił! Do niemieckiej prasy zaczął latać Tomasz Lis, narzekając i cicho popłakując, jak to w sieci użytkownicy Twittera nie dają mu żyć i go przezywają oraz jak ten średniowieczny PiS zawłaszcza sobie kolejne atrybuty władzy!
Koniec końców, sprawa trafiła na pierwsze strony gazet w wielu europejskich państwach, co nie umknęło uwadze tęgich głów z PE. I tak oto pojawiły się wypowiedzi między innymi przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Martina Schulza, który stwierdził, że w Polsce dochodzi do „zamachu stanu” i zapowiedział dyskusję na ten temat na posiedzeniu PE. Swoje grosze dołożyli: Donald Tusk i Elżbieta Bieńkowska, którzy smutnymi frazesami tylko potwierdzili w czyim imieniu działają.

I tak dochodzimy do momentu, kiedy w Strasburgu doszło do debaty na temat polskiego „zamachu stanu”.  Wydawać by się mogło, że w PiS będą bili wszyscy zwolennicy „postępowej Europy”.  Jakież zdziwienie musiało towarzyszyć obserwatorom z KOD-u (sami nie wiedzą dzięki komu dostali wejściówki do PE), gdy europosłowie innych państw okazywali wsparcie rządowi Beaty Szydło.
Zrobił to między innymi francuski Front Narodowy Marine Le Pen. Wyrazili oni aprobatę dla działań rządu Szydło i wspomnieli, że Polska przechowuje chrześcijańskie wartości, co z pewnością wywołało odruch wymiotny u części lewicy. Czeski europoseł Petr Mach wystąpił  w PE z plakietką „Jestem Polakiem”, co spotkało się z dużym poklaskiem i życzliwymi komentarzami. Po wystąpieniu profesora Ryszarda Legutko, KODowcy mogli się w zasadzie spakować i wrócić do domu jak zrobili to prawdopodobnie europosłowie Platformy (jeszcze nie potwierdzone). Legutko w spokojny, merytoryczny sposób obnażył wszystkie braki i niedociągnięcia tej debaty, która nie tylko w jego odczuciu, nie powinna się w ogóle odbyć.
Swoje dołożył Janusz Korwin-Mikke, który nie omieszkał wspomnieć, że „gardzi demokracją” i „większość z obecnych europosłów jest demokratami, a PiS został wybrany w demokratycznych wyborach”, co niejako powinno zamknąć dyskusję.

Jedynym orężem przeciwko zmianom w Polsce był Guy Verhofstadt, belgijski liberał, który domagał się wyjaśnień od Szydło na temat paraliżu Trybunału Konstytucyjnego. Robił to tak zaciekle, że Martin Schulz musiał upomnieć krewkiego Belga: „Będzie Pan musiał z tym żyć”. Po tym Belg pokazał zaciśniętą pięść, co nie uszło uwadze wielu dziennikarzy.
Platforma w debacie nie istniała. Nieprzygotowane, nieprecyzyjne, ospałe i czytane analizy w ogóle nie trafiały do europosłów z innych państw. Eurodeputowani z PO mieli pogrzebać PiS, a okazało się, że pogrzebali samych siebie. Grzegorz Schetyna piszący po debacie o tym ,że „PO broni demokracji i pozycji Polski w Europie” to znak, że nie ma pomysłu na odbicie władzy PiSowi. Łabędzi śpiew człowiek przegranego. I to po raz 3 w przeciągu 12 miesięcy (Wybory prezydenckie, parlamentarne i debata w KE). Platforma zrobiła to w czym jest najlepsza, czyli nie zrobiła nic by tę debatę wygrać.
I tylko Verhofstadt nie dał za wygraną. Razem z nie byle kim bo Ryszardem Petru ma zamiar przedłożyć do PE rezolucję dotyczącą zmian w polskim Trybunale Konstytucyjnym.  Widząc to światełko w tuneli obudzili się europosłowie Platformy i PSL, którzy stawiają ultimatum prezydentowi Andrzejowi Dudzie – jeżeli nie odbędzie się ślubowanie 3 sędziów Trybunału Konstytucyjnego, poprą rezolucję. Jak widać batalia o Polskę nabiera tempa, chociaż wydawać by się mogło, że wszystko zostało już powiedziane i dalsza dyskusja na ten temat nie ma sensu. Komisja Europejska oczekuje dalszych wyjaśnień, szczególnie jeżeli chodzi o ten nieszczęsny Trybunał Konstytucyjny, ale także ustawę medialną, co jest kolejnym powodem, że ta dyskusja bez sensu na pewno się przedłuży. PiS wygrał demokratyczne wybory, jest to wybór Polaków, jakikolwiek by nie był – trzeba to uszanować. I Parlament Europejski też musi się do tego dostosować. Na oceny przyjdzie czas mniej więcej za dwa lata.

P.

Pycha kroczy przed upadkiem

Prezydentem Polski został facet, którego jeszcze pół roku temu kojarzyła garstka ludzi. Andrzej Duda –  człowiek, który każdy z kampanijnych miesięcy wycisnął jak cytrynę, a sama kampania, która miała przebiegać jak mecz do jednej bramki, stała się prawdziwym gamechangerowym pościgiemCo najważniejsze jednak – niepotrzebne były fajerwerki by objąć urząd prezydenta. I nie piszę tego ze złośliwością. Wystarczyła sumienna praca każdego dnia, na początku od zapoznania Polaków z twarzą kandydata największej partii opozycyjnej, pobawienie się partyjnym equalizerem – przez wyciszenie w mediach prezesa Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza, którzy w wielu mediach uchodzą za krzykaczy i demony polskiej polityki – aż po debatę w stacji TVN, w której ten cichy, schludnie ubrany mężczyzna, agresywnie rozbijał gardę byłego już prezydenta – Bronisława Komorowskiego. Bądźmy szczerzy – Andrzej Duda nie uniknął błędów podczas tej kampanii, ale w zestawieniu z katastrofami medialnymi Komorowskiego, wypadł co najmniej dobrze i bardziej mu się chciało, czego przykładem może być fakt rozdawania kawy rano, po debacie. Proste, symboliczne, można powiedziec zabawne – ale świadczące o tym, że chęci były raczej po jego stronie. Na ile był to zamierzone działanie, na ile polecenie sztabu – tego nie wiem.

W kampanijniej drodze krzyżowej, Komorowski  zaliczył trzy upadki. Wizyta w Japonii, podczas której stanął na krześle i nazwał Generała Kozieja – Szogunem, odpowiedź „Zmienić pracę i wziąć kredyt” – na pytanie o to jak żyć za 2 tysiące złotych oraz scena z niepełnosprawną na wózku inwalidzkim, podczas której poznaliśmy suflerkę prezydenta –  Jowitę Kacik. Nawet jeżeli sceny z wieców były prowokacjami, Komorowski, jak na tak doświadczonego polityka wypadł w nich bardzo blado, a internauci byli dla niego bezlitośni. W porównaniu do wieców Andrzeja Dudy, które przebiegały raczej bez ekscesów, wiece Komorowskiego były dlań prawdziwą męką i dały obraz tego, że w spotkaniach z szarymi obywatelami nie ma on im tak naprawdę nic do zaoferowania – łącznie z rozmową. Na pewno nie pomogła mu również publikacja książki Wojciecha Sumlińskiego – „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”, którą również chciałem kupić i jak się okazało… nie mogłem! Pani w księgarni Matras powiedziała mi, że sprzedaż zostanie wznowiona po II turze wyborów.

Zwycięstwo Andrzeja Dudy to również pstryczek w nos dla mediów sprzyjających obozowi władzy. Tak znowu Gazeta Wyborcza. Tak znowu TVN. Te dwa kompletnie oderwane od obiektywności media, próbujące w ostatnich tygodniach dźwignąć ospałego prezydenta Bronisława w sondażach, pokazały tylko cynizm, obłudę i fakt, że z dziennikarstwem to nie mają nic wspólnego. Adam Michnik powiedział, że „nie oddamy Polski gówniarzom”, a i również „Lisie” okładki Newsweeka z tytułami: „Zamachowiec” i „Fałszerstwo wyborcze: Komorowski albo Kaczyński to realny wybór w drugiej turze” pokazały, że by utrzymać się na stołkach, ci ludzie gotowi są zrobić bardzo dużo, posuwając się nawet do kłamstwa. (Sprawa konta twitterowego Kingi Dudy, tak sprawnie omówiona przez aktora – Tomasza Karolaka z Tomaszem Lisem). Tego typu działania mogą nam sugerować, że współpraca polityków koalicji rządzącej z dziennikarzami działa/działała bez szkody dla żadnej ze stron.

Uważam, że II tura nie wygladałaby tak, gdyby nie fantastyczny wynik Pawła Kukiza w turze I, który stał się silnikiem napędowym frustracji i rozczarowania ekipą rzadzącą, z którą Komorowski (niestety dla niego) jest utożsamiany oraz chęcią jakichkolwiek zmian, szczególnie u młodych ludzi. Różnica w II turze na korzyść Andrzeja Dudy wśród ludzi do 29 roku życia wyniosła ponad 20%, co jest totalną przepaścią. Duda bardziej od Komorowskiego rozumiał tą grupę wiekową i potrafił do niej trafić w skuteczniejszy sposób.

Można się teraz mocno zastanowić – co jest większe: zwycięstwo Dudy ? Porażka Komorowskiego ? W moim tekście z 11 maja „Gniew narodu” pisałem, że prezydent Komorowski nie zrobił w tej kampanii nic, co mogłoby go choć trochę zbliżyć do zwycięstwa, a pycha jaką się wykazał, zepchęła go w przepaść, lub odmęty szaleństwa – jak sam zwykł mawiać. Andrzej Duda wykonał dużą pracę i dostał od Polaków duży kredyt zaufania. Szufladkowanie go już na starcie byłoby nie na miejscu. Dzisiaj Polacy nie obudzili się nagle w państwie wyznaniowym a o 6 rano nie dzwonił Antoni Macierewicz z pytaniem o to czy czytaliśmy już najnowszego „Gościa niedzielnego”, poprzedzonego paroma starymi, dobrymi zdrowaśkami. Styczniowe sondaże, według których Komorowski dzierżył 73% poparcia brzmią dzisiaj jak ponury żart, a roztrwonienie takiego zaufania w parę miesięcy to rzecz – wydawałoby się – niemożliwa. Ale z tymi niemożliwymi rzeczami tak już jest, ktoś powie, że coś jest niemożliwe, a potem zjawia się ktoś, kto to po prostu robi.

P.

Na muszce

7,15 % z 22,7% wyborców, którzy raczyli w niedzielę wyjść z domu i dowlec swoje 4 litery do najbliższego miejsca głosowania, oddali głos na Kongres Nowej Prawicy pod batutą charyzmatycznego Janusza Korwin-Mikkego. Wynik skrajnie prawicowej frakcji uznany jest za olbrzymi sukces partii, natomiast mainstreamowe media uznały wynik wyborców za „niepokojący” a wielu „znawców” wspomniało, że elektorat  Janusza Korwin Mikkego to „troglodyci i półgłówki”. Po ponad 20 letniej posusze politycznej prezes KNP wjeżdża z partyzanta do Parlamentu Europejskiego wspólnie z Robertem Iwaszkiewiczem, Stanisławem Żółtkiem oraz Michałem Marusikiem. Lider partii wspomniał, że liczył na nieco większy rezultat, ale jest to dobry prognostyk przed zbliżającymi się wyborami w Polsce. Znakomitą większość wyborców „Krula w muszce” stanowili młodzi ludzie w wieku od 18 do 25 roku życia, z wyższym wykształceniem, często uprawiający wolne zawody. Po głos na lidera KNP poszli także młodzi przedsiębiorcy. Na pytanie: dlaczego młodzi głosowali na Janusza Korwin Mikkego, odpowiedzi jest kilka.

Pierwsza odpowiedź to porażka Janusza Palikota, który po ogromnym zaufaniu jakim obdarzyli go młodzi ludzie w ostatnich wyborach (stał się trzecią siłą w polskiej polityce), nie zrobił praktycznie nic poza wprowadzeniem do sejmu homoseksualisty – Roberta Biedronia i osoby po operacji płci – Anny Grodzkiej. Ciągłe zmiany poglądów, kontakty polityczne z postkomunistami oraz żenujące spoty wyborcze ludzi z ugrupowania Europa Plus, doprowadziły do tego,że  jego poparcie zaczęło diametralnie spadać, aż w końcu doszło do tego, że w wyborach europarlamentarnych 2014 jego Europa Plus nie uzyskała progu wyborczego i nie wprowadziła do Europarlamentu żadnego posła. Drugą odpowiedzią dlaczego młodzi poszli za 71-letnim ekcentrykiem to jego konsekwencja w głoszeniu poglądów, które niezmiennie od x lat prezentuje na scenie politycznej lub poza nią. Młodzi ludzie zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, że zmiana PO na PiS i odwrotnie prowadzi do niczego. Od 7 lat nie zmieniło się nic w Polsce poza tym,że coraz więcej naszych przyjaciół znajduje zatrudnienie za granicą.  Ale nie o taką walkę z bezrobociem prosiliśmy. Nie liczmy pojedyńczych sukcesów a realne zmiany. Takich rządy PiS i PO nam nie zagwarantowały. Poglądy KNP w chwili obecnej cieszą się dużym poparciem. Są radykalne, ale widocznie według młodych ludzi tylko radykalne zmiany mogą przywrócić Polsce normalność, czyli życie na poziomie zachodu Europy, ale nie według zachodnich reguł. Ostatnim głównym powodem wydaje mi się, że jest aktywność internetowa prezesa KNP. Z uwagi na kontrowersyjne wypowiedzi, rzadko widywaliśmy przedstawicieli KNP w telewizji. Z biegiem czasu, kiedy sondaże zaczęły rosnąć, zmieniło się to w pewnej części, choć tak naprawdę obiektywna wobec KNP zachowała się tylko stacja Polsat News. Profil Janusza Korwin-Mikkego na facebooku zgromadził już prawie 360 tysięcy fanów (stan na dzień 28.05.2014) i z każdym dniem tych fanów przybywa. Dla porównania, oficjalny profil Platformy Obywatelskiej ma niespełna 50 tysięcy. Internet stał się jego imperium. Prezes KNP jest bardzo aktywny. Dziennie podaje kilka newsów na temat swojej działalności. M.in. informuje o spotkaniach, które odbywa na terenie całego kraju, debatach, w których bierze udział, komentuje słowa ludzi, którzy go oczerniają etc.

Nie śmiałbym nikomu zaglądać w metrykę, ale sam fakt ilości spotkań, jakie odbył Korwin-Mikke przez ostatnie miesiące, mając na karku prawie 72 lata uważam za niesamowity. Umówmy się, że na scenie politycznej ludzi, którzy równie długo i ochoczo bronią swoich pogladów można policzyć na palcach, to również stoi za jego fenomenem, który wdarł się w świadomość młodych ludzi. Warto zauważyć, że wynik skrajnej prawicy w polskich wyborach europarlamentarnych nie jest wyjątkiem. W wielu innych krajach prawica uzyskała ponad 20% głosów, w niektórych zwyciężyła. W Europarlamencie uniosceptyków/euroceptyków będzie około 150. Tej liczby nie nazywałbym zagrożeniem. Nazwałbym ją raczej czerwoną kartką dla rządzących, którzy w  swoim braku pomysłu na Europę, skazali ją na stagnację. Jeżeli chodzi o  Polskę zaś, jest to wyraźny sygnał, że młodzi mają dosyć i mówią STOP, a partie PO i PiS jeżeli chcą utrzymać się u władzy muszą zacząć działać i przestać lekceważyć potężny młody elektorat, który pójdzie za  prezesem KNP. Bo nazywanie młodych troglodytami i debilami  a Janusza Korwin-Mikkego hańbą Polski tylko jeszcze bardziej ich rozjuszy i będzie miało efekt odwrotny do zamierzonego.  Na tą chwilę Janusz Korwin Mikke jest eurodeputowanym i wreszcie może trzymać na muszce ludzi, którzy szkodzą Polsce. Dostał razem ze swoją partią pokaźny zastrzyk zaufania, teraz czekamy na rezultaty.

P.